Krotoszyce. O zamku otoczonym fosą, sroce złodziejce i tajemniczym grobowcu

nieustanne-wedrowanie.pl 3 tygodni temu

Pomimo tego, iż to w sumie tak niedaleko od mojego miata, czyli od Środy Śląskiej, to jednak jakoś nigdy nas tam nie zagnało. Tamtego dnia wyruszyłyśmy w drogę rowerami z takim celem, iż najpierw odwiedzimy Krotoszyce, bo tam czekała na nas przygoda ze wspaniałym pałacem, który piękny jest jak milion dolarów, a potem pojedziemy do Winnicy, gdzie znajdują się ruiny klasztoru. Taki był plan tej wyprawy, jednak podczas drogi nieustannie wpadałyśmy na inne interesujące obiekty, co to wyrastały nam na drodze całkiem niespodziewanie i zajmowały naszą uwagę na maksa. To była bardzo piękna, całodzienna podróż na dwóch kółkach. Posłuchajcie tylko…

Najsampierw wsiadłyśmy do pociągu, który zawiózł nas do Legnicy i dopiero tam zaczęłyśmy pedałować. Z dworca skierowałyśmy się do Pawłowic Małych, gdzie przekroczyłyśmy drogę E65, a potem autostradę. W ten sposób dojechałyśmy do Wilczyc a potem do Krotoszyc. To przekraczanie najpierw jednej, a potem drugiej Wielkiej Rzeki Aut bardzo nas wymęczyło. W tamtym terenie wiatr urywał nam głowy a niekończący się hałas, który powodowały samochody, doprowadzał nas do nerwicy. Jednak kiedy było już po wszysztkim i znalazłyśmy się poza tym zasiegiem cywilizacji, już w Wilczycach zrobiło się przyjemnie cicho i dopiero wtedy nastał czas na przeżywanie tej wspanialej przygody.

Dwór w Krotoszycach

Dwór w Krotoszycach

Gdy tylko przybyłyśmy do tej miejscowości, od razu zaczęłyśmy szukać tego miejsca. Było ono bowiem główną atrakcją tej wyprawy. Nie byłam tam nigdy wcześniej i Ines również nie znała tego obiektu, stąd nasz szczery zachwyt nad nim, kiedy go ujrzałyśmy! Dwór zastałyśmy w stanie doskonałym. Zabytek widać jest w dobrych rękach, bo zadbany i cały czas w użyciu. Wbrew pozorom nie jest to zbyt częsty widok na dolnośląskiej ziemi. Przy dawnej rezydencji jaśniepanów znajduje się pięknie utrzymany dawny park dworski, a adekwatnie tylko jego połowa, ale o tym za chwilę. Teraz pokrótce opowiem Wam dlaczego wszystko to tak cudnie wygląda i dlaczego wstęp na teren tego obiektu jest wolny.

Krotoszyce. Teren dawnego folwarku

Dzisiaj na terenie dworskim w Krotoszycach prowadzona jest działalność hotelowa i gastronomiczna. Jest to duży kompleks, ponieważ funkcjonuje on na całym obszarze dawnego folwarku, który przylega bezpośrednio do pałacu. Kompleks ten zowią wypoczynkowo-biznesowy. W hotelu na gości czeka aż 130 miejsc w standarcie trzech gwiazdek, a w kuchni serwują dania tradycyjne. Znajdują się tam również sale konferencyjne a w pałacowej Sali Balowej urządzane są wesela i przyjęcia okolicznościowe. No i oczywiście goście hotelowi mają nieograniczony dostęp do 6-hektarowego ogrodu i wypożyczalni rowerów. Poza tym mogą korzystać z krytego basenu, sauny, jacuzzi oraz gabinetu masażu. Takie buty!

