Guzik? A ja ją nazwałem choinką. Kręciła się dziś rano obok mojego domu. Od razu było widać, iż się zgubiła. Potem przysiadła przy moich nogach, więc wsadziłem ją do samochodu, żeby biedactwo się nie przeziębiło uśmiechnął się mężczyzna…
Dziennik, 27 grudnia
Czasem zastanawiam się, jak można mieć takiego pecha w życiu. Mama znowu robiła mi wyrzuty. Danusiu, no ile razy mówiłam, iż ten Witek to nie jest ten adekwatny? słyszałam od niej już chyba setki razy.
Stojąc przed nią ze spuszczoną głową, czułam się jak uczennica przyłapana na ściąganiu, chociaż niedawno skończyłam trzydzieści siedem lat. Boli mnie to całe moje nieudane życie, zwłaszcza ze względu na moją córeczkę Marysię. W przededniu najpiękniejszych polskich świąt zostałyśmy same, bez ojca i męża.
Odchodzę powiedział Witek sucho pewnego wieczoru. W pierwszej chwili choćby nie zrozumiałam, o co mu chodzi.
Odchodzisz gdzie? zapytałam odruchowo i postawiłam przed nim talerz gorącego barszczu.
No Danusia, ty to zawsze w innym świecie żyjesz! Tak poważnych rzeczy nie rozumiesz. Jak ja z tobą tyle lat wytrzymałem? westchnął teatralnie.
Zanim zdążyłam dopytać, sam zaczął mi szczegółowo tłumaczyć:
Ja już tak nie mogę. A jeszcze ta twoja szczekająca psina, co cały czas wyje. Dziecko ciągle chore. Zero romantyzmu w tym wszystkim, Danusia. Popatrz na siebie, w ogóle nie przypominasz już tej dziewczyny, w której się zakochałem dokończył z wyrzutem.
Popatrzyłam w szybkę kredensu, ale nic nie widziałam przez łzy, spływające po policzkach. Stałam tak w kuchni sama.
Witek nie znosił łez. Rzucił smutne spojrzenie na barszcz, wstał od stołu i poszedł się pakować. Guzik nasza suczka, wyczuła zamieszanie, zaczęła kręcić się przy moich nogach, skomląc i próbując mnie pocieszyć.
Przynajmniej odpocznę od tego jej wiecznego wycia rzucił, kiedy już szedł do drzwi z torbą przez ramię.
Witek, a co z Marysią? wyszeptałam, wyobrażając sobie, jak bardzo się rozczaruje, kiedy się obudzi.
Wymyśl coś, jesteś przecież matką odparł tylko i, przy akompaniamencie poszczekiwań Guzika, opuścił mieszkanie
Tą noc przesiedziałam w kuchni, tuląc Guzika, który lizał mnie po rękach, jakby rozumiał, ile zła się wydarzyło.
Przez kilka kolejnych dni nie miałam siły powiedzieć mamie prawdy. Dzwoniła, pytała jak tam, a ja tylko zapewniałam, iż wszystko dobrze, po czym rozłączałam się.
Pewnego razu przyszła do mnie i usłyszawszy, iż nie mogę znaleźć żadnej pracy, rozkleiłam się przy niej. Witek odszedł, a ja nie miałam jeszcze choćby zaproszenia do rozmowy kwalifikacyjnej.
Mama tylko westchnęła. Przecież było wiadomo, jak to się skończy. Pięć lat razem, dziecko, a on choćby ślubu nie chciał. Tylko Marysi szkoda powiedziała, marszcząc brwi. I co dalej?
Wzruszyłam ramionami. Zastanawiam się, czy nie podjąć pracy jako pomoc nauczycielki w przedszkolu, do którego chodzi Marysia mruknęłam.
Z pensji przedszkolanki długo nie pociągniesz Jeszcze psa trzeba karmić burknęła, bo za zwierzętami nie przepadała. Małego, kudłatego Guzika, którego znalazłam kiedyś na ulicy, wręcz nie mogła ścierpieć.
Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale widząc, iż zaraz się rozpłaczę, zamilkła i dodała pojednawczo: Dobrze, nie rycz już. Pomogę ci, z Marysią też mogę posiedzieć, jak będzie trzeba
Minął tydzień.
