– Guzik? A ja nazwałem ją Choinka. Cały ranek dziś się tu kręciła. Od razu było widać, iż się zagubiła. Potem ogrzała się przy moich nogach. No to wrzuciłem ją do auta, żeby nie zmarzła, biedaczka uśmiechnął się mężczyzna…
Tosiu, jak można być taką pechową? Ile razy ci mówiłam, iż ten Witek to nie jest chłopak dla ciebie! ganiła Antoninę matka.
Stałem pod drzwiami kuchni, patrząc, jak moja żona stoi ze spuszczoną głową. Choć skończyła niedawno trzydzieści siedem lat, wyglądała w tej chwili na zagubioną uczennicę, która przyniosła do domu kiepską ocenę. Sam czułem gorzki zawód z powodu naszej nieudanej rodziny i naszej małej córeczki. Bo właśnie przed Bożym Narodzeniem zostaliśmy bez ojca w domu.
Odchodzę od ciebie burknął wieczorem Witek. Tosia choćby nie od razu zrozumiała, o co mu chodzi.
Gdzie idziesz? zapytała z automatu, stawiając przed nim talerz pachnącego barszczu.
No widzisz, Tonia, ty jesteś z innego świata. Nie rozumiesz poważnych spraw! I jak ja z tobą tyle lat wytrzymałem? przewrócił teatralnie oczami Witek.
Nie zdążyła go dopytać, bo sam wszystko objaśnił:
Tak już nie mogę! Ta twoja wiecznie szczekająca psina, dziecko ciągle chore, zero romantyzmu, Tonia. Na siebie popatrz! Na kogo ty wyglądasz?! zakończył tyradę.
Bałem się spojrzeć jej w oczy. Próbowała przejrzeć się w szybie kredensu, ale łzy same cisnęły jej się do oczu. Stała potem długo sama na kuchni.
Witek nie znosił łez. Z westchnieniem spojrzał na barszcz, wstał i poszedł się pakować…
Piesek Guzik, najwyraźniej coś wyczuwając, kręcił się wokół nóg Tosi, skomląc i próbując ją pocieszyć.
Może wreszcie w domu będzie cisza bez tych ciągłych zawodów! rzucił Witek, wychodząc z walizką.
Witek, a co z Ewą? wyszeptała Tosia, wyobrażając sobie, jak rozczarowana będzie nasza pięcioletnia córka, śpiąca teraz na drugim końcu mieszkania.
Coś wymyśl! Jesteś przecież matką rzucił i przy akompaniamencie wycia Guzika wyszedł za próg.
Tosia prawie całą noc spędziła na kuchni, obejmując pieska. Guzik lizał ją po dłoniach, jakby wiedział, iż dzieje się coś złego.
Przez następne dni Tosia nie potrafiła powiedzieć o wszystkim mamie. Kobieta czasem dzwoniła, pytała, jak idzie. Tosia gwałtownie odpowiadała, iż wszystko w porządku i rozłączała się.
A jak z pracą, coś interesującego się trafiło? Bo patrz, zostawi cię ten Witek-nierób i nie będziecie mieli za co żyć marudziła matka, odwiedzając nas.
Tosia nie wytrzymała, rozpłakała się i powiedziała matce, iż nie jest łatwo znaleźć pracę, a Witek odszedł kilka dni wcześniej.
Starsza kobieta aż jęknęła z rozczarowania.
Przecież od razu było widać, do czego to wszystko zmierza. Pięć lat razem, dziecko, a on choćby nie pomyślał o ślubie narzekała matka.
Było jej szkoda córki i wnuczki.
No to co teraz? spytała.
Tosia wzruszyła ramionami:
Znajdę coś. Zatrudnię się jako opiekunka w przedszkolu, gdzie chodzi Ewa powiedziała bez przekonania.
Z tej pensji długo nie pociągniesz… Jeszcze pies do wykarmienia podsumowała kobieta, która nie przepadała za zwierzętami, a Guzika którego córka przygarnęła z ulicy wręcz nie cierpiała.
Chciała coś dodać, ale widząc łzy Tosi, zamilkła:
Dobrze, dobrze, nie płacz. Pomogę ci. Jak będzie trzeba, posiedzę z Ewą powiedziała łagodniej.
I tak minął kolejny tydzień.
Antonina Aleksandrowna bo tak się nazywała żona w tym czasie zdążyła podjąć pracę. Codziennie rano chodziła z Ewą do przedszkola. Dziewczynka była szczęśliwa.