W krotoszyckim parku podworskim

Odrobina historii

Wiecie dlaczego to jest taka rzadkość, iż podobna dawna, dziś już zabytkowa rezydencja bogaczy wygląda tak dobrze i przez cały czas jest w użyciu? Wszystko to dlatego, iż pałace i dwory lokalizowane na terenach wiejskich Dolnego Śląska, miały być dla ich mieszkańców oazą spokoju, aby mogli oni żyć sielankowo. Budowano je z dala od zgiełku miast, często na uboczu. Po zakończeniu II światowej bardzo często spłycano je do roli biurowców albo mieszkań dla pracowników na przykład PRG-u, a potem, gdy czasy się zmieniły, sprzedawano je wraz z ziemią osobom prywatnym, a one często w nie nie inwestowały. Te piękne obiekty nie nadawały się na restauracje, hotele czy inne podobne przedsiewzięcia, ponieważ, jak wspominałam wyżej, położone były przeważnie na uboczu i ta lokalizacja je dyskryminowała. Bo bardzo trudno jest wypromować podobne miejsce, kiedy nie leży ono przy głównej trasie dla samochodów. Dlatego właśnie takie przykłady jak Krotoszyce, czy Mojęcice niedaleko Wołowa albo Muchów są prawdziwie niezwyłe, gdyż tam się to udało.

W parku dworskim w Krotoszycach

Krotoszycki dwór jest bardzo pięknie usytuowany. Otacza go bowiem romantyczny park, który założono pod koniec XIX stulecia, kiedy to prowadzona była modernizacja jaśniepańskiej siedziby. Historia jego jest jednak znacznie starsza, ponieważ zaczyna się w roku 1600. Przynajmniej tak podają wiarygodne źródła, jednak wiemy, iż Krotoszyce funkcjonowały jako wieś księcia Bolesława Rogatki już w połowie XIII wieku, a potem gospodarowali tam wójtowie i mnisi. Dopiero w drugiej połowie XVI stulecia w Krotoszycach pojawia się mieszczańska rodzina z Peterem Heinrichem na czele. Jego potomek Hans Sebaldus Heinrich rozpoczął budowę zamku na wodzie, ale mogło być również tak, iż przebudował starszą rezydencję i mocniej ją ufortyfikował, bo przecież w tej osadzie wcześniej również mieszkali rządzący tam, wygodniccy bogacze, i śmiem wątpić, iż sypiali oni w chłopskich chatach.

Dwór Krotoszyce

Jednak co by nie mówić, to rzeczywiście Hans Sebaldus Heinrich, który był panem na Krotoszycach w XVII wieku, ufundował rzeczony, już renesansowy zamek otoczony mokrą fosą. Poza tym zapisał się on w dziejach tej miejscowości jako kolator kościoła w Krotoszycach, ponieważ sfinansował jego gruntowny remont. Dzisiaj po zamku prawie nie ma już śladu, a odpowiedzialny za to jest kolejny właściciel tych dóbr, Florian Thilo von Thielau, ale o tym za chwilę. Familia von Thielau gospodarowała w tym majątku ziemskim aż 170 lat!

W parku dworskim w Krotoszycach. Po lewej pomnik przyrody: platan klonolistny o obwodzie 700 cm, który ma ponad 350 lat.

Warto wiedzieć, iż Hans Sebaldus Heinrich nie był szlachcicem i nie był też rycerzem. W zachowanych źródłach historycznych figuruje on jako zamożny kupic legnicki. Jego pochodzenie było więc mieszczańskie, ale z całą pewnością należał on do elity finansowej tego miasta. W tych odległych czasach majętni patrycjusze często lokowali swój kapitał właśnie w dobrach ziemskich na prowincji, odkupując je od szlachetnie urodzonych bankrutów. I chociaż nie posiadał on tytułu szlacheckiego, to był pełnoprawnym panem na Krotoszycach i rezydował tam jak prawdziwy rycerz, w swoim reprezentacyjnym zamku z fortyfikacjami.

