Teściowa zadzwoniła dwie godziny później.
— Bożena dzwoni — powiedziałam do męża, patrząc na ekran. — Odbierzesz?
Wzruszył ramionami znad laptopa. Siedział w kuchni, kończył raport, obok stała niedopita kawa, a obok niej — stos dokumentów z sanepidu. Od dwóch tygodni obiecywał, iż złoży wniosek o przeniesienie do Wrocławia. Wniosek leżał w tej samej teczce co w zeszły piątek.
Odebrałam.
— Nie będziecie w sobotę u cioci Halinki — oznajmiła Bożena tonem, jakby czytała prognozę pogody. — Lena ma gorączkę.
Po drugiej stronie zapadła cisza, ale nie taka zwykła. Taka, w której słychać, jak ktoś zaciska zęby.
— Jaka znowu gorączka? — zapytałam w końcu. — Wczoraj na zdjęciu wyglądała zdrowo.
— Wczoraj wyglądała. Dzisiaj nie chce jeść i prosi, żeby jej nie dotykać.
— To znaczy, iż jest chora? A może po prostu rozpuszczasz dziecko i ono robi, co chce. U nas w rodzinie dzieci całowały się z ciotkami i nie umierały od tego.
Zerknęłam na Lenę. Nie miała żadnej gorączki. Siedziała na dywanie w swoim pokoju, ubrana w różowy dres z dinozaurem, i układała klocki w wieżę. Wieża miała już trzy poziomy. Obok leżał pies sąsiadów, Borys, którego czasem bierzemy na spacer, i spał z pyskiem na jej kapciu.
Kłamstwo przyszło mi łatwo. Może za łatwo.
— Po prostu nie przyjedziemy — powiedziałam. — W sobotę.
W słuchawce znowu cisza, a potem trzask. Odłożyła słuchawkę. Bez „do widzenia”. Tak jak zawsze, gdy coś nie szło po jej myśli.
Mąż podniósł głowę znad laptopa.
— O co chodziło?
— O sobotę — powiedziałam. — Lena nie chce jechać do ciotki.
— Musimy? — zapytał takim tonem, jakby pytał, czy musimy kupić nowy filtr do ekspresu.
— Chodzi o to, iż Bożena ją zmusza do przytulania. Pamiętasz Święta? Lena powiedziała „nie”, a ona i tak ją złapała i trzymała, aż mała zaczęła płakać. A potem powiedziała, iż Lena jest niewychowana.
Mąż zamknął laptop. Przez chwilę patrzył na dokumenty, potem na mnie.
— Może po prostu ją przytuli i koniec. To tylko przytulenie.
— Nie tylko. Powiedziała „nie” i to powinno wystarczyć. Kropka.
Nie odpowiedział. Wrócił do raportu. A ja usiadłam na podłodze obok Leny i zaczęłam układać klocki. Wieża miała już pięć poziomów, kiedy zapytała:
— A ciocia będzie się obrażać, jeżeli nie przyjdę?
— To nie twoja sprawa, co czuje ciocia — powiedziałam. — Twoja sprawa to tylko to, co ty czujesz i co chcesz.
Kiwnęła głową, ale widziałam, iż nie do końca wierzy. Bo niby skąd ma wiedzieć, iż tak jest, skoro w przedszkolu pani każe jej dać buziaka koledze na zakończenie przedstawienia, a kolega nie chce, a pani mówi: „Grzesiu, nie bądź smutny, daj buziaka, to tak ładnie”.
W sobotę nie pojechaliśmy. Mąż od rana chodził po mieszkaniu z telefonem, jakby czekał, aż ktoś mu napisze, co ma robić o jedenastej, kiedy zaczynał się u Halinki obiad. Napisała Bożena. O wpół do dwunastej.
„Czekamy. Ciotka jest chora, może to ostatnia okazja”.
Nie odpisałam. Zamiast tego poszłam z Leną na spacer nad rzekę. Na moście dziewczynka zatrzymała się i patrzyła, jak dryfuje kawałek styropianu. Wiatr był zimny, a potem zaczął padać deszcz, i wróciłyśmy z mokrymi rękawiczkami.
Wieczorem, gdy Lena spała, mąż usiadł na kanapie obok mnie.
— Mama dzwoniła. Powiedziała, iż ciotka płakała. I iż nie rozumie.
— Ciotka płakała, bo sześciolatka nie chciała jej przytulić — powiedziałam. — A wiesz, co jest najsmutniejsze? Że dorośnie i zapamięta, iż jej „nie” trzeba popierać dowodami, zanim będzie coś warte. Bo jak nie, to będzie afera.
— Ale to brzmi, jakbyśmy jej zabraniali kontaktu z rodziną.
