Jabłuszko
– Jesteś zupełnie jak twoja matka!
– Jak to, babciu? Zosia odruchowo przybrała postawę bojową, ale zaraz się opanowała. Przed kim ona się broni?
– Samowolna! Ona nigdy nikogo nie słuchała. I ty taka sama!
– A czego mam wysłuchać?
– Mnie! Masz mnie słuchać i szanować! Bo jestem starsza i wiem więcej o życiu. Rozumiesz?
Patrzyłam na lekko rozczochraną, rozgniewaną kobietę, która machała mi palcem przed nosem. Jak to możliwe, iż domaga się, żebym jej słuchała? Nachodzi się i nie da się jej zmazać!
Czułam w palcach lekki ruch, jakby chciały chwycić za gumkę do ścierania i poprawić ten dzień zmazać trochę cienia tu, rozjaśnić tam… Nie lubię ciemności. Unikam kłótni. Skandali, podniesionych głosów… Mama nigdy tak do mnie nie mówiła. Zawsze powtarzała, iż ludzie powinni się słuchać i rozumieć.
– No to, uszka na wierzch, Zosiu i słuchamy! Tak, jak zajączki! Wiesz, dlaczego zajączek tak dobrze wszystko słyszy? Bo lisek porusza się cicho, cichutko. Odwrócisz uwagę, źle usłyszysz i… lisek cię złapie!
– Nie chcę! mała Zosia patrzyła rozszerzonymi oczami na mamę.
– Oczywiście, iż nie! Dlatego zajączek jest mądry słucha uważnie i biega szybciutko! Żaden lisek go nie dogoni!
To było dawno. Teraz byłam już prawie dorosła, a bajki i mamine nauki pamiętałam wszystkie.
Dziwne… kiedy byłam mała, myślałam, iż mama przesadza. Teraz wiem, iż miała rację.
Na przykład ta babcia. Do ubiegłego roku w ogóle jej nie znałam. Mieszkałam z mamą w małym mieście nad Bałtykiem, chodziłam do przedszkola, kłóciłam się z Alą i Martą, zaraz godziłyśmy się, a potem biegłyśmy po lody na mały deptak. Potem była szkoła, Tomek i pierwszy pocałunek przy zachodzie słońca.
I była mama…
Z przyzwyczajenia ścisnęłam palcami dużą kulkę sztucznego bursztynu w bransoletce zrobionej przez mamę.
– Sztuczna? A popatrz, jaka ładna! Wiesz, kochanie, czasem to, co prawdziwe, okazuje się trudne i gorzkie. A zamiennik wcale nie musi być zły.
– Jak to?
– Pamiętasz, czemu ostatnio pokłóciłaś się z Alą?
– Powiedziała, iż jesteśmy biedni, bo nie kupiłaś mi adidasów z prawdziwej firmy, tylko podróbkę. Mówiła, iż wie jak te buty mają wyglądać.
– I miała rację. Uszył ci je pan Włodek. Ale nikt Ci nie mówił, iż są markowe, prawda?
– Prawda.
– Za to są ze świetnej skóry, są ładne i pan Włodek zrobił je z sercem. Lubisz te buty?
– Bardzo!
– No to po co Ci marka? To ludzie wymyślili, żeby czuć się lepsi. Czy etykieta decyduje o wartości? Ktoś się cieszy z nowego ubrania, a inny martwi się, iż inni mają lepsze. Najważniejsze, żeby w środku nie być fałszywym człowiekiem!
Pomyślałam długo, sprzątnęłam pokój, a potem przyszłam do kuchni, gdzie mama gotowała mój ulubiony dżem morelowy.
– A może Ala nie jest moją przyjaciółką? Skoro mówi mi miłe rzeczy, a potem… takie? Myślę, iż jej podobały się moje adidasy, tylko nie chciała się przyznać.
– Skąd wiesz?
– Marta mi powiedziała. Że Ala robiła mamie awanturę o lepsze buty niż moje.