Rodzina von Thielau i sroka

A więc dotarliśmy już do czasu, kiedy to w Krotoszycach gospodarowała rodzina von Thielau z panem Gottliebem von Thielau na czele. Isnieje dość interesująca legenda opowiadająca o tym, w jaki sposób wszedł on w posiadanie zamku po Hansie Sebaldusie Heinrichu. Posłuchajcie:

Na zamku Piastowskim w Legnicy tętniło życie, jednak pewnego jesiennego poranka nad dworem zaległa głęboka cisza. W komnatach księżnej Ludwiki doszło do zuchwałej kradzieży. Z jej toaletki zniknął rodowy pierścień – klejnot o wielkiej wartości, wysadzany lśniącymi kamieniami, który pani zamku darzyła szczególnym sentymentem. Podejrzenie natychmiast padło na młodego szlachcica z rodu Thielau, który jako jedyny z dworzan miał stały dostęp do prywatnych pokoi księżnej. Młodzieniec, dumny i pewny swej niewinności, żarliwie zaprzeczał zarzutom. Przypominał o starożytnych korzeniach swojej rodziny i rycerskim honorze, które nie pozwoliłyby mu na tak podły czyn. Słowa te jednak nie przekonały książęcej pary. W atmosferze skandalu i bezgranicznej hańby, oskarżony o złodziejstwo młodzieniec został z zamku wypędzony. Straciwszy dobre imię, opuścił Legnicę w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości.

W parku podworskim w Krotoszycach

Mijały lata, a dawny dworzanin wyrósł na dojrzałego mężczyznę. Choć czas leczył rany, piętno złodzieja ciągnęło się za nim i jego starym ojcem niczym cień. Pewnego dnia książę Chrystian zorganizował w okolicznych lasach wielkie polowanie. Po wielu godzinach pogoni za zwierzyną, jeden z towarzyszących mu rycerzy postanowił odpocząć w cieniu rozłożystego dębu. Siedząc w trawie, uniósł głowę i zaczął przyglądać się sroce, która uwijała się wokół gniazda na samym czubku drzewa. Nagle, pośród gałęzi i ptasich piór, coś błysnęło w promieniach słońca. Zaintrygowany rycerz postanowił to sprawdzić. Wspiął się na wysokie drzewo, włożył dłoń do gniazda i ku swojemu zdumieniu wyciągnął ze środka zaśniedziały, ale wciąż lśniący pierścień. Gdy polujący powrócili na zamek, księżna Ludwika od razu rozpoznała swoją zgubę, za którą tęskniła przez lata. W tym samym momencie dla wszystkich stało się jasne, jak potworną pomyłkę popełniono. Prawdziwym złodziejem nie był młody szlachcic, ale zwabiona blaskiem sroka.

Dwór Krotoszyce

Książę, chcąc zmyć winę za wyrządzoną krzywdę, natychmiast wezwał niesłusznie wygnanego Thielaua z powrotem na swój dwór. Przyjął go z najwyższymi honorami i zwrócił mu pełną łaskę. Aby jednak słowa zadośćuczynienia nie były puste, książę podarował rycerzowi na własność zamek w Krotoszycach wraz z całą przyległą wioską. Podczas uroczystości przekazania majątku, władca rzekł do wzruszonego szlachcica:
– Ponieważ ty i twój sędziwy ojciec jesteście ostatnimi gałęziami waszego wspaniałego rodu, od dziś w waszym herbie widnieć będzie pień drzewa z dwoma żywymi konarami. Nad hełmem rycerskim każę zaś umieścić srokę, która trzyma w dziobie złoty pierścień. Niech ten wizerunek po wsze czasy przypomina moim potomnym, jak łatwo rzucić fałszywe oskarżenie i jak wielką krzywdę wyrządziłem waszemu domowi.

Od tamtego dnia rodzina von Thielau osiadła w Krotoszycach, żyjąc w spokoju i dostatku, a dumna sroka z klejnotem stała się symbolem ich oczyszczonej z zarzutów czci.

Kartusze herbowe nad wejściem głównym do pałacu w Krotoszycach. Po lewej wyraźnie widać srokę z legendy.

Co ciekawe, ta urokliwa legenda, upamiętniająca moment powstania herbu rodowego linii von Thielau opiera się na prawdziwych postaciach i wydarzeniach, które można bardzo precyzyjnie osadzić na osi czasu. Historyczny moment przekazania Krotoszyc tej familii oraz narodziny ich nowego herbu przypadają na rok 1671, czyli na sam koniec panowania dynastii Piastów na Śląsku. Książę z legendy to nikt inny, tylko Chrystian legnicko-brzeski, a księżna to Ludwika Anhalcka. Byli oni rodzicami Jerzego Wilhelma – ostatniego męskiego przedstawiciela śląskiej linni dynastii Piastów, który zmarł tragicznie i niespodziewanie w wieku zaledwie 15 lat. Natomiast młodzieniec oskarżony o kradzież to Gottliebem von Thielau.