Dostałam pracę w przedszkolu. Teraz Marysia była szczęśliwa, bo codziennie mogłyśmy chodzić razem. Mamusiu, a może Guzik mógłby przychodzić z nami do pracy? Babcia wciąż narzeka, iż już nie ma siły z nim chodzić na spacery. A tak to by pomagał ci przy zmywaniu i pilnował nas podczas leżakowania! śmiała się Marysia.
Uśmiechałam się do niej przez łzy. Serce ściskało mi się, gdy punktualnie każdego wieczoru pytała: Mamo, a tata wróci na święta? Zobaczymy go chociaż na sylwestra?
Nie miałam odwagi wyznać jej prawdy, wymyśliłam na gwałtownie bajeczkę o ważnej delegacji. Próbowałam przekonać Witka, żeby choć zadzwonił do Marysi, ale on tylko stwierdził: Danusia, nie przeszkadzaj mi w układaniu sobie życia. Powiedz jej, iż jestem superagentem i mam tajną misję. Wracam nieprędko. Zresztą, nie widziałaś mojego krawata? dopytywał przez telefon.
Westchnęłam i długo nie mogłam się pozbierać po tej rozmowie. Jak mam spędzić te święta sama?
Wszystko wydarzyło się nieoczekiwanie. Mama zabrała Marysię do lekarza, bo przeziębiona dochodziła już do siebie. I na rogu ulicy nagle wpadli na Witka.
Tatusiu! Marysia rzuciła mu się na szyję. Witek zesztywniał, wymusił uśmiech i powiedział, iż niestety nie wróci już do domu, a potem zaraz się pożegnał.
Może jeszcze do was wpadnę, jak mi się uda rzucił na odchodnym.
Marysia patrzyła pustym wzrokiem i szepnęła: Nie musisz już do nas wpadać
Wieczorem znowu dostała gorączkę i dwa dni później musiał do nas przyjść lekarz. Mała nie chciała z nikim rozmawiać, choćby się nie garnęła do zdrowienia.
Pewnie to ze stresu usprawiedliwiał lekarz, gdy usłyszał całą historię.
Obwiniałam siebie. Trzeba było jej wszystko wyjaśnić na początku. Jest mądra, zrozumiałaby mówiłam do mamy, która tylko kiwała głową.
Niestety, nieszczęścia chodzą parami. Po dwóch dniach mama poszła z Guzikiem na spacer. W pośpiechu nie założyła jej smyczy. Suczka wybiegła w inną stronę, kiedy tylko babcia krzyknęła na nią.
A, nie słuchasz się, to sobie trochę pomarzniesz na dworze, gwałtownie wrócisz sama wzruszyła ramionami mama i weszła do klatki, żeby podać wnuczce lekarstwo.
Marysia, jak tylko usłyszała, iż Guzik zniknął, odmówiła jedzenia. Obiecywałam, iż ją znajdę, ale mała była nieugięta: Dopiero jak się znajdzie Guzik, zjem odwróciła się do ściany.
Mama zarzuciła mi rozpuszczanie córki: To twoja wina, Danusia. Rozpieściłaś ją, iż już sobą nie sterujesz. A ja ci mówiłam zaczęła kolejny wykład.
Lepiej byś pilnowała Guzika, a nie mnie moralizowała, mamo! nie wytrzymałam. Ja się dla was staram burknęła i wyszła z naszego mieszkania.
Zostałam zupełnie sama. Długo jeszcze wieczorem chodziłam w kółko wokół bloku, nawołując suczkę.
Marysia w końcu zasnęła. Obiecałam sobie, iż Guzik wróci do nas. Ale nie wróciła. Przemarzłam i zrezygnowana wróciłam do domu.
Następnego ranka, ledwo się rozjaśniło, Marysia wpadła do pokoju, oczy jak gwiazdy: Mamusiu, śniła mi się choinka! Ubrałyśmy ją razem i znalazłyśmy Guzika! podskakiwała z radością.
Uśmiechnęłam się smutno. Na stole stała sztuczna, mała choinka, którą ledwie udało mi się dostać. Zbliżał się Nowy Rok, starałam się jak mogłam, by nadać temu czasowi choć odrobinę magii.
Marysia była niepocieszona, przekonana, iż choinka musi być prawdziwa, taka pachnąca lasem.