– Ach, Zośka… Mama odłożyła łyżkę i przytuliła mnie. Nie oceniaj pochopnie. Ala pozostało dzieckiem, jak ty…
– Ja nie jestem dzieckiem!
Obróciłam się w ramionach mamy. Patrzyła łagodnie, chociaż wiedziała, iż jestem zła na siebie. Pomyślałam źle o przyjaciółce i sama siebie za to karcę.
– Dla mnie jesteś dzieckiem powiedziała cicho mama. I ty, i Ala…
Mojej mamy już nie ma, a ja tak bardzo chciałabym być jeszcze kiedyś mała, żeby ktoś mnie przytulił… ale nie ma już kto.
Zamyśliła się i pocałowała mnie w głowę.
– Daj Ali czas przypomnij sobie, jak cię zaciągnęła do domu, kiedy spadłaś z huśtawki? Baliśmy się o ciebie najbardziej! A ona zdarła kolana, wyskakując za tobą. Tak płakała, iż pani pielęgniarka chciała jej zrobić zastrzyk na uspokojenie. Pamiętasz?
– Tak…
– A jak ci dała nowe flamastry od ojca? Bo byłaś chora i nie wpuszczałam jej do domu… Prosiła, żebyś narysowała jej najlepszy obrazek i iż powiesi go na ścianie.
– Pamiętam…
– No widzisz! A ty: adidasy… Dziecięce sprawy! Doceniaj, co masz.
– Była już przepraszać.
– I co powiedziałaś?
– Że jej nie chcę widzieć i nie jesteśmy biedni!
– Byłaś zła?
– Bardzo.
– A teraz?
– Teraz też, ale mniej…
– Zaczekaj, aż złość przejdzie.
Bardzo brakuje mi mamy… Ona na pewno wiedziałaby, co powiedzieć, zwłaszcza teraz, gdy babcia jest obok.
Babcia pojawiła się nagle.
Nie wiedziałam, iż mama źle się czuje. Nie wiedziałam, iż poprosiła swoją byłą teściową, żeby przyjechała.
– No witaj, Mario! choćby nie sądziłam, iż się jeszcze zobaczymy! krępa, czerwona z upału kobieta zamknęła furtkę i oparła się, dysząc. Okropny upał! Jak ja to przetrwam?
– Dzień dobry, pani Janino.
Spojrzałam zaskoczona na mamę. Jej głos brzmiał dziwnie.
– To jest Zosia? Janina przyjrzała mi się z westchnieniem. Wcale niepodobna! Jesteś pewna, iż to córka Wojtka?
– Pani się nie zmienia zaśmiała się mama, co trochę mnie uspokoiło. To nie takie złe… „Zobaczy się”, jak mawiała mama.
Babcia od razu mnie zirytowała. Głośna, nerwowa, niespokojna. Wprowadziła zamieszanie i niepotrzebne porządki.
– Bałagan, jak zwykle! Tak trudno zrobić porządek, Mario?! Przecież masz córkę! Dziewczynę! Ma na to patrzeć?! Mąż ją pierwszego dnia po ślubie wyrzuci z domu!
Nie rozumiałam, czemu mama się nie broni. Chowa uśmiech, nie odpowiada, patrzy, jak ta kobieta biega i sprząta wszystko po swojemu. Nic nie mówi.
Koty pochowały się po kątach, a Ramzes, mój pies od pana Włodka, poszedł do ogrodu spać w cieniu. Tylko czasem pochrząkiwał, gdy babcia przekraczała normę głośności.
– Widzisz, jedyny normalny to pies! Wie, co robi! Zwierzętom nie miejsce w domu!
Koty, kiedy usłyszały ton Janiny i zobaczyły szczotkę, uciekły. Na wszelki wypadek.
I właśnie wtedy po raz pierwszy pokazałam, iż mam charakter. Złapałam swojego kota Łatka i demonstracyjnie poszłam z nim do pokoju.
– Co to ma znaczyć?! Zosiu! Babci głos sprawił, iż Ramzes odezwał się w ogrodzie.