Florian Thilo von Thielau

Po śmierci ojca (Gottlieba, tego od sroki), Krotoszyce odziedziczył jego najstarszy syn – Hanns Gottlieb von Thielau. Zrobił on jednak zawrotną karierę na dworze w Dreźnie, stając się bliskim przyjacielem i zaufanym człowiekiem przyszłego króla Polski, Augusta II Mocnego. Postanowił przenieść swoje życie do Saksonii i tam kupił nowe posiadłości. Ponieważ wiązał przyszłość z Saksonią, a nie ze schedą po rodzicielu, w 1686 roku oficjalnie sprzedał rodzinny majątek w Krotoszycach swojemu młodszemu bratu, Florianowi Gottlobowi, który stał się wówczas pełnoprawnym gospodarzem tej ziemi i natychmiast ruszył z budową wspaniałego barokowego pałacu. Umieścił na nim rodowy herb ze sroką oraz wspomnianą datę 1686, która uwieczniła moment przejęcia przez niego Krotoszyc na własność.

Kobiety z Krotoszyna

Jaśniepanie były wysoko urodzone i żyły otoczone luksusem. Nie pracowały fizycznie i nie martwiły się o to, co jutro wrzucą do garnka. Ładnie się ubierały, pięknie pachniały, wychodziły bogato za mąż. Wszystko to prawda, jednak każdy medal ma dwie strony. Pomimo, iż żyły na wysokim poziomie, to tak naprawdę nie miały za wiele do powiedzenia w sprawach finansowych. To ich ojcowie, bracia i mężowie trzymali w rękach stery życia i decydowali o wszystkim, a one musiały się podporzadkowywać. Odkąd świat jest światem, zawsze należał on do mężczyzn, dlatego tak cenne są dla mnie historie o kobietach niezależnych, które swoją odwagą, inteligencją i odwagą potarfiły pokonać ten stereotyp zwłaszcza w tak odległych czasach.

W parku dworskim w Krotoszycach

Luiza von Thielau

Dlatego, kiedy wyłoniłam z dziejów Krotoszyna panią Luizę Christiane von Thielau, od razu wiedziałam, iż koniecznie muszę Wam o niej opowiedzieć. Posłuchajcie…

Pod koniec XVIII wieku nad pałacowymi ogrodami w Krotoszycach unosił się duch zmian, choć wewnątrz barokowych murów czas zdawał się płynąć dawnym, utartym rytmem. Od ponad stu lat, odkąd legendarna sroka zwróciła rodowy pierścień księżnej Ludwice, majątkiem rządzili twardą ręką wyłącznie mężczyźni z rodu von Thielau. Wszystko zmieniło się jednak, kiedy to progi pałacu przekroczyła kobieta o niezwykłym charakterze i wielkiej niezależności. Była to pani Louiza Christiane von Thielau. Urodzona w szlacheckim, dolnośląskim rodzie baronów von Falkenhayn, Louise od młodości słynęła z bystrego umysłu i dumy, która nie pozwalała jej stać w cieniu mężczyzn. Kiedy poślubiła Ernsta Christiana von Thielau, została panią na krotoszyńskim dworze, ale rola posłusznej małżonki gwałtownie przestała jej wystarczać. Widząc, iż mąż nie radzi sobie najlepiej z zarządzaniem tak wielkimi dobrami, podjęła decyzję, która w tamtych czasach zszokowała cały śląski stan szlachecki.

