Ksiądz w masce: dwie dekady tajemnicy ojca Kazimierza z Radomska

polregion.pl 1 tydzień temu

Ojciec Kazimierz Wolan miał sześćdziesiąt jeden lat, kiedy pierwszy raz zapytano go wprost, dlaczego zawsze wraca z sobotnich wyjazdów posiniaczony. Odpowiedział wtedy, iż przewrócił się na rowerze. Parafianki z Radomska pokiwały głowami i więcej nie drążyły — w końcu ksiądz nie musi się tłumaczyć z każdego siniaka.

Prawda była inna, choć równie prosta jak jazda na rowerze: proboszcz małej parafii pod Radomskiem od dwudziestu jeden lat walczył na galach wrestlingu pod pseudonimem El Cura Rojo — Czerwony Ksiądz.

Zaczęło się w 1987 roku, kiedy Kazimierz, wtedy trzydziestoparoletni wikary, przejął po zmarłym proboszczu obowiązek prowadzenia przykościelnej świetlicy dla dzieci z okolicznych wsi. Budynek — dawna remiza strażacka, którą parafia wykupiła za symboliczną złotówkę — grzał się byle jak, dach przeciekał nad kuchnią, a dzieci przychodziły często bez śniadania. Dwadzieścioro sierot i półsierot, dla których świetlica była jedynym miejscem, gdzie ktoś pytał, czy jadły.

Dotacja z kurii starczała na opał do listopada. Zbiórki wśród parafian dawały tyle, iż starczało jeszcze na węgiel do Bożego Narodzenia. Potem był luty, marzec i pytanie, z czego ugotować zupę dla dwudzieściorga dzieciaków.

Kazimierz jako chłopak z Częstochowy dorastał w latach sześćdziesiątych, kiedy telewizory były rzadkością, ale sąsiad miał jeden i w soboty wpuszczał dzieciarnię na transmisje zapasów z Katowic. Pamiętał tamten hałas, oklaski, maski zapaśników — i to, iż przez dziewięćdziesiąt minut nikt w tamtym pokoju nie myślał o niczym innym.

Wpadł na pomysł, kiedy zobaczył ogłoszenie w lokalnej gazecie: klub sportowy w Piotrkowie Trybunalskim szukał chętnych na amatorskie gale wrestlingu, stawka za walkę — sto pięćdziesiąt złotych, dla zwycięzcy dwieście. Pojechał tam w cywilu, bez koloratki, i powiedział, iż chce spróbować.

Trener, niejaki Zenon Marczak, człowiek o spracowanych dłoniach i przeszłości w cyrku objazdowym, spojrzał na niego z góry na dół i zapytał, ile ma lat. Trzydzieści cztery, odpowiedział Kazimierz. Zenon wzruszył ramionami — powiedział, iż w tym wieku to się kości łamie, a nie kariery zaczyna, ale trening pokazał.

Uszył sobie maskę sam, na maszynie do szycia pożyczonej od kościelnej gospodyni — czerwoną, z żółtym paskiem przez oczy, żeby nikt po sylwetce ani po głosie nie skojarzył go z ambony. Wystąpił pierwszy raz w maju 1987 roku w hali sportowej w Piotrkowie, przegrał w dziewięćdziesiątej sekundzie, dostał sto pięćdziesiąt złotych i pojechał od razu kupić dzieciom buty na zimę, bo do zimy było jeszcze pół roku, ale buty akurat były w wyprzedaży.

Przez pierwsze lata wiedzieli tylko Zenon i kościelny, pan Bogdan, który czasem podwoził go na gale swoim maluchem i pilnował, żeby nikt z parafii nie zauważył, iż proboszcz wraca do domu o trzeciej nad ranem pachnący linimentem.

Nie każda walka kończyła się stoma pięćdziesięcioma złotymi. Zdarzały się gale za trzysta, czasem za pięćset, kiedy El Cura Rojo zaczął wygrywać i organizatorzy zapraszali go do większych miast — do Łodzi, raz choćby do Warszawy na turniej w hali przy Torwarze. Każdą złotówkę zapisywał w zeszycie w linie, osobno od pieniędzy parafialnych, i co miesiąc zawoził gotówkę do sklepu spożywczego w Radomsku, gdzie pani Halina odkładała mu na zapas mąkę, kaszę i konserwy.

