
Siedziałam na pudle z tektury, trzymając w dłoniach plastikowy widelec. Przede mną, na kawałku folii malarskiej rozłożonej na podłodze parowała zapiekanka z mrożonki. W chłodnym, nieotynkowanym jeszcze pokoju słychać było tylko miarowe stukanie deszczu o parapet i buczenie najtańszej lodówki, jaką udało mi się znaleźć.
Chciałam osiągnąć sukces
Pochodzę z małej miejscowości, gdzie sukces mierzy się bardzo konkretnymi miarami. jeżeli zostajesz na miejscu, musisz wybudować dom. jeżeli wyjeżdżasz do dużego miasta, musisz kupić mieszkanie. Wszystko pomiędzy uznawane jest za życiową porażkę i wyrzucanie pieniędzy w błoto. Kiedy trzy lata temu dostawałam awans na stanowisko młodszego specjalisty do spraw logistyki w średniej wielkości firmie, poczułam, iż złapałam Pana Boga za nogi.
Pensja wydawała mi się ogromna, choć w rzeczywistości ledwo wystarczała na rynkowy wynajem pokoju i skromne życie. Gdy na rodzinnym niedzielnym obiedzie wujek zaczął głośno wyliczać, ile to jego syn zarabia za granicą i jak to młodzi dzisiaj niczego się nie dorabiają, coś we mnie pękło. Zamiast milczeć jak zwykle, odchyliłam się na krześle i rzuciłam niedbale, iż właśnie składam wniosek o kredyt na własne M2 w stolicy. W pokoju zapadła cisza, a mama aż rozlała herbatę. Od tamtej minuty nie było już odwrotu. Stworzyłam potwora, którego musiałam karmić każdego dnia.
– Natalka, pani Janina w sklepie pytała, czy to mieszkanie ma duży taras – usłyszałam w słuchawce podekscytowany głos mamy dwa tygodnie po podpisaniu umowy deweloperskiej.
– Zwykły balkon, mamo, ale widok piękny – skłamałam gładko, patrząc na plan osiedla, z którego wynikało jasno, iż moje okna będą wychodzić wprost na ścianę sąsiedniego bloku oddalonego o osiem metrów.
Podziwiali mnie
– Widzisz! A syn Janiny choćby balkonu nie ma. Wiedziałam, iż ty jedna z naszej rodziny dopniesz swego.
Rzeczywistość dogoniła mnie znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Stopy procentowe poszybowały w górę, a rata mojego kredytu wzrosła o prawie osiemset złotych z miesiąca na miesiąc. Do tego doszły drastyczne podwyżki czynszu i cen materiałów wykończeniowych. Kiedy odebrałam klucze od dewelopera, okazało się, iż moje oszczędności starczą jedynie na podstawową łazienkę, tanią podłogę w jednym pokoju i wykończenie najtańszymi płytkami kąta kuchennego.
Na meble po prostu zabrakło pieniędzy. Zamiast łóżka kupiłam materac piankowy, który rzuciłam w kącie niedomalowanej sypialni. Za szafę służył mi metalowy wieszak na kółkach z wyprzedaży i sterta kartonów po przeprowadzce, na których pisałam markerem: „swetry”, „bielizna”, „dokumenty”. W kuchni stała tylko lodówka i jednopalnikowa kuchenka indukcyjna kupiona w promocji.
Kupiłam mieszkanie
Najgorsza była jednak potworna presja otoczenia. Gdy jeździłam do domu na święta czy weekendy, musiałam wyglądać jak kobieta sukcesu. Kupowałam w lumpeksach eleganckie żakiety, pilnowałam, by paznokcie były nienaganne, a w rozmowach rzucałam nazwami warszawskich dzielnic i opowieściami o rzekomych wyjściach do restauracji. W rzeczywistości moje codzienne menu składało się z mrożonych pierogów, zapiekanek i przecenionych warzyw z osiedlowego dyskontu.
– Jak tam wykończenie? Kupiłaś już meble do salonu? – pytała mama przy każdej okazji.
– Wszystko idzie z planem, mamo. Czekam na dostawę z Włoch, to trochę trwa – odpowiadałam bez mrugnięcia okiem, zagryzając wargi z poczucia wstydu.
Moje kłamstwo stało się misternie tkaną siecią, w której powoli zaczynałam się dusić. Zazdrość sąsiadek we wsi rosła z każdym tygodniem. Mama, dumna jak paw, opowiadała każdemu, kto chciał słuchać, o luksusowym życiu córki w stolicy. Byłam tak zapędzona w róg, iż potrafiłam usiąść w modnej kawiarni w centrum, zamówić najtańszą kawę, zrobić zdjęcie filiżanki na tle ładnego stolika, wysłać je na rodzinną grupę i natychmiast wyjść, by nie wydawać ani grosza więcej.
Kreowałam iluzję
Pewnego listopadowego popołudnia zadzwoniła moja młodsza siostra Milena.