Zamiast czekać na łaskę losu, postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. Zgromadziła olbrzymi majątek i w 1787 roku oficjalnie, w świetle prawa, odkupiła Krotoszyce od swojego własnego męża. Na stół wyłożyła zawrotną sumę 16 tysięcy reńskich talarów, kwotę która uciszyła wszelkie plotki i ostatecznie przypieczętowała jej triumf. Z chwilą podpisania dokumentów, Louise Christiane przestała być jedynie ozdobą salonów. Stała się pierwszą samodzielną władczynią i gospodynią Krotoszyc. Zrzucając z siebie gorset dawnych konwenansów, doglądała pałacowych ksiąg, zarządzała folwarkiem i z dumą spoglądała na kamienną srokę z pierścieniem, która od tamtej pory patronowała już nie męskiej dumie, ale kobiecej niezależności. Jej odważny krok zamknął stuletnią epokę męskich rządów, udowadniając, iż najwspanialsze rozdziały historii pałacu potrafią napisać same kobiety.

W parku dworskim. Krotoszyce

W dziejach dworu w Krotoszycach pojawia się jeszcze jedna Pani, która również stała się niezależną właścicielką tego wspaniałego majątku. Była to…

Henrietta Enger

Gdy w pierwszej połowie XIX wieku krotoszycki dwór pożegnał ostatecznie ród von Thielau, w jego wiekowe progi zawitał powiew zupełnie nowej energii. Dawną arystokratyczną dumę zastąpił mieszczański pragmatyzm i zmysł do wielkich interesów. Cały majątek przeszedł w ręce niezwykle bogatego kupca z Legnicy, nazwiskiem Däsler. Choć to on wyłożył fortunę na zakup posiadłości, prawdziwą duszą i przyszłością tego miejsca miała stać się jego ukochana córka Henrietta.

Henrietta od najmłodszych lat dorastała w świecie, gdzie zapach starych dokumentów mieszał się z wielkimi planami na przyszłość. Kiedy stała się dorosłą kobietą, poślubiła przedsiębiorczego człowieka z rodu Enger. W ten sposób, na mocy wielkiego dziedzictwa, przed 1845 rokiem to właśnie Henrietta Enger stała się nową, suwerenną panią na Krotoszycach. Jej rządy były jak ożywczy wiatr, który przewietrzył zakurzone, barokowe salony. Henriette nie była kobietą, która zadowalała się wyłącznie piciem herbaty w pałacowych ogrodach. Z niezwykłą dbałością doglądała majątku, stając się filarem, na którym oparła się cała nowa potęga krotoszyckich dóbr. To ona wprowadziła pałac w burzliwy wiek pary i przemysłu, dbając o to, by ziemia rodziła obfite plony, a rodowe gniazdo tętniło życiem. Sprawując mądre i długie rządy, przeżyła bowiem większość swoich rówieśników i zmarła dopiero pod koniec XIX stulecia, Henriette dokonała rzeczy niezwykłej. Zaszczepiła miłość do Krotoszyc w sercach swoich dzieci i wnuków. To z jej inspiracji i miłości do tego miejsca, kilkadziesiąt lat później jej potomek, Julius Friedrich Enger, dokonał spektakularnej przebudowy pałacu i wprowadził do niego nowoczesny cud techniki – elektryczność. Henriette Enger przeszła do historii nie jako kolejna arystokratka z nadania, ale jako wielka, dumna reformatorka, która swoją determinacją na zawsze powiązała nazwisko Enger z kamiennymi murami Krotoszyc.

Krotoszyce. Teren dawnego folwarku dworskiego

Po drugiej stronie parku

Po tej stronie ogrodu, gdzie zlokalizowany jest dwór i dawny folwark, park wygląda zjawiskowo, natomiast nieco głębiej, tuż przy drodze do Rzymówki zaczyna robić się bardziej mrocznie i dziko. I choć widać, iż i tam dzisiejsi gospodarze tego obiektu dbają o ten teren, to jednak już nie tak bardzo jak od strony pałacowej. Przy ścieżce prowadzącej w głąb tego zadrzewionego obszaru zastałyśmy tabliczkę z napisem, iż każdy wchodzi tam na własną odpowiedzialność.