Świetlica przetrwała pierwszą trudną zimę, potem drugą. W 1991 roku parafia dobudowała do remizy sypialnię na piętrze, bo troje dzieci zostało bez rodziny na stałe i nie miały gdzie nocować. Kazimierz wtedy zaczął walczyć częściej — dwa razy w miesiącu zamiast raz — i dwukrotnie złamał żebro, raz nadgarstek, o czym parafianom mówił, iż to reumatyzm.

Sekret trzymał się dwadzieścia jeden lat, do 2008 roku, kiedy lokalna telewizja kablowa nagrywała reportaż o amatorskim wrestlingu w regionie łódzkim i operator złapał na taśmie moment, jak El Cura Rojo, ściągając po walce maskę w szatni, robi znak krzyża i całuje mały krzyżyk na łańcuszku. Redaktor rozpoznał gest, ale nie twarz — dopiero kiedy ktoś z redakcji skojarzył głos w wywiadzie z głosem księdza z niedzielnej mszy w Radomsku, sprawa się posypała.

Biskup wezwał Kazimierza do kurii w Częstochowie. Rozmowa trwała czterdzieści minut, za zamkniętymi drzwiami, a proboszcz siedział na korytarzu, ściskając w rękach maskę, którą zabrał ze sobą, bo pomyślał, iż jeżeli już ma się tłumaczyć, to niech tłumaczy się z dowodem w ręku, a nie z plotką.

Biskup zapytał go wprost, ile dzieci przewinęło się przez tę świetlicę przez dwadzieścia jeden lat. Kazimierz odpowiedział: sto siedemdziesiąt troje. Zapytał, ile z nich skończyło szkołę średnią. Sto dwadzieścia jeden. Ile poszło na studia. Trzydzieścioro dwoje. Biskup patrzył na niego długo, potem odłożył okulary na biurko i powiedział, iż przez dwadzieścia jeden lat okłamywał go co roku w rocznym sprawozdaniu z działalności charytatywnej, wpisując źródło dochodu jako "darowizny anonimowe".

Nie było kary. Było za to zdjęcie w lokalnej gazecie — ksiądz w koloratce obok zdjęcia w czerwonej masce — i tydzień, w którym Kazimierz nie wiedział, czy ktokolwiek jeszcze przyjdzie w niedzielę na mszę.

Przyszli wszyscy. Więcej niż zwykle. W pierwszym rzędzie usiadła Ewa Kowalczyk, jedna z pierwszych wychowanek świetlicy, dziś pielęgniarka w szpitalu w Radomsku, matka dwójki dzieci. Po mszy podeszła do niego z kopertą — w środku było osiemset złotych, zebrane wśród byłych wychowanków w ciągu tygodnia, odkąd rozeszła się wiadomość. Powiedziała, iż to nie na świetlicę, tylko na jego emeryturę, bo w końcu ktoś powinien pomyśleć też o nim.

Kazimierz walczył jeszcze trzy lata, już jawnie, bez maski, pod własnym nazwiskiem, bo ukrywanie nie miało już sensu, a hale zaczęły sprzedawać bilety właśnie na to, żeby zobaczyć księdza na ringu. Ostatnią walkę stoczył w 2011 roku, w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, w Piotrkowie, w tej samej hali, gdzie zaczynał — i tym razem wygrał, choć przeciwnik był o dwadzieścia lat młodszy.

Świetlica działa do dziś, przemianowana na Dom Dziecka imienia świętego Jana Bosko, prowadzi ją teraz Ewa Kowalczyk jako wolontariuszka po godzinach pracy w szpitalu. Kazimierz, dziś siedemdziesięcioletni, mieszka w domu dla emerytowanych księży pod Częstochową, a maskę — tę samą, uszytą na maszynie kościelnej gospodyni w 1987 roku — oddał do gabloty w korytarzu Domu Dziecka, obok zdjęć wychowanków, którzy skończyli studia i wrócili, żeby uczyć następnych.

Idź do oryginalnego materiału