Kryształowy Kociak

twojacena.pl 1 tydzień temu

Kryształowy Kot

Trzy siostry pod oknem…

Mamusiu, to jak w Twojej bajce, prawda?

Wiera westchnęła.

Prawie tak. A spać masz zamiar dzisiaj? Ja muszę jeszcze popracować, a ty jutro będziesz ziewać przez cały festyn.

Ojej! Już śpię! Polinka zanurkowała pod kołdrę, ale zaraz wystawiła z powrotem zadarty nosek. A będą baloniki? A przyjedzie Milenka? A…

Wiera złapała dziewczynkę, okryła szczelnie kołdrą i zaczęła całować ze śmiechem, nie zważając na wiercenie się i protesty.

A teraz śpij! Jutro wszystkiego się dowiesz!

Podniosła się, podała Polince ulubionego misia, po czym wyszła z pokoju, włączając delikatną lampkę nocną. Polinka wciąż bała się spać przy zgaszonym świetle i Wiera pilnowała, by światło rozbłyskało w całym domu.

Wiera zeszła na dół, uchyliła drzwi do kuchni i uruchomiła laptop. Spraw czekało wiele, ale przez parę minut trwała jeszcze w ciszy, zbierając myśli. Jutro będzie trudny dzień, nie tylko przez urodziny Polinki, które tak bardzo cieszyły Wierę przecież kochała święta, zwłaszcza te związane z córką ale też dlatego, iż miały przyjechać rodzina… A z tego już euforii niewiele. Wiera gwałtownie potrząsnęła głową, sięgnęła po czajnik i nalała sobie herbaty. Dość! Problemy należy rozwiązywać w kolejności pojawiania się. Najważniejszy na dziś był raport roczny, a ten przecież nie poczeka. Postawiła więc herbatę przy komputerze, wyjęła z torby teczkę z dokumentami i zaczęła pracę. Dobrze, iż przed laty posłuchała babci i została księgową oceanografia, którą się kiedyś fascynowała, niosłaby więcej romantyzmu, ale czy dawałaby taką pewność jutra? Przymknęła na moment oczy, wyobrażając sobie morze, i uśmiechnęła się. Jeszcze chwila cierpliwości i polecą z Polinką na wakacje. O ile, oczywiście, znów nic się nie wydarzy…

Wierka przyszła na świat w rodzinie Lidii i Włodzimierza Krajewskich. Była wyczekiwanym, ukochanym dzieckiem; babcie i dziadkowie byli wniebowzięci, a rodzice nie mogli się napatrzeć na swoją różowolicą piękność.

Druga powinna być od razu, żeby przyjaciółka była! powtarzały babcie, a Lidia posłuchała.

Między Wierą a średnią siostrą, Nadzieją, była zaledwie różnica roku. Najlepsze przyjaciółki, zarówno kochające się, jak i rywalizujące ze sobą. Na początku ta rywalizacja nie szkodziła ich relacji. Ciągnęły się wzajemnie w górę, cieszyły sukcesami drugiej i pomagały sobie w kłopotach. Lidia dbała, by nie dochodziło między nimi do sprzeczek, wciąż powtarzając, iż na świecie nie ma bliższych sobie ludzi.

Przekonała dyrektorkę szkoły i dziewczynki poszły do jednej klasy. Siedząc razem w pierwszej ławce, dotykały się nowymi butami pod stolikiem. Jestem tu, nie bój się! Bardziej denerwowała się Wiera od zawsze poważniejsza i odpowiedzialna. To Nadia potrafiła zostawić do połowy zrobione zadanie z polskiego i przez okno liczyć ptaki na gałęziach. Werka, jeżeli zaczynała odrabiać lekcje, nie odchodziła, póki wszystko nie było skończone.

Werko! Gdzie masz zeszyt? Matmę już skończyłaś? Daj szybko, przepiszę i pójdziemy na dwór!

Sama rozwiąż! Wiera zabierała zeszyt. Bo nas rozsadzi pani Grażyna na sprawdzianie i co wtedy? Chcesz pomocy?

Nadia dąsała się i cicho obrażała, ale gwałtownie jej przechodziło. Po kwadransie ciągnęła Wierę na lodowisko lub nad staw, karmić kaczki.

Gdy dziewczyny były w szóstej klasie, na świat przyszła najmłodsza siostra, Lusia. Lidia nie planowała trzeciego dziecka miała dość; wieść o kolejnej ciąży wcale jej nie ucieszyła.