Krotoszyce. Dawny park dworski

Rosną tam leciwwe drzewa, a na ziemi leżą te stare, które same umarły, albo takie, które przedwcześnie powaliły silne wiatry. W tej części parku również jest woda. Są to małe akweny mocno porośnięte rzęsą. prawdopodobnie dawniej, kiedy mieszkali tam Engerowie nie było takiego podziału w ogrodzie na lepszy i gorszy, ale teraz widać jest. Jednak ma to swój urok i wprowadza zwiedzającego w klimat tajemnicy, od którego dostaje się dreszczyku emocji.

Krotoszyce.Park podworski

Tam jest dużo ciszej, spokojniej. W upalny letni dzień znajduje się tam więcej cienia. Dawne ścieżki zostały ugruntowane grysem i piaskiem, a przy nich stoją huśtawki zamiast ławek. Wszystko to ongiś otaczało murowane ogrodzenie, po którym teraz jeszcze sporo zostało. Dla mnie był to bardzo miły i interesujący zakątek w tych Krotoszycach.

Na starej mapie niemieckiej tego obiektu z XIX wieku zauważyłam, iż na końcu tego ogrodu wciśnięty był jakiś samotny budynek, ale choć dokładnie wszystko tam przeszukałyśmy, nie znalazłyśmy po nim najmniejszych śladów. Może była to po prostu tylko altana? Któż to wie? Wszystko co tam namierzyłyśmy, to murowane kanały cieków, którymi dopowadzano wodę do stawów ze starej, bardzo głębokiej studni. Co ciekawie ten system działa do dziś. To założenie parkowe nie jest i nigdy nie było zbyt wielkie, ale wystarczająco duże, aby uczynić z niego prawdziwą oazę magicznego spokoju, i choć minęło tak wiele lat, ten spokój przez cały czas tam jest.

Kiedy zakończyłyśmy lustrację tego terenu, skierowałyśmy się ku dworowi, a potem wyszłyśmy z powrotem na ulicę Piastowską w Krotoszycach skąd ruszyłyśmy na poszukiwanie sklepu. Byłyśmy w drodze od rana i zaczynałyśmy czuć ssanie w żołądkach. Marzył nam się obiad z prawdziwego zdarzenia, ale za mało miałyśmy monet w sakiewkach, aby zamawiać posiłek w pałacu, więc stanęło na zakupach w lokalnych Delikatesach Centrum. I jaki postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy!

Stary browar w Krotoszycach

Po drodze jednak złapał nas deszcz. Tamtego dnia chmurzyło się niemal co chwilę i padało cyklicznie tak mniej więcej co godzinę. Byłyśmy więc często mokre do suchej nitki, żeby po chwili słońce wysuszało nas na wiór. Jednak kiedy mijałyśmy ten stary budynek, który mocno przyciągnął moją uwagę i deszcz zaczął lać jak z cebra, zdążyłyśmy schronić się pod dachem sfatygowanego przystanku autobusowego, który znajdował się dokładnie na przeciwko niego. Ukryłyśmy się tam razem z rowerami i usiadłyśmy na ławce, a pies obok nas, szczęśliwy, iż tym razem nie zmoknie. Wtedy Ines przeszukała internety w telefonie i ustaliła, iż rzeczony obiekt to stary browar.

Stary browar w Krotoszynie

Co interesujące na mapie google zasysa go razem z informacją, iż jest to Dwór Krotoszyce. Ten błąd wynika prawdopodobnie z tego, iż budynek jest naprawdę okazały i całkiem ładny, ale z całą pewnością nie jest dworem, co już wcześniej zostało ustalone. Tuż przy nim stoi jeszcze większa budowla z czerwonej cegły.

Widoczne na powyższych zdjęciach obiekty to cenne, zabytkowe budynki przemysłowo-gospodarcze, które w przeszłości wchodziły w skład dawnego majątku ziemskiego. Obiekt z jasną elewacją i klasycznym, trójkątnym frontonem nad wejściem głównym to dawny budynek mieszkalny zarządcy browaru i folwarku przypałacowym. Natomiast sąsiadujący z nim wielki budynek z czerwonej cegły to adekwatny browar. Czyli, iż tam odbywała się produkcja tego napoju wyskokowego.

