Tamtego wtorku wracałam z nocnej zmiany w szpitalu na Solcu. Było wpół do ósmej rano, kiedy skręciłam w naszą uliczkę na Sadybie. I od razu zobaczyłam, iż pod klatką dzieje się coś dziwnego.
Pani Halina, nasza dozorczyni, stała przy wejściu i przyciskała dłoń do ust. Obok niej kręciło się pięcioro dzieciaków z kolorową kredą w rękach. Chodnik przed blokiem wyglądał jak jeden wielki obrazek: słońce z uśmiechem, kwiatki, serduszka, a na samym środku wielki napis „Dziękujemy Pani Halinie!”.
Dzieciaki z trzeciego piętra — te od Kwiatkowskich i mała Zosia spod czwórki — same to wymyśliły. Pani Halina od lat pilnuje im rowerków, gdy biegają na obiad, wyciąga piłkę spod żywopłotu i ani razu nie nakrzyczała, jak rozsypały piasek przy trzepaku. No to postanowiły jej podziękować. Po swojemu.
— Wiecie co, dzieci? — powiedziała, a głos jej drżał. — Dawno nikt mi takiej euforii nie sprawił.
Stałam z boku, koło stojaka na rowery, i patrzyłam na to wszystko. Miło się zrobiło, naprawdę. Taka scena o siódmej trzydzieści rano — lepsza niż kawa.
No i wtedy z klatki wyszedł pan Ireneusz z parteru. Ten, co to wiecznie narzeka na wszystko: iż liście za głośno spadają, iż wózek sąsiadów stoi trzy centymetry za blisko schodów, iż ktoś wyrzucił butelkę do złego kosza.
Zatrzymał się na krawężniku, poprawił okulary i obrzucił wzrokiem cały ten kolorowy chodnik. Mina jakby mu ktoś na wycieraczkę wylał barszcz.
— Co to ma być? — zapytał takim tonem, jakby zobaczył wysypisko, a nie rysunki dzieci.
Pani Halina odwróciła się do niego, jeszcze z uśmiechem.
— To dzieci dla mnie narysowały, panie Ireneuszu. Widzi pan, jakie śliczne?
— Widzę. Pełno tego po całym chodniku. Kreda wejdzie na butach do klatki, poroznosi się po korytarzu. Nie można było gdzieś na placu zabaw, tylko zaraz przy wejściu?
Zapadła taka cisza, iż słychać było, jak u sąsiadów z naprzeciwka skrzypi okno. Matka Zosi, Aneta, podeszła bliżej.
— Panie Ireneuszu, pierwszy deszcz wszystko zmyje. Dzieci chciały zrobić komuś przyjemność. Naprawdę musi pan z tego robić aferę?
— Tu nie chodzi o dobre chęci — odparł. — Chodzi o to, iż wspólna przestrzeń nie jest po to, żeby ją całą zarysowywać bez pytania innych. Było zebranie wspólnoty? Było. Ktoś pytał, czy wszyscy chcą mieć chodnik w kółka i serduszka?
Aneta pokręciła głową.
— Pewnie pan jeszcze wezwie straż miejską, żeby mandat wypisała pięciolatkom?
— Pani sobie żartuje, a ja mówię poważnie. Nikt nie pytał, czy mi to odpowiada.
Pani Halina stała z boku, z ramionami opuszczonymi. Ten napis z kredy — „Dziękujemy Pani Halinie!” — leżał między nimi szeroki na dwa metry. A ona wyglądała, jakby chciała go zasłonić sobą, żeby tylko nie było awantury.
— Dzieci — powiedziała w końcu. — Chodźcie, pomożecie mi zamiatać przy śmietniku.
Wzięła je jak kurczęta i poszła na bok, za trzepak. Został pan Ireneusz, Aneta i ja, która udawała, iż szukam kluczy w torbie, żeby nie musieć się wtrącać.