Wtedy i Guzik się znajdzie, tak jak w moim śnie! płakała.
Nie było mnie stać na żywą choinkę w tym roku. Zadzwoniłam po mamę, ale odmówiła odwiedzin. Dla ciebie jakaś psina ważniejsza niż własna matka! Pomyśl nad tym rzuciła urażona.
Westchnęłam. Wiedziałam, iż nie ma co na nią liczyć. Dobrze, iż miałam weekend przed sobą.
Marysia wciąż słabo się czuła i nie chciała wstawać. Pod wieczór, kiedy już wszystkiego dopilnowałam, usiadła na krześle i zapłakała: Mamusiu, nie mamy choinki i Guzik nie wróci Tak samo jak tata
Głaskałam ją po włosach, walcząc ze łzami. Poprosiłam sąsiadkę, panią Zosię, żeby została z Marysią, i pobiegłam na dwór.
Mroźne powietrze szczypało mnie w policzki, śnieg wirował wokół jak w baśniowej opowieści. Ludzie wokoło spieszyli na kolację wigilijną każdy miał swoje sprawy. Nie zwracałam na nikogo uwagi, szukałam Guzika jak szalona.
No gdzieś ty się podziała, maleńka szeptałam, krążąc po znajomych osiedlowych chodnikach.
Nagle dotarłam pod niewielki bazarek z choinkami. Starszy pan w kożuchu tupał nogami z zimna przy ostatnich kilku drzewkach. Zamarłam z rozpaczy pieniędzy już niemal nie miałam.
Choinka, pani chce może? Ostatnie dwie, mogę dać taniej wołał sprzedawca.
Pomyślałam z zawodzącym żalem: pewnie w domu już na niego czekają, barszcz stygnie, dzieci wyglądają przez okno wymarłego osiedla
Tyle co zjawili się młodzi ludzie, zabrali choinkę i tylko jedna została. Mężczyzna spojrzał na mnie: Będzie pani brała? Ostatnia sztuka, mogę donieść pod drzwi.
Bezsilnie pokręciłam głową. Nie miałam tyle pieniędzy moje oszczędności nie wystarczyłyby choćby na połowę ceny.
Nagle zobaczyłam w aucie porzucone gałęzie. Czy mogłabym wziąć te gałązki jeżeli są niepotrzebne? spytałam cicho.
Sprzedawca spojrzał na mnie współczująco. Bierzcie, oczywiście, proszę chwilkę poczekać.
Z wdzięcznością przyjęłam siatkę. Moja córeczka chora, o choince marzy a jeszcze pies nam zaginął święta paskudne w tym roku
Sprzedawca zasłuchał się. I pewnie sam nie miał do kogo wracać, bo coś zaszkliło mu się w oku.
W tym momencie podszedł kolejny mężczyzna: A ile chce pan za tę ostatnią choinkę?
Już sprzedana. Proszę podejść do tamtego stoiska, tam mają jeszcze drzewka wskazał na sąsiada.
Spojrzałam z wdzięcznością, choć nie do końca rozumiałam. Pomogę pani z tymi gałęziami do domu uśmiechnął się.
Ale ja naprawdę nie mam pieniędzy wyszeptałam zakłopotana.
Wiem, pamiętam odpowiedział spokojnie.
I nagle wydarzyło się prawdziwe świąteczne cuda, jakby los postanowił nas w końcu trochę rozpieścić. Mężczyzna otworzył drzwi swojego auta. Na siedzeniu spała skulona Guzik, zawinięta w wełniany sweter.
Skąd jak pan ją znalazł?! niemal wykrzyknęłam zszokowana, szukając słów.
Guzik? A ja ją Choinka nazwałem. Od rana tu biegała, widać było, iż się zgubiła. Ogrzała się pod moimi nogami, więc wsadziłem ją do auta, żeby nie zmarzła roześmiał się.
Tak poznałam Pawła. Widać było, iż lubi zwierzęta i dzieci.
Z Pawłem w naszym domu zrobiło się ciepło, bezpiecznie, tak jak nigdy wcześniej. Może to magia tych świąt, a może po prostu tak miało być od początku?
Jedno jest pewne jest nam teraz dobrze. A Guzik? Często nazywamy ją Choinką, z uśmiechem, jakby świąteczne cuda rzeczywiście istniały.