Kiedy już ustaliłyśmy dokładnie o co z tym chodzi, powiedziałam do Ines, iż zostawię ją tam na chwilę z Lonkiem pod tym przystankowym dachem, a sama spróbuję przebić się przez chaszcze i zerknę na tyły dawnego domu szefa browaru. Nie byłabym sobą, gdybym nie wpadła na taki pomysł, a iż przez cały czas z nieba mocno kapało, Ines nie zaproponowała, iż będzie mi towarzyszyć, ale iść też nie broniła, a więc poszłam. Zbliżyłam się do okien tego starego budynku, który najwyraźniej już od wielu od lat pozostaje nieużytkowany i stopniowo niszczeje, będąc częściowo przysłoniętym przez dziką roślinność. Drzwi zastałam zabite dechami, podobnie jak niektóre okna. Wszędzie tam i gęsto bardzo rosły kolczaste grochodrzewy, ale i tak zaczęłam się tam przedzierać, chociaż miałam na sobie kolarki. I niedługo potem znalazłam się w ogrodzie.

Ta niewielka enklawa zieleni może i kiedyś była ujmująca, ale teraz to prawdziwy busz, po którym z gołymi kolanami nie miałam odwagi się poruszać, tym bardziej iż i tak miałam już łydki podrapane i zakrwawione. Ustawiłam się jedynie, aby zrobić fotografie wyjścia ogrodowego. Miałam ochotę wejść po tych schodach, ale dom stoi tak blisko ulicy, iż ostatecznie nie odważyłam się ryzykować, bo na pewno jest on czyjąś własnością, a to byłoby wtargnięcie. Nie szukałam kłopotów, chciałam jedynie zajrzeć głębiej, po czym grzecznie się wycofałam.

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryji Panny w Krotoszycach

Kiedy wróciłam do reszty ekipy, niebo zaczęło się wypogadzać i niemal natychmiast przypomiałyśmy sobie, iż jesteśmy już bardzo głodne. Plan szukania spożywczaka znowu stał się piorytetem. Ustaliłyśmy, iż sklep znajduje się niedaleko kościoła i trzeba sie modlić, żeby był otwarty. Ruszyłyśmy więc przed siebie planując podczas tej drogi, gdzie rozbijemy się chwilowym obozem, żeby w spokoju się posilić. Ines wymyśliła, iż najbezpieczniej będzie mam przy kościele…

Kościół w Krotoszycach

Świątynia ta zlokalizowana jest na wypiętrzeniu i widać ją z każdej strony z daleka. Tam się rozstałyśmy. Ja zostałam z rowerami i z Lonkiem na terenie kościelnym, a Ines poszła do sklepu. Trwało to dość długo, gdyż na miejscu okazało się, iż w delikatersach jest długa kolejka, a więc ona się tam niecierpliwiła, a ja na nią czekałam i początkowo trochę się nudziłam, ale zaraz znalazłam sobie zajęcie i zaczęłam lustrować obszar przy tym Przybytku. Znalazłam tam pozostałości po dawnym, dziś nieistniejącym już cmetarzu i ustaliłam, iż nowa nekropolia, będąca w chwili obecnej w użyciu, znajduje się trochę dalej obiektu sakralnego. Nie poszłam tam jednak, gdyż przy bramie wjazdowej do świątyni znajowała się tabliczka, na której napisano, iż dla psów wstęp jest tam wzbroniony, musieliśmy się więc z Lonkiem ukrywać. Kiedy zobaczyłam, iż na rzeczonym cmentarzu są jakiś ludzie, przeniosłam nasz chwilowy obóz spod wieży na drugą stronę budynku, gdzie była wnęka i można było się tam skutecznie ukryć, również przed wiatrem, bo starszny był tam wygwizdów na tej górce.

Teren kościelny. Krotoszyce

Znalazałm też w murze ogrodzeniowym płytę grobową rodziny Graebel. Ona chyba jako jedyna ostała się ze starego cmentarza i poczytałam sobie w internecie o tym obiekcie. Zainteresowała mnie szczególnie wieża kościelna, która okazała się być znacznie starsza od reszty tej budowli, ponieważ wzniesiono ją jako wartowniczą zaraz po bitwie pod Legnicą, czyli w roku 1241. Do jej budowy użyto twardego bazaltu z kamieniołomów złotoryjskich, który spajano zaprawą wapienną. Te materiały ocaliły ją z pożaru, mającego miejsce podczas napaści husytów na Krotoszyce. Agresorzy spalili wtedy drewniany kościół, a kiedy było już po wszystkim, tylko ta wieża ocalała.

