Król od trzech lat powtarzał synowi to samo przy każdym śniadaniu. Że korona potrzebuje królowej, iż sąsiednie dwory już przysyłają portrety swoich córek, iż czas przestać odkładać. A książę Maksymilian za każdym razem odkładał widelec i mówił, iż się nie ożeni, dopóki nie spotka kobiety, którą naprawdę pokocha.
Król wzdychał. Dworzanie przewracali oczami. A książę wymyślił selekcję.
Raz do roku do zamku na Wawelu zjeżdżały najpiękniejsze panny z całego królestwa. Badano je tygodniami: zdrowie, pochodzenie, wykształcenie, maniery przy stole, sposób chodzenia, choćby to, czy potrafią utrzymać równowagę z książką na głowie. Rodziny wydawały majątki na suknie i nauczycieli etykiety, byle tylko dziewczyna przeszła dalej.
Ale najdziwniejszy był ostatni etap. Na środku sali tronowej stała wielka drewniana rama w kształcie ludzkiej sylwetki — wysoka na dwa metry, szeroka dokładnie na tyle, ile wynosił ideał księcia. Nikt poza nim nie wiedział, po co ona tam stoi. Każda kandydatka miała wejść do środka i stać przez kilka sekund. Książę patrzył, po czym mówił jedno słowo:
— Następna.
Trwało to trzy lata. Przez zamek przewinęło się blisko czterysta dziewcząt z Krakowa, Gdańska, Lublina, a choćby z odległych dworów na Podlasiu. Żadna nie przeszła. Po okolicy zaczęto żartować, iż rama jest zaczarowana i iż książę umrze w celibacie.
Czwartego roku, w trzecią sobotę października, w sali znów zebrało się pięćdziesiąt panien. Pachniało pudrem i jaśminem. Służba wnosiła tace z herbatą, za oknami wiał chłodny wiatr znad Wisły. Dziewczęta poprawiały suknie, zerkały na siebie spod rzęs, udawały, iż wcale się nie denerwują.
Kiedy otwarto wielkie dębowe drzwi, w progu stanęła młoda kobieta w prostej granatowej sukience. Nie była chuda. Miała szerokie biodra, okrągłe ramiona i twarz bez śladu pudru. W ręku trzymała tanią torebkę z targu na Kleparzu.
Kilka panien parsknęło śmiechem.
— Ona chyba pomyliła adres.
— Może przyszła sprzątać?
— Jak ona się zmieści w ramę? Przecież to fizycznie niemożliwe.
Kobieta szła przez salę, patrząc w podłogę. Szumiało jej w uszach, ale nie zatrzymała się. Jeden z urzędników dworskich, w zbyt ciasnym żabocie, podszedł i delikatnie ujął ją za łokieć:
— Proszę pani… to chyba pomyłka. Rama ma określoną szerokość. Zmierzyliśmy kandydatki, pani wymiary…
Książę podniósł rękę. Zapadła cisza.
— Niech wejdzie.
Kobieta zrobiła krok. Potem drugi. Drewno zatrzeszczało, ale nie pękło. Wciągnęła brzuch, ale książę pokręcił głową.
— Nie. Proszę stać naturalnie.
Wtedy zrobiła coś, czego nie zrobił nikt wcześniej. Zdjęła buty. Odstawiła je na bok, bose stopy postawiła na zimnej posadzce i stanęła w ramie tak, jak stała u siebie w domu przy myciu naczyń. Bez pozowania. Bez wciągania policzków i wypinania piersi. Po prostu stała.
I wtedy rama zaczęła cicho świecić.
Ze środka drewna wydobył się delikatny, bursztynowy blask. Najpierw wzdłuż krawędzi, potem całym obrysem sylwetki. Ktoś krzyknął. Ktoś upuścił filiżankę. Rozległ się brzęk tłuczonej porcelany.
— To niemożliwe — szepnął ochmistrz.
Książę wstał z tronu. Pierwszy raz od trzech lat nie powiedział „następna”. Zszedł po stopniach, zatrzymał się dwa kroki przed ramą i patrzył na kobietę tak, jakby zobaczył ją pierwszy raz.
— Jak masz na imię?
— Dobrawa — odpowiedziała cicho. — Jestem krawcową z Kazimierza.
Sala wybuchła szeptami. Krawcowa. Nie hrabianka, nie córka wojewody, tylko dziewczyna, która szyje suknie dla innych.
Nikt nie rozumiał, co się stało. Ale ja byłam wtedy na sali, sprzątałam po uczcie, i widziałam wszystko zza kolumny.
Widziałam, jak inne kandydatki wchodziły w ramę na palcach, z brodą uniesioną, z oddechem wstrzymanym tak długo, iż aż bielały im wargi. Widziałam, jak poprawiały włosy tuż przed progiem, jak ściskały dłonie w pięści, żeby nie drżały. Dobrawa weszła boso, bo but obcierał jej piętę od rana, i stanęła tak, jakby czekała na wodę do prania, a nie na wyrok księcia.
Książę wyciągnął do niej rękę.
— Zostaniesz na kolacji. jeżeli zechcesz.
Dobrawa podniosła wzrok. Nie na księcia — na dziewczęta, które przed chwilą się z niej śmiały. Potem z powrotem na księcia.
— Zostanę. Ale tylko wtedy, gdy przyniesie mi pan nici z magazynu. Zauważyłam, iż haft na pana kołnierzu pruje się przy trzecim ściegu.
Książę roześmiał się pierwszy raz od bardzo dawna.
— Przyniosę. Cały kosz.
A ja za kolumną zacisnęłam palce na mokrej szmatce. Nie wiem, czemu serce mi waliło. Może dlatego, iż nikt nigdy nie wszedł w tę ramę boso.
Ślub odbył się w pierwszą niedzielę adwentu, w katedrze na Wawelu. Krawcowa z Kazimierza została królową, a rama — rozebrana na kawałki i rozdzielona między dziewczęta, które nie przeszły. Każda dostała deszczułkę na pamiątkę, choć żadna nie wiedziała po co.
Ale to nie koniec tamtej historii. Bo Dobrawa zrobiła coś jeszcze.
Dwa tygodnie po koronacji otworzyła na Kazimierzu szkołę szycia dla dziewcząt z biednych rodzin. Bezpłatną. Finansowała ją z pieniędzy, które dostała od teścia jako prezent ślubny — cały posag przeznaczyła na czynsz za budynek i materiały na dwa lata z góry.
Nad wejściem kazała powiesić zwykłą, drewnianą tabliczkę z numerem sali i godzinami zajęć. Nic więcej. Podobno sama stawała w drzwiach każdego pierwszego dnia nauki i pytała każdą dziewczynkę o imię, zanim ta zdążyła usiąść.
Ja tam sprzątałam jeszcze rok. Potem odeszłam, bo wzięła mnie do dworu jako pomocnicę przy garderobie. Płaciła mi co tydzień i zawsze pytała, czy jadłam.
W zeszłym tygodniu, dwanaście lat po tamtym dniu, znalazłam na strychu kawałek jabłoni. Mały, gładki, pachnący jak jesień. Nie wiem, skąd się tam wziął — może zostawiła go tam Dobrawa, kiedy jeszcze mieszkała w tym skrzydle, może ktoś inny.
Położyłam go na parapecie w kuchni, obok słoika z guzikami, i wróciłam do prasowania.