Znów od początku! Włodziu, nie jestem już taka młoda, będzie mi ciężko…

Lidziu, masz dwie pomocnice i ja też jestem. Poradzimy sobie! A może teraz będzie chłopak? Jaka niespodzianka!

Chłopca nie było, urodziła się Lusia. Głośna, wymagająca zupełnie inna niż starsze siostry. Lidia początkowo nie wiedziała, co robić, ale po kilku miesiącach wszystko się zmieniło: Wiera i Nadia gwałtownie zorientowały się, iż od dzisiaj to właśnie Lusia rządzi rodziną.

Lidia gwałtownie poczuła różnicę pomiędzy macierzyństwem na początku, a tym późniejszym wtedy, gdy pojawiła się Lusia, z euforią wzięła na siebie niemal całą opiekę nad maluchami, odtąd starsze dziewczyny coraz częściej zbywała poleceniami i przestała się nimi interesować. Przegapiła moment, w którym między starszymi siostrami przebiegła czarna kotka.

Ów „kot” nazywał się Szymon. Mieszkał na sąsiednim podwórku. Dziewczynom nie przychodził do głowy, dopóki Wierze nie stuknęło szesnaście lat. Po treningu biegła do domu, gdy nagle zatrzymał ją Szymon.

Wiera, chodź tu, muszę z tobą pogadać! mówił nieśmiało, spuszczając wzrok.

Wiera przyglądała mu się chwilę, po czym uśmiechnęła łagodnie.

Nie mogę, mama czeka. O szóstej pod klatką.

Szymon promieniał i potakiwał.

Podobasz mi się!

Domyśliłam się zaśmiała się cicho, jak dzwoneczek i pobiegła dalej.

Komu mogła opowiedzieć o tych nowych, nieznanych uczuciach? O pierwszym westchnieniu, zalążku zauroczenia, o pierwszej randce, na której nie wiadomo, co zrobić z rękami, o pierwszym pocałunku, tak wyczekanym i zarazem strasznym…

Oczywiście, Werka wyznała wszystko Nadii choć nie od razu. Nadia, widząc, iż z siostrą dzieje się coś niezwykłego, nie dała jej spokoju, aż usłyszała prawdę.

Potem sama Nadia nie rozumiała, co w nią wstąpiło. Dlaczego Szymon nagle wydał się jej taki ważny? Przecież choćby jej się nie podobał, a jednak nagle zapragnęła zwrócić jego uwagę bardziej niż cokolwiek.

Wiera na początku niczego się nie domyśliła, a potem było już za późno. Zobaczyła Nadię i Szymona całujących się pod blokiem i bez słowa minęła ich. W domu zamknęła się w swoim pokoju, niewzruszona krzykami Lusi zza drzwi.

Wiera! Co to za zachowanie?! Wpuść Lusię do pokoju! Lidia gniewnie waliła w drzwi.

Werka była zawsze posłusznym dzieckiem. Otworzyła matce, a ta, spojrzawszy na swoją najstarszą córkę, od razu poczuła w sercu przepaść, o której nie miała pojęcia. Delikatnie odsunęła Lusię do przedpokoju i sama zamknęła drzwi.

Córeczko, co się stało?

Mamo, boli. Dlaczego? Po co Nadzi to zrobiła?

Po dłuższej rozmowie Lidia objęła Werę.

Moje dziecko… Jak mogę ci pomóc?

Wiera patrzyła sucho w okno i milczała. Jak opowiedzieć matce, co ją wypalało od środka? Jak ubrać cierpienie w słowa? To niewykonalne.

Pomóż mi spakować rzeczy, mamo. Pojadę do babci. Nie mogę tu zostać.

Nadia, czerwona z mrozu, wpadła do mieszkania wprost na odchodzącą Wierę.

O! Gdzie się wybierasz z walizką?

Wiera minęła ją bez słowa, wyszła z domu i nigdy już tu nie wróciła. Lidia, zanosząc się łzami, wymierzyła Nadii policzek.

Jak mogłaś?!

Nadia, trzymając się za policzek, patrzyła tylko na matkę, która, zabrawszy Lusię, zamknęła się u siebie w pokoju z takim hukiem, iż żyrandol w salonie rozkołysał się żałośnie.