Minęło dobre pół godziny zanim Ines wrociła ze sklepu z zakupami i znalazła nas w tej wnęce przy kościele. Rzuciała na deptak kurtkę i rozsiadła się na niej obok nas. Lonek, który dotąd drzemał w koszyku, poczuł zapach wędliny i od razu się uruchomił. Zaczęło się dzielenie jedzeniem. Każde z nas dostało duży kawał kiełbasy, a ja i Ines dodatkowo białą bułkę i pomidora. Do tego były jogurty. Prawdziwie smaczne jedzenie, pod warunkiem, iż jest się na ssaniu i w długiej wędrówce rowerowej. Wtedy wszystko smakuje i nikt nie wybrzydza. Zajadaliśmy więc namiętnie rozkoszując się każdym kęsem, a kiedy nasze brzuchy były już pełne, zaczęliśmy się powoli zbierać. Zaproponowałam, iż skoro już się stamtąd ewakułujemy, to po drodze zrobię jeszcze kilka zdjęć.

Tajemnicze mauzoleum

I kiedy tak na lajciku okrążałyśmy tę świątynię, zaczęłyśmy mówić o tym, iż nie wiadać tam żadnego mauzoleum, a przecież założenie dworskie jest, a więc krypta też powinienna być. Budynek widoczny na fotografii poniżej to na pewno tylko dawna kaplica cmentarna, służąca do przechowywania ciała przed pogrzebem. Poza tym na oko widać, iż zbyt biednie wygląda ta budowla, żeby mogła być grobowcem bogaczy. I wtedy zauważyłyśmy coś interesującego za ogrodzeniem…

Teren kościoła w Krotoszycach. Kaplica cmentarna

To wyglądało bardzo dziwnie, ponieważ odniosłam wrażenie, iż zauważony przez nas obiekt, który z całą pewnością był zabytkowy, znajduje się na terenie prywatnej posesji. To nas bardzo poruszyło i zaczęłyśmy kukać, ale nie miałam odwagi tak po prostu tam wejśc, gdyż między tym znaleziskiem a nami stała brama wjazdowa. Gdybym wtedy wiedziała, iż to po prostu plebania, nie miałabym takich oporów, ale nie zaskoczyłam i zrobił się problem, bo na tamtym etapie nie miałyśmy już wątpliwości, iż było to poszukiwane przez nas mauzoleum i bardzo chciałam się mu przyjrzeć.

Plebania w Krotoszycach

Zrobiłam jedno zdjęcie zza płota a drugie na zoomie i to byłoby na tyle. Nie widać na nich za wiele, ale lepszy rydz niż nic. Po powrocie do domu próbowałam ustalić do kogo należał ten grobowiec z 1903 roku, ale niestety nie dotarłam do żadnych konkretów i mogę się tylko domyślać, iż do Engerów, bo wpasowuje się data jego budowy w czas ich gospodarowania w Krotoszycach. Jednak skądinąd wiem, iż na pewno mieli oni kaplicę grobową na Kocim Wzgórzu między Krotoszycami a Rzymówką, a więc jest to bardzo tajemnicza sprawa.

Po chwili opuściłyśmy teren świątyni i wróciłyśmy na szlak. Przed nami była jeszcze długa droga, a naszym głównym celem od tamtej chwili stała się Winnica, gdzie czekały na nas ruiny klasztoru. Zostawiłyśmy więc Krotoszyce za sobą, nasycone ich dziejami i zadowolone z wykonanej pracy, całkiem nieświadome tego, co jeszcze tak naprawdę nas czeka. Takie Nieustanne Wędrowanie, gdzie plany są tylko ogólne, potrafi zebrać fascynujące żniowo. Ale o tym już w kolejnym wpisie…

Idź do oryginalnego materiału