– Troszczę się o niego! Odpowiedziałam leniwie, patrząc jej prosto w oczy. Koty zostają. I Ramzes też! Byli tu wcześniej niż pani. Porządek? Proszę bardzo. Ale tu jest nasz dom, a pani jest gościem.
– Zosiu! Mama aż zakryła usta dłonią. Nigdy nie słyszała, żebym tak mówiła do dorosłych.
Ku jej zdziwieniu, Janina się nie obraziła. Przymrużyła oczy i półuśmiechnęła się.
– Nasza krew! Jabłuszko od jabłoni… Mario, mogłabyś lepiej wychować wnuczkę!
Od tamtej pory nie ruszała kotów. Tylko je odsuwała, jeżeli stały jej na drodze.
Ale tak naprawdę wszystkim nam puszczały nerwy. Wszystko działo się tak szybko, iż patrzyłam na stary zegar nad komodą i próbowałam zatrzymać czas. Dokąd on tak pędzi?! Mimo iż mama była taka młoda tak potrzebna… To nie powinno się dziać!
Ale czas się nie zatrzymywał. Odliczał minuty, nie dając złudzeń.
Lekarze, leki, szpital…
Mama odeszła wczesnym wiosennym porankiem.
Dzień wcześniej pierwszy raz otworzyłam okno na nowe powietrze znad morza po długiej zimie.
– Mamusiu, twoja wiśnia zaraz zakwitnie! Już niedługo!
– Postaram się, Zosiu… Chcę ją jeszcze zobaczyć…
Gdy dowiedziałam się, iż mamy nie ma, ze złością złamałam gałąź wiśni, która sięgała okna mamy. Nie chciałam, żeby tam była, skoro i tak już nikt na nią nie spojrzy.
Janina nie pozwoliła mi się zamknąć w sobie. Przytuliła mnie mocno, wyjęła z kieszeni chustkę wielkości ręcznika i rozkazała:
– Płacz! Krzycz! Wypuść to z siebie! Nie potrzebujesz tego w środku. I tak nic nie mogłaś zrobić… Każdy z nas ma swój czas…
Jak ona to wiedziała? Co się dzieje w duszy człowieka? Przecież miała rację! Obwiniałam się o wszystko. Mama za dużo pracowała, za mało odpoczywała dla mnie. Chciała, żebym poszła na studia…
A co zrobiłam? Spotykałam się z Tomkiem i dziewczynami, zamiast ślęczeć nad książkami. Oceny mi spadły, choć wiedziałam, iż liceum zaraz się skończy. Potem próbowałam poprawić wszystko, ale mamie nie chciałam o tym mówić. Nie chciałam, żeby się martwiła.
List, który mama napisała dla mnie, babcia dała mi w czterdziesty dzień po jej odejściu.
– Proszę, teraz możesz go przeczytać. Mama zostawiła ci testament.
– Czemu koperta jest otwarta? Obracałam w rękach zwykłą, białą kopertę bez znaczka.
Na odwrocie tylko Zosi.
– Myślisz, iż bym przeczytała? Może nie jestem aniołem, ale cudzych listów się nie dotykam! No już, wynocha, mam dużo sprzątania!
Obraziła się… Zrozumiałam to od razu, gdy odwróciła się do mnie tyłem. Nie zwyzywała, nie kłóciła się po prostu uciekła do kuchni. Przylgnęłam do futryny, na której wciąż widać było ślady po kreskach, którymi mama zaznaczała mój wzrost.
Głos mamy rozbrzmiał w moich wspomnieniach tak wyraźnie, iż aż się cofnęłam.
Duża? Gdzie tam! Byłabym mądrzejsza, gdybym była duża… Mama by mojego zachowania nie pochwaliła.
Zamknęłam drzwi, usiadłam na podłodze i położyłam kopertę na kolanach. Trudno. Tyle rzeczy chciałabym mamie powiedzieć, tyle usłyszeć…
Koperta była napchana zapisanymi kartkami z zeszytu. Przytuliłam Łatka, który kręcił się przy mnie, i wyjęłam list.