Kra­jewscy nie potrafili gniewać się zbyt długo. Po kilku tygodniach Lidia zaczęła znowu rozmawiać z Nadią. Ale Wiera potrzebowała dwóch lat, by odezwać się do siostry. Może i dalej by tego nie zrobiła, gdyby nie choroba Lidii, podczas której siostry zjednoczyły się na nowo, by przepędzić zły los.

Wybacz mi… Nadia patrzyła na własne dłonie, trzęsące się nerwowo na ławce w szpitalnym parku.

Siostry siedziały w ciszy, dopóki nie wyszedł ojciec z wiadomością, iż operacja się udała i teraz wystarczy czekać.

Wiera, na zmianę z Nadią, zajmowała się domem i Lusią. Wtedy po raz pierwszy zauważyła, jak rozkapryszona i nieposłuszna staje się najmłodsza siostra. Lusia nie znała autorytetów robiła wszystko po swojemu. Starsze siostry i rodzice nie potrafili jej powstrzymać.

Gdy Lidia wróciła do zdrowia, znów drogi sióstr się rozeszły. Wiera przeprowadziła się do Torunia, by opiekować się babcią ze strony ojca i już tam została. Olga Iliniwna zmarła niedługo po przeprowadzce wnuczki, zostawiając jej przestronne mieszkanie.

Mieszkaj tu, dziecko i zawsze trzymaj się własnych decyzji. choćby najbliżsi potrafią się odsunąć, gdy chodzi o własne sprawy…

Wiera tylko się uśmiechnęła z przekąsem. Kto jak kto, ale ona wiedziała to doskonale.

Po kilku latach wyszła za mąż, nikogo nie zapraszając. Z Andrzejem cicho podpisali papiery, a potem we dwoje uczcili ten dzień. Andrzej nie miał rodziny, Wiera swojej już zwać nie chciała.

Ich życie było proste i szczęśliwe. Brakowało jednego dziecka. I Wiera, i Andrzej bardzo chcieli, ale mimo starań, dziecka nie było. Lekarze rozkładali ręce.

Poczekamy na nasze dziecko! postanowiła Wiera.

Lata mijały. Już planowali adopcję, gdy los zdecydował inaczej.

Z rodziną Wiera miała kontakt listowny, dość rzadki. Zdarzało się, iż odwiedzali z Andrzejem Włodzimierza i Lidię, ale zięć się nie spodobał. Wiera gwałtownie postawiła sprawę jasno:

Ja go wybrałam. Trudno, musicie się z tym pogodzić, mamo.

Werciu, to twoje życie. Ale gdy tak myślę, mogłaś znaleźć lepszego męża… Z twoją urodą i wykształceniem…

Wiera nie umiała matce wytłumaczyć, jak szczęśliwa czuje się przy Andrzeju. Było jej z nim dobrze i spokojnie, a Andrzej dbał o dom, nie uznając żadnych podziałów. Dla niego nie było problemu, by ugotować obiad czy pozmywać naczynia.

Tylko pozazdrościć męża! wzdychała Nadia, goniąc starszego syna i trzymając na rękach malutką córkę. Mi by się przydała taka pomoc A mój tylko marudzi…

Wiera kiwała głową, wiedząc, iż Nadia i tak jest zadowolona z życia. Tego samego nie można było powiedzieć o Lusii.

Lusia wyrosła pięknie. choćby za pięknie. Siostry były ładne, ale obok najmłodszej bledły.

Lusia u nas to królowa! Lidia z dumą patrzyła na córkę, która rozsiadła się w fotelu, kiedy starsze zastawiały stół z okazji rodzinnych uroczystości. Lusia nie cierpiała tych zjazdów. Odsiedziała swoje, słuchała komplementów, po czym znikała z domu, mimo protestów rodziców.

Po maturze Lusia oznajmiła:

Koniec nauki! Będę modelką!

Rodzice byli zszokowani, zwłaszcza iż praca modelki okazała się niełatwa, a Lusia gwałtownie się zniechęciła. Poznała poważnego biznesmena i po chwili się przeprowadziła, nie obchodziło ją, iż on ma żonę i dzieci. Gdy matka próbowała rozmawiać, Lusia ucinała:

Dajcie mi w spokoju żyć! Będę wracać tylko wtedy, kiedy będę miała na to ochotę.