— Nie zabraniamy. Tylko mówimy, iż może nie chcieć się przytulać. I iż nie musi być za to nikomu nic winna. To dwie różne rzeczy.
W poniedziałek rano Bożena przyszła do nas. Bez zapowiedzi. Stała w progu w płaszczu, trzymała w reklamówce słoik ogórków i jakieś ciastka z cukierni na rogu, pewnie od tej nowej, co się otworzyła obok sklepu rybnego.
— Przywiozłam coś dla dziewczynki — powiedziała.
Lena stała w przedpokoju. Patrzyła na babcię jak na kogoś, kto przyszedł sprawdzić, czy na pewno nie wyjeżdżamy za granicę bez pozwolenia.
— Przywitasz się z babcią? — zapytałam cicho, kucając obok niej.
Lena schowała twarz w mojej bluzce i nic nie powiedziała.
— No patrz — powiedziała Bożena, stawiając słoik na podłodze. — Patrz, co się z tym dzieckiem dzieje. To nie jest normalne, żeby dziecko wstydziło się babci.
— Ona się nie wstydzi — powiedziałam. — Po prostu teraz nie ma ochoty.
— Zostaw — usłyszałam z tyłu. To Paweł. Stał w kuchni, w dresie, z kubkiem z cynamonem, i patrzył na nas.
I wtedy Bożena zrobiła to, co zwykle. Zrobiła krok do przodu, wyciągnęła ręce i złapała Lenę za ramiona.
— Chodź no tu — powiedziała.
Lena szarpnęła się. Naprawdę mocno. A potem wrzasnęła:
— Nie chcę! Nie chcę, puść!
I to był moment, w którym Paweł przeszedł z kuchni do przedpokoju. Postawił kubek na szafce, potem zdjął matce ręce z ramion dziecka, powoli, jakby poprawiał komuś kołnierz.
— Mama — powiedział. — Ona powiedziała „nie”. I to jest koniec rozmowy. Teraz ty masz wyjść.
Zapadła cisza, taka, iż słyszałam w niej tykanie zegara z kuchennego piekarnika.
Bożena stała chwilę, potem podniosła słoik i wyszła, trzaskając drzwiami tak, iż listek z lawendy, który Lena dostała w przedszkolu i przykleiła taśmą na framugę, oderwał się i spadł na wycieraczkę.
A wieczorem, kiedy już oboje z Pawłem leżeliśmy w łóżku, a deszcz bębnił o parapet, zapytał:
— Myślisz, iż zrobiłem dobrze?
— Tak — powiedziałam. — Powiedziałeś jej, iż ciało Leny ma granice. Zrobiłeś coś, czego nikt nie zrobił dla nas.
Nie odpowiedział. Ale rano, zanim wyszedł do pracy, podniósł z podłogi listek lawendy i przykleił go z powrotem taśmą do framugi. I to było ważniejsze niż wszystkie słowa, które mógł wypowiedzieć.
Weekend później przyjechała do nas siostra Pawła, Ola, z mężem. Specjalnie z Katowic. Zajęli miejsce na kanapie, a Lena siedziała na taborecie przy oknie i nie chciała się przywitać. Patrzyłam na Olę. Spodziewałam się, iż zacznie: „A co to za fochy”, jak by powiedziała kiedyś. Ale Ola tylko powiedziała:
— Hej, Lena. Fajnie, iż jesteś. Może pokażesz mi swoje rysunki? Tylko takie, które sama chcesz pokazać.
I Lena po chwili wstała i poszła do pokoju. Wróciła z rysunkiem. Przedstawiał wieżę z klocków i psa Borysa. Na dole podpisała się krzywo, pierwszy raz bez pomocy: „LENA”.
I nikogo nie objęła. I nikt jej do tego nie zmuszał. I to było najbardziej normalne popołudnie od wielu tygodni.
Tego samego wieczoru Paweł wyjął z teczki wniosek o przeniesienie, popatrzył na niego chwilę przy stole, a potem schował go z powrotem i odłożył teczkę na górę szafy.
— Zostajemy — powiedział tylko.
— Na pewno? — zapytałam.
— Na pewno. Nie chcę, żeby Lena bywała u mamy sama, beze mnie. Chcę być w pobliżu, kiedy będzie tego potrzebować.
Bożena nie dzwoniła przez tydzień. Potem przysłała sms z jednym zdaniem: „Nie rozumiem, dlaczego odebrałyście mi to”.
Nie odpisałam. Zamiast tego poszłam z Leną do parku we Wrocławiu, nad fosę. Kupiłam jej gofra z bitą śmietaną za jedenaście złotych. Jadła i machała nogami na ławce, a obok przechodziła grupa z przedszkola, i jeden chłopiec krzyknął: „Cześć, Lena!”.
Pomachała mu ręką, nie przestając jeść gofra.