Zosiu! Przestań płakać! Jesteś silna! Po co ci te łzy? Życie jest piękne! Tyle w nim dobrego! Doceniaj każdą chwilę, nie marnuj jej choćby na płacz po tym, co nie wyszło. Powiesz mi, iż miałyśmy mało czasu razem. A ja ci mówię, iż mieliśmy dużo! Bardzo dużo. Może nie rozumiesz, ale zaraz opowiem ci wszystko dokładnie. Masz prawo poznać swoją historię.
Od czego zacząć… Może od tego, jak poznałam twojego tatę. Był cudowny czerwone włosy, piegi, dobry i ciepły. Podobna jesteś do niego z oczu, nosa i piegów. Reszta moja. Jak się urodziłaś, marzył, iż będziesz miała rude loki po babci Janinie.
Zosiu, ona naprawdę jest dobra! Nie przejmuj się tym, iż jest wybuchowa. Taka była zawsze: nieokrzesana, trochę szorstka, ale bardzo uczynna i czuła.
Pewnie się zastanawiasz, czemu nie znałaś jej tyle lat? To moja wina. Byłam młoda i uparta nie umiałam jej zrozumieć. Przepraszam.
Bardzo się pokłóciłyśmy, gdy byłaś mała. Z twoim tatą dobrze nam się wiodło, aż zakochał się w innej. Tak bywa, Zosiu…
To nie tak, iż mnie nie kochał. Nie przestał cię kochać. Po prostu spotkał kobietę, która stała się jego wszechświatem. A nasz wszechświat się skończył. On był dobrym ojcem. Dla ciebie został choćby wtedy, gdy uczucie do mnie wygasło. Ale w końcu nie umiał dłużej udawać. Zawsze był szczery…
Teraz to rozumiem, wtedy strasznie bolało. I pojawiła się Janina.
Teraz wiem, iż próbowała go nawrócić, żebyśmy się nie rozpadli. Nie rozumiała, co się dzieje. A zaczęła jak zawsze: Gdzie ten bałagan?. Nerwy mi puściły. Narobiłyśmy sobie tyle przykrości, iż wstyd mi do dziś. Wtedy powiedziałam, iż nie jesteś jej wnuczką…
Boże, Zosiu, jaka byłam głupia! Łatwo kogoś zranić, trudniej się z tego otrząsnąć.
Gdy leżałam na patologii ciąży, ona rzuciła wszystko i mieszkała u nas miesiąc robiła parowce, sprzątała, aż potem długo nie mogłam się odnaleźć. Wyjechała dopiero, gdy była pewna, iż nic ci już nie zagraża.
Nie wiedziałam, iż rozmawiała z tą drugą kobietą. Próbowała, walczyła. A jednak pokochała dzieci tej kobiety. Zosia, masz brata i siostrę. jeżeli chcesz, babcia was sobie przedstawi. Lepiej mieć rodzinę, niż być samotną. Pamiętaj o tym.
Teraz o tym, co dalej. Ucz się! Bardzo chcę, żebyś miała dobrą przyszłość. Ale wybierz ją po swojemu! Pamiętasz nasze rozmowy o talentach? Masz dar, maluj! Nie każdy go dostaje. Babcia ci pomoże. Oszczędności są niewielkie, ale na rok ci wystarczą. Resztę dasz radę sama. Już nieraz zarabiałaś twoje torby, obrazy chętnie kupują turyści. W Gdańsku albo Warszawie pójdziesz jeszcze dalej. Nie przestawaj marzyć! Może kiedyś w jednej z tych galerii w stolicy będzie twój wernisaż. Uwierzę w to, choćby jeżeli już tego nie zobaczę.
Kocham cię! Martwię się, ale wiem, iż dasz radę! Jesteś dzielna i mądra!
Wytrzyj łzy!
MAMA.
Długo siedziałam nad listem, ściskając Łatka. Mama kazała nie płakać…
Łatek dawno zasnął, a ja cały czas próbowałam znaleźć odpowiedź: co teraz dalej?