Mamusiu, a może Guzika też zabierzemy do pracy? Babcia tylko narzeka, iż ma dość wyprowadzania go na spacery, a Guzik mógłby pomagać ci myć talerze i pilnowałby nas w czasie leżakowania śmiała się Ewa.
Antonina tuliła córeczkę, ale kiedy słyszała jej pytania o tatę, w oczach znów pojawiał się smutek:
Mamo, a tata wróci? Może jeszcze przed Bożym Narodzeniem?
Do końca nie miała serca powiedzieć Ewie prawdy. Wymyśliła coś o pilnej delegacji. Próbowała dodzwonić się do Witka, by namówić go na spotkanie. Ale on zawsze był „zajęty”:
Tosia, nie przeszkadzaj mi układać sobie życia. Powiedz Ewie, iż jestem superagentem i wyjechałem na tajną misję. Nie wrócę szybko. I sprawdź, czy nie zostawiłem w domu krawata, bo nie mam w czym na Wigilię iść rzucił podczas kolejnej rozmowy.
Antonina długo siedziała w zadumie. Bo jak tu teraz przeżyć święta we dwie i wszystko wytłumaczyć dziecku?
Nieoczekiwanie niedługo sprawy potoczyły się szybciej. Babcia prowadziła Ewę do przychodni dziewczynka trochę się rozchorowała, ale już dochodziła do siebie. Rozmawiały cicho, kiedy zza rogu wybiegł Witek.
Tato, wróciłeś! zawołała Ewa z radością.
Mężczyzna się zmieszał, uśmiechnął słabo i powiedział cicho, iż niestety z mamą nie będą już razem mieszkać, bo tak wyszło, i zaraz gdzieś poszedł, mówiąc tylko:
Zadzwonię, może wpadnę.
Ewa stała jak wryta i wyszeptała:
Nie przychodź już do nas.
Wieczorem jej temperatura znów wzrosła, a dwa dni później wezwano lekarza. Dziewczynka nie chciała rozmawiać ani jeść jakby nie chciała zdrowieć.
To pewnie przez stres tłumaczył lekarz, wysłuchawszy opowieści o ojcu.
Antonina obwiniała się:
Powinnam była wcześniej powiedzieć Ewie prawdę. To mądra dziewczynka, na pewno by zrozumiała mówiła do swojej matki. Tamta tylko kręciła głową…
Po dwóch dniach doszło do kolejnej katastrofy. Babcia poszła wyprowadzić Guzika, spiesząc się i zapominając o smyczy. Kiedy próbowała na niego nakrzyczeć, psina nagle uciekła w przeciwnym kierunku.
No to masz, zobaczymy, jak się zziębniesz, to wrócisz sama mruknęła starsza pani i poszła do wnuczki z lekarstwem.
Ewa, kiedy dowiedziała się o zaginięciu pieska, przestała jeść i pić. Na próżno Antonina obiecywała jej, iż znajdą pupila.
Jak znajdziecie Guzika, to wtedy zacznę jeść powiedziała i odwróciła się do ściany.
Wszystko przez twoje wychowanie, Tosia. Rozpuściłaś ją, teraz ci się odpłaca. Zresztą mówiłam zaczęła matka Tosi.
Lepiej byś matko, na psa patrzyła, zamiast kazania prawić rzuciła nagle Antonina, której zwykle nie zdarzało się podnosić głosu.
Próbuję wam pomóc! obruszyła się matka i wyszła z mieszkania…
Zostałem w ten wieczór znowu sam. Krążyłem długo wokół bloku.
Ewa w końcu zasnęła. A ja wciąż miałem nadzieję, iż Guzik gdzieś się odnajdzie. Nic z tego. W końcu, przemarznięty, wróciłem do mieszkania i zapadłem w niespokojny sen…
Ewa obudziła się wcześnie:
Mamo, śniła mi się choinka! Ubierałyśmy ją razem i znalazłyśmy Guzika! powiedziała podekscytowana.
Antonina uśmiechnęła się smutno. Na stole była mała plastikowa choinka. Święta zbliżały się wielkimi krokami, a my przygotowałyśmy się najlepiej, jak mogłyśmy.
Ale Ewa nalegała, iż musi być prawdziwa, żywa choinka.
Tylko wtedy odnajdzie się Guzik zapłakana prosiła.
Antonina westchnęła. Zakup prawdziwej choinki nie wchodził w grę nie było na to pieniędzy. Zadzwoniła do matki, ale ta odmówiła odwiedzin:
Widzisz, jakaś psina jest dla ciebie ważniejsza od rodziny! powiedziała obrażona.
