Krem do rąk po cioci Basi

newsempire24.com 1 tydzień temu

Marianna Wójcik skończyła sześćdziesiąt trzy lata w marcu, a już w kwietniu stała w kolejce do gabinetu przy ulicy Kościuszki w Radomiu, bo sąsiadka z czwartego piętra, Teresa, powiedziała jej kiedyś przy śmietniku: „Ty się trzymasz, ale ta bruzda koło ust cię postarza, idź do Kasi, ona robi cuda igłą".

Kasia okazała się dziewczyną po jakimś kursie kosmetologii w internecie, z gabinetem urządzonym w wynajętym pokoju nad sklepem z zasłonami. Na ścianie wisiał dyplom w ramce, ale Marianna nie włożyła okularów, żeby przeczytać drobny druk. Zapłaciła sześćset złotych gotówką, bo Kasia nie wystawiała faktur „na pierwszy raz, pani Marianno, zrobię rabat".

— To będzie kwas hialuronowy, najlepszej jakości, z Korei — powiedziała Kasia, wyjmując strzykawkę z szafki, w której Marianna zdążyła zauważyć też butelkę po oleju rzepakowym, odstawioną byle jak między waciki.

Nie pomyślała wtedy nic złego. Po zabiegu twarz piekła przez dwa dni, ale Kasia uprzedzała, iż to normalne. Marianna wróciła do siebie, do małego mieszkania na Gołębiowie, gdzie od ośmiu lat mieszkała sama, odkąd mąż umarł na zawał w kolejce do przychodni. Syn dzwonił raz w tygodniu z Wrocławia, córka raz w miesiącu z Niemiec. Nikt nie zauważyłby od razu zmiany w jej twarzy, bo nikt nie patrzył na nią uważnie.

Problem pojawił się dopiero we wrześniu. Pod skórą policzka zaczęło swędzieć, potem piec, jakby ktoś wbił tam rozżarzony drut. Marianna smarowała to kremem do rąk po cioci Basi, bo nie miała nic innego pod ręką, a do lekarza się wstydziła iść z czymś tak głupim jak zabieg u kosmetyczki bez papierów.

W październiku pod skórą wyczuła guzek, twardy jak kulka z plasteliny, wielkości ziarnka grochu. W listopadzie było ich już pięć.

Poszła do przychodni rejonowej, gdzie doktor Zieliński, mężczyzna po pięćdziesiątce z wiecznie zmęczonymi oczami, obejrzał jej twarz pod lampą i zapytał wprost:

— Co pani sobie wstrzyknęła i gdzie?

Marianna się rozpłakała, siedząc na tej twardej leżance pokrytej papierowym prześcieradłem, które szeleściło przy każdym ruchu. Powiedziała o Kasi, o gabinecie nad sklepem z zasłonami, o sześciuset złotych.

— To może być olej. Zwykły olej spożywczy albo kosmetyczny do niemowląt. Niektórzy tak oszukują, bo to tańsze niż kwas — powiedział doktor beznamiętnie, jakby mówił o pogodzie, a nie o twarzy, z którą Marianna miała żyć do końca życia.

Skierował ją do kliniki chirurgii plastycznej w Warszawie, bo w Radomiu nikt się nie podejmował takiego zabiegu. Tam, w gabinecie na piątym piętrze z widokiem na Wisłę, chirurg imieniem doktor Nowakowska, kobieta w okularach w grubej oprawie, obejrzała zdjęcia rezonansu i powiedziała to, czego Marianna najbardziej się bała.

— Pani Marianno, to nie jest coś, co można po prostu wyciąć jak torbiel. Olej rozlał się w tkance, otoczył nerwy, częściowo się zbliznowacił. Mogę usunąć część, ale nie wszystko. I będzie trzeba to robić kilka razy.

Pierwsza operacja trwała cztery godziny. Marianna obudziła się z twarzą owiniętą bandażem, bolącą tak, iż nie mogła przełykać śliny bez jęku. Druga operacja była pół roku później. Trzecia — rok po pierwszej. Za każdym razem usuwali trochę więcej, ale guzki wracały, bo olej, jak tłumaczyła doktor Nowakowska, „wnika w komórki jak woda w gąbkę, nie da się go wyssać do ostatniej kropli".

Kosztowało to łącznie czternaście tysięcy złotych — oszczędności, które Marianna odkładała dwanaście lat na remont łazienki, bo stara wanna już się kruszyła, a ona marzyła o prysznicu z kabiną, żeby nie musieć przełazić przez wysoką krawędź z chorym kolanem.

Syn, kiedy się dowiedział, przyjechał z Wrocławia tylko raz, na drugą operację, i powiedział przy wyjściu z sali pooperacyjnej:

— Mamo, no jak mogłaś. Sześćset złotych oszczędzić, a teraz czternaście tysięcy wydajesz i twarz masz jak po wypadku.

Nie przyjechał na trzecią operację. Zadzwonił tylko, żeby zapytać, czy wszystko dobrze poszło.

Marianna próbowała znaleźć Kasię. Gabinet nad sklepem z zasłonami zniknął w ciągu miesiąca — zasłony w oknach zdjęto, drzwi zabito deskami, a na Facebooku profil „Kasia Beauty Studio" po prostu przestał istnieć, jakby nigdy go nie było. Sąsiedzi ze sklepu na dole powiedzieli, iż dziewczyna wyprowadziła się do Niemiec, podobno do pracy w fabryce.

Zgłosiła sprawę na policję w Radomiu, ale funkcjonariusz, młody chłopak, który wyglądał, jakby miał tyle lat co jej wnuk, spisał zeznanie i powiedział szczerze:

— Pani Mariasz, bez nazwiska, bez adresu, bez faktury ciężko będzie to ścigać. Spróbujemy, ale niech się pani nie łudzi.

Sprawa trafiła do archiwum po trzech miesiącach jako niewykryta.

Dziś, dwa lata po pierwszym zabiegu, Marianna ma na policzku lekko inną fakturę skóry niż reszta twarzy — trochę bardziej gładką w jednym miejscu, trochę bardziej napiętą w drugim, śladu po trzeciej operacji nie da się już ukryć choćby pudrem. Do lustra podchodzi rano bez emocji, jak do czegoś, co po prostu trzeba obejrzeć, zanim wyjdzie do sklepu.

Ale zrobiła jedną rzecz, o której nie powiedziała ani synowi, ani Teresie z czwartego piętra. Poszła do notariusza przy placu Jagiellońskim i zmieniła zapis w swoim testamencie: czternaście tysięcy złotych, które kiedyś miały iść na remont łazienki, a potem poszły na operacje, zostały odjęte z części, którą miał dostać syn po jej śmierci — bo to on, jak powiedziała notariuszowi, „nie przyjechał, kiedy było trzeba, tylko przyjechał robić mi wyrzuty".

Tę samą kwotę dopisała wnuczce, córce córki z Niemiec, osiemnastoletniej Zuzi, która jako jedyna z rodziny przysłała jej po trzeciej operacji paczkę — nie kwiaty, nie telefon z pytaniem, tylko krem do blizn kupiony we własnych oszczędnościach i liścik: „Babciu, znajdę ci w internecie lekarza, który się na tym zna, tylko mi zaufaj".

Papier z nowym testamentem Marianna trzyma w szufladzie komody, pod zdjęciem męża z dnia ślubu. Czasem go wyjmuje, czyta jeszcze raz swoje imię i nazwisko przy podpisie, i chowa z powrotem — spokojna, iż przynajmniej to jedno zrobiła dobrze, bez niczyjej pomocy i bez niczyjej zgody.

Idź do oryginalnego materiału