Rozwiązanie przyszło, gdy do pokoju weszła Janina, nacisnęła włącznik i rzuciła:
– Wstawaj! Koniec tych ciemności. Chodź, napijesz się herbaty, pogadamy. Trzeba działać, a nie płakać!
Moje artystyczne zapędy nie przypadły babci do gustu. Zganiła mnie ostro, twierdziła, iż lepsza by była normalna profesja, księgowa, ale ja nie chciałam o tym słyszeć. W końcu powiedziała, iż jestem uparta jak osioł i dokładnie taka sama jak ta, która nie umiała się przyznać, iż jednym słowem można zniszczyć rodzinę…
– Milczała tyle lat! Nigdzie was nie mogłam znaleźć! Składałam wszędzie papiery! Skąd miałam wiedzieć, iż mama zmieniła ci imię i nazwisko? Przecież, jakby wzięła po panieńsku, może bym wpadła na trop! Dziwię się tylko, jak jej się udało…
– Pan Włodek pomógł.
– To jeszcze z nim pogadam! Zabieram się za niego! Niech nie myśli, iż mu się upiecze!
– Proszę, tylko nie! Był dla nas rodziną! Namawiał mamę do małżeństwa z nim…
– I co?
– Nie zgadzała się. Mówiła, iż kocha tatę. choćby nie wiedziałam, iż żyje! Znając całą historię, może bym ją przekonała…
– A to historia… Babcia postawiła mi talerz. Jedz! I pomyśl o tym, co mówię. Co to za zawód ten artysta?! A zobacz, księgowa… Praca zawsze się znajdzie!
– Babciu! Przed innymi!
– I co z tego? Najpierw liczysz cudze, potem swoje się znajdą!
– Nie chcę! To nie dla mnie! Rozumiesz?
– No, chyba nie…
– Nie chcę cię urazić! Po prostu chcę robić to, co kocham! Mama mówiła, iż dała ci moje pieniądze? Za miesiąc mam osiemnaście lat. Oddasz mi je i pojadę. Sama sobie poradzę.
Babcia aż zzieleniała z oburzenia, już wyciągała swój grożący palec, ale w ostatniej chwili się uśmiechnęła i pokazała dziecięcą figurę z trzech palców.
– O! Widzisz?! Jadę z tobą! Sprawdzę, czy zostaniesz z ciebie dobry artysta! Obiecałam matce, iż cię nie zostawię. I koniec dyskusji!
Podsuwając mi talerz, mruknęła:
– Jedz, co mówię! Stygnie!
Parę lat później, w małej galerii w Warszawie po sali krążyła nasza nietypowa rodzina.
Rudowłosa, trochę korpulentna kobieta, wysoki, chudy chłopak w modnych okularach i ja z rocznym synem na rękach.
– No i jak? Znowu musiałam spytać. Chociaż sto razy obiecałam sobie nie pytać, dopóki sama nie zdecyduje.
Janina spojrzała na mnie, prychnęła, zabrała dziecko. Wytarła mu nos, ułożyła wygodnie główkę na ramieniu i dopiero wtedy kiwnęła:
– Dobrze. Ramki ładne, obrazy, no… Ale farb szkoda, kto to widział!? Zosiu, mogliście mniejsze malować… A w pracowni bałagan! Byłam rano! Gienek! zwróciła się do chłopaka w okularach. Nic nie widzisz?
– A co się dzieje, pani Janino?
– Zoska ma takie worki pod oczami, iż strach patrzeć! Nie wysypiasz się! Tak! Szymka dziś zabieram! Wy się wyśpijcie, odpocznijcie i w poniedziałek przyjedźcie! Jasne? No to idziemy, tak Szymuś?
I przechodząc obok mnie, babcia zatrzymuje się na chwilkę, głaszcze mnie po policzku i szepcze:
– Mama jest z ciebie dumna! Ja też! Wiesz o tym? I bardzo dobrze! Jabłuszko!