– Natalia! Nie uwierzysz! – krzyczała do słuchawki. – Dostałam się na warsztaty fotograficzne w Warszawie! Będą trwały trzy dni!
Poczułam, jak serce bije mi gdzieś w gardle.
– To… wspaniale. Bardzo się cieszę – wykrztusiłam z trudnością.
– Mama powiedziała, iż nie muszę szukać żadnego hostelu, bo przecież masz tyle miejsca! Będę u ciebie dzisiaj wieczorem, pociąg mam za godzinę!
Świat zawirował mi przed oczami. Zobaczyłaby szare ściany, kartony, brak łóżka i żarówkę wiszącą w łazience na kablu. Cała moja misternie budowana wieża z kłamstw zawaliłaby się w jedną sekundę. W panice opanował mnie zimny pot.
– Milena, czekaj! – krzyknęłam do słuchawki, aż sama przestraszyłam się własnego głosu. – Nie możesz do mnie przyjechać!
– Co? Dlaczego? Coś się stało?
– Pękła rura – palnęłam pierwsze, co przyszło mi do głowy. – Awaria u sąsiada z góry, zalało mi całe mieszkanie! Wszystko stoi w wodzie, parkiet się podniósł, odcięli prąd i gaz! Tu jest pobojowisko, nie mam cię choćby gdzie położyć!
Musiałam ją okłamać
Wsłuchałam się w ciszę po drugiej stronie linii, drżąc na całym ciele.
– O rany… Natalia, tak mi przykro! – westchnęła siostra. – To co ty teraz zrobisz?
– Ja… nocuję u koleżanki z pracy. Ale słuchaj, opłacę ci pokój w hotelu blisko twoich warsztatów, żebyś nie musiała odwoływać przyjazdu. Naprawdę, zrobię to!
Zamiast wyjawić prawdę, pogrążyłam się jeszcze bardziej. Aby ratować mistyfikację, złożyłam wniosek o szybką pożyczkę odnawialną w aplikacji bankowej. Za pieniądze z kredytu zarezerwowałam dla siostry ładny pokój w hotelu niedaleko centrum. Kiedy spotkałyśmy się wieczorem na kolacji w restauracji, którą tez opłaciłam z kredytu, odgrywałam rolę poszkodowanej, ale wciąż eleganckiej kobiety sukcesu.
– Bardzo zniszczone te włoskie meble? – pytała z zatroskaną miną Milena.
– Głównie podłogi i przedpokój – kłamałam patrząc jej prosto w oczy. – Ekipa już sprząta, rzeczoznawca z ubezpieczalni oszacował szkody. Na szczęście miałam dobrą polisę, pokryją wszystko.
– Całe szczęście, iż masz na to pieniądze i głowę – westchnęła z uznaniem siostra. – Mama tak się martwiła, kiedy jej powiedziałam, ale uspokoiłam ją, iż przecież ty sobie ze wszystkim poradzisz.
Nie wyjawiłam prawdy
Przełknęłam ślinę. Kłamstwo pociągnęło za sobą kolejne kłamstwo. Kiedy trzy dni później odprowadzałam siostrę na pociąg, była w pełni przekonana, iż wracam do swojego luksusowego, choć chwilowo uszkodzonego apartamentu. W rzeczywistości wracałam do pustego, chłodnego pomieszczenia, bogatsza o kolejny dług do spłacenia.
Nikt się nie dowiedział. Nikt z mojej rodziny nie odkrył prawdy. Dla mamy, taty, siostry i całej naszej wsi wciąż jestem tą, której się udało, gwiazdą, która podbiła stolicę i żyje w luksusowych warunkach. Mama przez cały czas dumna jak paw opowiada o moim „włoskim wystroju” i „widoku z tarasu”. Rzeczywistość jest taka, iż wciąż śpię na materacu, ubrania trzymam w pudłach, a obiad, składający się z taniej zapiekanki z mikrofalówki, wciąż jest moim szczytem wykwintności pod koniec miesiąca.
Każdą wolną złotówkę ładuję w ratę kredytu i spłatę karty, z której opłaciłam hotel dla siostry. Czasami patrzę na gołe, szare ściany i zastanawiam się, jak długo zdołam wytrzymać w tym teatrze. Stałam się więźniem własnej dumy i strachu przed rozczarowaniem bliskich. Wszyscy myślą, iż żyję w bajce, a ja po prostu codziennie zasypiam na kartonach, boję się dzwonka do drzwi i nie wiem, jak z tego uciec.
Natalia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez lata małżeństwa byłam mistrzynią rezygnowania z siebie. Dopiero po śmierci męża zrozumiałam, ile mnie to kosztowało”
- „Zapłaciłam majątek za zajęcia z angielskiego i gitary dla syna. Rzucił mi, iż woli siedzieć z ojcem przed telewizorem”
- „Na 80. urodziny dostałam list z banku. Okazało się, iż mam konto, o którym nie wiedziałam, a na nim fortunę”