Antonina westchnęła ciężko. Cóż, na babcię nie było co liczyć. Przynajmniej były przed nami wolne dni.
Ewa czuła się źle, nie chciała choćby wychodzić z łóżka. Wieczorem, kiedy wszystko było już gotowe na Wigilię, córka nagle rozpłakała się:
Nie mamy żywej choinki, mamo. I Guzik nie wróci, tak samo jak tata…
Tosia pogłaskała ją po głowie, próbując nie płakać. Poprosiła starszą sąsiadkę, żeby na chwilę zerknęła na Ewę, i wybiegła na ulicę…
Mroźne powietrze szczypało w policzki. Z nieba wirowały śnieżynki, świat był pełen ludzi przygotowanych do świętowania. Nie zwracałem na nikogo uwagi tylko myślałem o Guziku.
Gdzie się podziewasz, malcu? szeptałem, chodząc tam i z powrotem tymi samymi ulicami.
W końcu zaszedłem na niewielki targ z choinkami. Przy ostatnich, rozchwytywanych drzewkach stał mężczyzna w futrzanej czapce, wyraźnie zziębnięty.
Choinkę pani chce? Ostatnie dwie zostały. Mogę dać niższą cenę zagadnął, pewnie spieszył się do domu.
Pomyślałem: może tam czeka na niego rodzina, żona postawiła już pierogi na stole, a dzieci wypatrują go przez okno…
W tym momencie do sprzedawcy podbiegła młoda para i kupili jedno z drzewek.
I co z panią? Weźmie pani tę ostatnią? Pomogę z transportem zapytał.
Popatrzyłem na niego z rozpaczą. Nie miałem przy sobie pieniędzy, a te co zostały w domu, i tak nie wystarczyłyby na takie wydatki.
Było mi głupio. Nagle zobaczyłem w skrzyni samochodu kilka porozrzucanych gałęzi.
Czy mógłbym może wziąć te gałęzie jeżeli są niepotrzebne? zapytałem cicho.
Spojrzał na mnie, potem na gałęzie i westchnął:
Jasne, bierzcie. Pomogę wynieść powiedział i podał mi wiązkę.
Zacząłem mu tłumaczyć, iż mam chore dziecko, które marzy o choince, a pies uciekł i wszystko poszło nie tak, jak w święta być powinno…
Słuchał uważnie. W jego oczach widziałem nie tylko zmęczenie była tam samotność. Z żoną mu się nie ułożyło i od tamtej pory czuł się niepotrzebny, szczególnie w święta.
Wtedy podszedł do niego ktoś nowy:
Panie, ile ta choinka? zapytał o jedyną, co została.
Już sprzedana. U sąsiada może się coś znajdzie wskazał sprzedawca.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem.
Pomogę ci tę choinkę donieść do domu uśmiechnął się rozgrzewającym uśmiechem.
Ale przecież nie mam pieniędzy zawahałem się.
Pamiętam kiwnął głową.
I wtedy zdarzyło się coś nie do uwierzenia, coś, co tylko w Boże Narodzenie może się przytrafić.
Otworzył drzwi samochodu, a na siedzeniu zobaczyłem śpiącego Guzika. Był owinięty w ciepły sweter i ledwo się przebudził na nasz widok.
Skąd u pana Guzik? ledwo powstrzymałem łzy.
Guzik? Ja ją nazwałem Choinka. Całe rano tu biegała, od razu było widać, iż zgubiła się… Potem ogrzała się przy moich nogach. Wrzuciłem ją do auta, żeby nie zmarzła, bidulka uśmiechnął się serdecznie.
Nazywał się Paweł. Lubił zwierzęta, dzieci łapały z nim dobry kontakt.
Wkrótce w naszym domu zrobiło się naprawdę ciepło. Tak jak nigdy wcześniej. Czy to magia świąt, która połączyła dwóch pogubionych ludzi, czy może tak właśnie miało być…
Nie wiem. Wiem jedno dziś mamy nową rodzinę. A Guzika czasem nazywamy po staremu Choinką.
Ta Wigilia nauczyła mnie, iż najważniejsze to nie pieniądze, prezenty czy perfekcyjne przygotowania. Najważniejsze to czasem wyjść komuś na spotkanie i pozwolić sobie na nowy początek choćby jeżeli wszystko, co dobre, wydawało się już niemożliwe.