Chciała bardzo wiele, zyskała niewiele. Chcąc zatrzymać przy sobie ukochanego, zaszła w ciążę ale bajka skończyła się natychmiast. Lusia robiła awantury, próbowała dotrzeć do żony kochanka, ale ona, spokojna i wyniosła, powiedziała tylko:

Dziecko, takich jak ty były i będą dziesiątki. A żoną jestem ja. Mój mąż mnie nie zostawi.

Ty tak sądzisz? Lusia nie mogła zrozumieć jej pewności.

Tak. Twoje dzieci nie zmienią nic. Urodzisz? Twoja sprawa. Ale nie licz na niego. To rada prawniczki.

Rozmowa się urwała. Lusia szalała z wściekłości, a kiedy ukochany pojawił się wreszcie, usłyszała tylko:

Radź sobie sama. Zapewnię mieszkanie i alimenty. Ale dziecka nie chcę widzieć to tylko twój obowiązek.

Lusia gapiła się bezradnie na zamykające się drzwi. Całe życie dostawała, czego pragnęła. Teraz… wpadła w chaos.

Między kolejnymi kłótniami i imprezami przegapiła wszystko i na świat przyszła Polinka. Od pierwszych dni najwięcej opiekowała się nią Lidia. Lusia raz tuliła córkę bez przerwy, raz znikała na kilka dni a rodzice jej szukali. Przerwy robiły się coraz dłuższe, a potem…

Któregoś dnia tragiczna noc, wypadek samochodowy i Lusia już nigdy nie wróciła. Po śmierci córki Lidia zamknęła się w żałobie, nie mając siły zajmować się wnuczką. Włodzimierz starał się utrzymać wszystko razem, prosił Nadię o pomoc, ale ta odmówiła:

Sama mam troje dzieci, tato, nie dam rady.

Wtedy Włodzimierz zadzwonił do Wiery.

Ta nie wahała się ani chwili. Wzięła urlop i przyjechała. Po miesiącu wszelkie formalności były załatwione, a Polinka pojechała z Wierą do Torunia. Że to nie jej córka, wiedzieli tylko najbliżsi. W czasie, gdy Wiera załatwiała papiery, Andrzej sprzedał ich mieszkanie i ukończył remont w nowym domu.

Andrzejku, jesteś cudowny! Wszystko zrobiłeś tak, jak marzyłam! Wiera chodziła po domu, pełna nowych nadziei.

Mała Polinka wniosła w ich życie to, czego wszystkim brakowało ruch, śmiech, radość. Dziewięć lat minęło jak mgnienie oka.

Z rodziną kontakt osłabł, spotykali się tylko przy świętach. Zrozpaczona Lidia bywała trudna.

Oddali Ci ją! Zobaczymy, jak sobie poradzisz! Wywiozłaś… O mnie byś pomyślała, mieszkała bliżej!

Wiera nie wdawała się w spory, tylko żałowała matki. Wiedziała, iż dla niej śmierć Lusi była nie do zniesienia. Polina coraz bardziej przypominała matkę, czym Lidię miękła.

Ale rośnie nam piękność! ocierała łzy, patrząc na wnuczkę i powtarzała: Nie trzymaj jej, daj być szczęśliwą!

Nie warto… Wiera ściskała męża za rękę, kiedy ten już chciał się odezwać ostro.

Czemu, Wiero? Czy nie lepiej postawić sprawę jasno?

Nie wiem, Andrju. Po prostu, szkoda mi mamy. Cała ta złość to tylko ból.

Ale czemu masz to znosić?

Może dlatego, iż zostałam tylko ja? I nie ma kto jej pomóc.

A jeżeli powie coś Polinie?

Nie zrobi tego. Nigdy nie zraniłaby dziecka Lusi.

I rzeczywiście Lidia wylewała żal tylko na Wierę. Przy Polinie była cicha, wiedząc, iż prawda skrzywdziłaby dziewczynkę.

Wiera wyłączyła laptopa i przeciągnęła się. Już po północy! Dopijała zimną herbatę, spoglądając przez okno. Szkoda, iż Andrzeja nie ma służbowy wyjazd wypadł tak niefortunnie, ale jutro miał już wrócić. Pewnie nie zdąży na samą uroczystość, ale choć na kolację. Ciekawe, co wymyślił dla Poliny? Niespodzianka… Nic żonie nie zdradził, tylko się roześmiał:

Zobaczycie! Spodoba się!

