Kuzyn mojego męża przyjechał na pogrzeb wujka: ugościłam ich jak należy, a oni choćby nie przywieźli …

newsempire24.com 1 dzień temu

W tamtych dawnych czasach, kiedy życie toczyło się wolniej, a relacje rodzinne miały wyjątkową wagę, wydarzyła się historia, która do dziś pozostaje mi w pamięci.

Czasem mam wrażenie, iż świat się zmienił, chociaż moja natura pozostała taka, jak u mojej babki. Choć nie wiem, czy rzeczywiście wokół wszystko wygląda inaczej, pewnych rzeczy nauczyłam się sama nie z wykładów matki, ale przez obserwację ludzi, opowieści z książek i wierszy, z dawnych filmów pokazywanych zimowymi wieczorami w telewizji.

Tamtej pamiętnej soboty zjawił się u nas kuzyn mojego męża, pan Andrzej Malinowski. Przyjechał na pogrzeb wuja, który był z dalszej gałęzi rodziny, niemniej bliskiego sercu. Wcześniej zapytał, czy może zatrzymać się u nas na noc z rodziną powiedzieliśmy, iż oczywiście, dom szeroko otwarty, niech się nie kłopoczą.

Wieczorem przyjechali we troje Andrzej z synem Karolem i synową Martą. Przez cały dzień krzątałam się w kuchni, gotując rosół z domowym makaronem, piekąc mięso na złocisto, krojąc sałatki z kapusty i ogórków. Wieczorem wszyscy zasiedliśmy przy stole, wznosząc toast kieliszkiem domowej wiśniówki za pomyślne spotkanie po latach rozłąki. Kiedy już dom ucichł, rozłożyłam pościel i zadbałam, by wszystkim było ciepło i wygodnie. Rano przygotowałam kanapki z szynką i ogórkiem, herbatę, świeżo parzoną kawę.

Gdy nadszedł czas pogrzebu, wyszli z domu w czarnych płaszczach, a gdy wrócili posiedzieli jeszcze chwilę i ruszyli w drogę powrotną do Gdańska.

Wszystko wyglądało zupełnie dobrze. Jednak jakoś tak dziwnie mi było na duszy Przyjechali z pustymi rękoma. Ani drobnego upominku, ani butelki wina, choćby tabliczki czekolady dla najstarszej z rodu mojej teściowej, Jadwigi, która przez cały dzień wyglądała przez okno z nadzieją i łzą w oku, czując się zapomniana przez rodzinę, którą kiedyś wspólnie z mężem łączyli.

Nie chodzi o bogactwo. Po prostu dawniej było tak, iż jeżeli się do kogoś jechało, zawsze brało się coś na stół. Ja sama choćby dla dziecka koleżanki kupuję chociażby bombonierkę; dla starszych paczkę herbaty, własnoręczne pierniczki, a dla wszystkich pamiątkę. Ciocia byłaby zachwycona, gdyby dostała choć drobny podarek. Przecież to nie o wartości chodzi, a gest.

Byłoby już dobrze, gdyby przynieśli chociaż kawę czy drożdżówkę, czy choćby świeże mięso z targu, bo wiem, iż ich na to stać. Nie wyobrażam sobie, żeby samemu nie wziąć własnej pościeli na gościnę; to taki zwyczaj, żeby gospodarzom nie dokładać pracy.

A pan Andrzej jak zwykle z pustą ręką. Nie pierwszy zresztą raz. Kiedyś odwiedzał nas, jadąc służbowo do Warszawy, zatrzymał się tylko na jedną noc; i również nie miał dla nas choćby maleńkiego prezentu. Cały czas opowiadał, jak łowi szczupaki i sandacze w mazurskich jeziorach, zachwalał ich smak a ja sobie od tamtej pory myślę, jak miło by było, gdyby mi choć jedną rybę przywiózł z tej wyprawy.

Nie żal mi jedzenia, naprawdę, ugoszczę każdego wedle dawnego obyczaju. Ale czasem w sercu zostaje cień żalu, bo zastanawiam się, czy ktoś nie zapomina, iż u podstaw gościnności jest wzajemność. Czuję się wtedy jak wykorzystana służąca, a nie krewna.

Wychodzi na to, iż tak to już w tej rodzinie bywało Za każdym razem to samo. Teraz, po latach, patrzę na to z nutą smutnej refleksji, iż życzliwość i pamięć o drugim człowieku nie zawsze wracają tam, skąd wyszły.

Idź do oryginalnego materiału