I wiecie co? Cały dzień o tym myślałam. Bo niby dzieci nic złego nie zrobiły. A jednak coś mi w tym zgrzytało. I żeby było jasne — nie bronię pana Ireneusza, bo to typowy pieniacz. Ale on zadał jedno pytanie, które nie dawało mi spokoju: gdzie jest granica, gdy coś robimy „dla kogoś”, ale w czyjejś przestrzeni?
Wieczorem, po dwudziestej pierwszej, zeszłam z psem. Chodnik dalej był cały w kolorowych rysunkach, choć krawędzie już się trochę starły od butów. Pan Ireneusz stał przy klatce i gasił papierosa. Zobaczył mnie i od razu zaczął, jakby czekał tylko na słuchacza.
— Pani była rano, widziała pani. Ja nie mam nic do dzieciaków, ale jakby każdy zaczął pisać po chodniku, to co by było? Dziś „dziękujemy pani Halinie”, jutro ktoś napisze „nie parkować pod oknem”, a pojutrze reklamę jakiegoś sklepu. Bo każdy chce zrobić „przyjemność”.
Chciałam powiedzieć, iż przesadza, ale ugryzłam się w język. Bo w sumie… coś w tym było. Tylko iż akurat te dzieci nie miały złych zamiarów. I ten brak złych zamiarów — czy on wszystko tłumaczy?
Rano w środę chodnik był czysty. Ktoś go umył, pewnie pani Halina. Deszcz nie padał, więc można było ratować resztki kredy, ale ona zmyła wszystko. Został tylko mokry beton i smugi po wodzie.
A po południu zobaczyłam coś, czego się kompletnie nie spodziewałam.
Pod klatką stała pani Halina z dwoma wiaderkami kredy. Obok niej — Aneta i dzieciaki. A za nimi, uwaga, pan Ireneusz. We własnej osobie. Bez papierosa, ręce w kieszeniach.
Okazało się, iż po wczorajszej awanturze Aneta poszła do spółdzielni. Zapytała, czy jest jakiś regulamin korzystania z chodnika. Był. Suchy, trzy strony, paragrafy o utrzymaniu porządku. Ale w punkcie siódmym znalazła coś, czego nikt nie pamiętał: wspólnota może wyznaczyć fragment terenu na „działania integracyjne mieszkańców, w tym zajęcia dla dzieci”. Wystarczy wniosek i zgoda zarządu.
Aneta złożyła wniosek tego samego dnia. Od ręki. Pani Halina też się podpisała, bo to w końcu o nią chodziło. A co zrobił pan Ireneusz? Tego byście się nie spodziewali.
Sam zadzwonił do zarządu i powiedział, iż nie protestuje. Pod warunkiem, iż wyznaczą konkretny fragment — nie cały chodnik, tylko pas przy murku od strony śmietnika, szeroki na metr, długi na cztery. Żeby było wiadomo: tu wolno, a tu nie.
W piątek po szkole dzieciaki wzięły kredę i narysowały nowe obrazki. W wyznaczonym miejscu, tym przy murku. Były kwiaty, był napis, było choćby coś, czego nie było wcześniej: obok serduszek stał mały ludzik w okularach i podpis „Pan Ireneusz”.
Bo dzieci nie chowają urazy tak jak dorośli. One po prostu chciały dokończyć rysunek.
I teraz tak siedzę na balkonie, patrzę na ten pas przy murku i myślę o jednym. Pan Ireneusz wcale nie musiał odpuszczać. Mógł zaskarżyć, mógł zwołać zebranie, mógł straszyć zarządem. A jednak stanął przy tym murku z rękami w kieszeniach i patrzył, jak dzieci rysują. I może choćby się uśmiechnął, kiedy rysowały te jego okulary.
Może nie chodziło mu o to, żeby zabronić. Może chodziło o to, żeby wreszcie ktoś zapytał.
A pani Halina? W niedzielę znalazła pod wycieraczką czekoladę. Bez kartki. Ale położył ją tam ktoś, kto chodzi twardo na piętach — a tak chodzi tylko jedna osoba w naszej klatce.