Wiera uśmiechnęła się znów, po raz setny dziękując losowi za Andrzeja, i położyła się spać.

Mamusiu! Wszystkiego najlepszego dla mnie! Polina wskoczyła na łóżko i obsypała śpiącą Wierę pocałunkami. I dla ciebie! Gratuluję ci mnie!

Dziękuję! Wiera wyściskała córkę i spojrzała jej w oczy. Sto lat, zdrowia i szczęścia, córeczko!

Polina wtuliła się w mamę, wciskając nosek w jej szyję.

Już jestem duża?

Pewnie! Całe dziesięć lat! Ale wiesz co?

Co?

Dla mnie wciąż troszkę mała! Wiera puszczała oko, a Polina śmiała się w głos.

I dobrze! Małych kochają wszyscy!

No, no, zobaczymy, kto cię tu nie kocha!

Rozśmieszona Wiera zaczęła łaskotać córkę, która piszczała, próbując uciec.

Dobrze! Czas na prezenty! Wiera sięgnęła do szuflady i podała córce małe pudełeczko.

Uważaj, delikatnie…

Polina otworzyła pudełeczko powoli.

Mamo… Polinka uniosła na Wierę oczy i uśmiechnęła się szeroko. To ten sam?

Ten. skinęła matka głową.

Polina ostrożnie wyjęła figurkę kryształowego kotka. Wiedziała, iż kiedyś dostała go Wiera od Włodzimierza.

Dla starszej córeczki Tak mówił dziadek?

Tak właśnie.

Dziękuję! Marzyłam, żeby był mój! pogładziła delikatne uszy kotka. Mamo, ale ja jestem jedynaczką…

Wiera uśmiechnęła się, a Polina spojrzała jej głęboko w oczy.

To prawda? wyszeptała cicho. Werka przytaknęła, a Polina aż podskoczyła, krzycząc: Hurra! Będę starszą siostrą! Mamusiu, kto przyjdzie?

Jeszcze nie wiemy, kochanie.

Wiera patrzyła na roztańczoną córkę i poczuła łzy ile lat czekali na ten moment!

Polina znieruchomiała na chwilę pośrodku pokoju, potem przytuliła się do mamy.

To najlepszy prezent, jaki mogłaś mi zrobić!

Wiera wstała, otuliła ją ramionami i sięgnęła po dużą paczkę z szafy.

To jeszcze dla ciebie.

Piękna sukienka ucieszyła Polinę. Kręcąc się przed lustrem, spytała:

Mamo, o której wszyscy przyjadą?

Wiera spojrzała na zegar, wykrzykując:

Przespaliśmy! Szybko, córeczko, musimy się spieszyć!

Udało się zdążyć. O drugiej Polina już witała gości, ciesząc mamę swoim beztroskim śmiechem.

Jak się trzymacie? Lidia opadła na fotel, spoglądając surowo na Wierę.

Dobrze, mamo. Pola kończyła rok z samymi piątkami. W muzycznej też. Dziecko-anioł.

Doceniaj to szczęście, bo nie każdemu dane.

Wiera westchnęła ciężko. Rozmowy z matką od dawna stawały się niemożliwe. Na szczęście przerwała je Nadia, donosząc nowinki o dzieciach i mężu. choćby Polina z Mileną skończyły rok z czerwonym paskiem, a Witek został mistrzem dzielnicy w boksie.

Nagle, krzyk Poliny wyrwał wszystkich z zamyślenia. Wiera pobiegła do pokoju córki. Polina stała na środku, szlochała rozpaczliwie. Biała sukienka cała w plamach. Wiera zbladła i chwyciła ją w ramiona.

Nadia! Apteczka w kuchni! Szybko, bandaż!

Wszyscy w domu biegali, tylko Milenka siedziała w kącie, mrukliwie obserwując Polinę.

Pola, co się stało? Wiera tuliła córkę.

To kłamstwo! łkała Polina. Ona kłamie!

Kto? Wiera nie wiedziała, o co chodzi.

Okazało się, iż skaleczenia były niegroźne. Opatrzywszy dziecko, przebrała ją i zabrała do swojej sypialni.

Opowiesz mi, co się stało?

Polina najpierw milczała, wtulając twarz w matczyną pierś. A potem spojrzała na matkę dużymi, szarymi oczami…

Idź do oryginalnego materiału