Tamta wakacyjna wyprawa rowerowa należy do najbardziej treściwych w historii naszego Nieustannego Wędrowania. Choć byłyśmy w trasie zaledwie jeden dzień, otarłyśmy się o kilka niesamowitych wątków historycznych, które całkowicie nas pochłonęły. W pierwszej kolejności odwiedziłyśmy Krotoszyce, gdzie poznałyśmy dzieje tamtejszego dworu – budowli, która wieki temu była zamkiem na wodzie. Następnie wyruszyłyśmy w stronę Winnicy, gdzie czekały na nas ruiny pocysterskiego folwarku klasztornego. To jednak zaledwie ogólny zarys tej trasy, ponieważ po drodze mijałyśmy inne niezwykłe zabytki i miejsca, w których historia zatrzymała nas na dłużej. Tak właśnie stało się w Krajowie. Kto ma uszy, niechaj słucha…
Zainteresowanych początkiem tej wyprawy odsyłam do wcześniejszego wpisu na tym blogu, w którym przeczytacie o dworze obronnym w Krotoszycach. Klikajcie tutaj: O zamku otoczonym fosą, sroce złodziejce i tajemniczym grobowcu, a przeniesie Was do tego opowiadania. Link otworzy się w nowej karcie i poczeka, a my idziemy dalej…
Droga z Krotoszyc do Winnicy prowadziła przez Krajów, gdzie nie planowałyśmy żadnego postoju. Wszystko zmieniło się, gdy skręciłyśmy ku mostowi na Nysie Szalonej. Nasz wzrok natychmiast przyciągnęło spore gospodarstwo, a zwłaszcza stojący na jego przedzie, pokaźnych rozmiarów obiekt. Nie mogłyśmy się powstrzymać, żeby do niego nie zajrzeć…
Renesansowy zamek w Krajowie Budowla wyglądała niezwykle tajemniczo. Gdy spojrzałam na okna przypominające te w dawnych warowniach, Ines natychmiast podzieliła mój zachwyt. Zauważywszy, iż budynek wzniesiono na planie litery L, rzuciła głośno, iż całe to miejsce „pachnie zamczyskiem”. Architektura obiektu nie była jednak tak oczywista – w końcu prawdziwy zamek musi spełniać określone warunki, a tutaj wszystko wydawało się dwuznaczne. Nie miałyśmy wyjścia, musiałyśmy to zbadać. Zsiadłyśmy z rowerów i ruszyłyśmy w głąb dawnego założenia podworskiego.
Zamek w Krajowie
Już od pierwszej chwili widać było, iż ten zabytek nie jest żadną atrakcją turystyczną. Schowany głęboko między budynkami folwarcznymi, kompletnie nie rzuca się w oczy. Żeby go zauważyć, trzeba być wyczulonym na podobne smaczki historyczne – laik nie zwróciłby na niego najmniejszej uwagi. Poza tym nie zastałyśmy go w zbyt dobrym stanie. Odpadające z zewnętrznych ścian tynki nadają mu ponury, surowy wygląd. To nie jest ani Książ, ani Czocha, gdzie zjeżdżają się tłumy. W tym starym zamku po prostu mieszkają ludzie.
Zamek w Krajowie Na miejscu nie zastałyśmy nikogo, dzięki czemu mogłyśmy bez przeszkód udokumentować wszystko na zdjęciach. Podczas lustracji terenu głośno dzieliłam się wątpliwościami: jak na zamek, okna były zdecydowanie zbyt duże i dziwnie usytuowane na samym dole – w prawdziwej warowni przecież tak to nie wyglądało. Zastanawiałam się też, gdzie podziały się fortyfikacje, bo nigdzie nie dostrzegłam choćby śladu fosy czy pozostałości murów obronnych. Budowla stała po prostu na płaskim terenie, przypominając swoim charakterem raczej dziewiętnastowieczny pałacyk. Moją uwagę przykuło wejście do zamku i napis, który nad nim górował.

Nad drzwiami wejściowymi znajduje się rzeźbiona, barokowa inskrypcja w języku niemieckim, która zdradza sekrety historii tego miejsca. Składa się ona z trzech części. Na samym górnym gzymsie wykuto biblijne wezwanie: „Panie, Panie, błogosław dom sług Twoich”. Środkowy pas zawiera kluczową datę – rok 1700 – oraz wzmiankę o przysługującym tu wówczas sądownictwie ziemskim. Najniższa, najbardziej rozbudowana tablica upamiętnia dawnych właścicieli majątku z potężnego śląskiego rodu von Schweinitz (wymienieni są tu George oraz Christina Barbara). Napis informuje o rozpoczęciu budowy oraz późniejszej renowacji obiektu, w tym o „położeniu nowego dachu”.

Pomyślałam wtedy, iż napis ten może tłumaczyć, dlaczego budowla straciła swój pierwotny, obronny charakter – iż w 1700 roku stara, średniowieczna warownia została po prostu przebudowana przez ród von Schweinitz w nowoczesny, wygodny pałac dworski z dużymi oknami. Tak to wtedy w mojej ocenie wyglądało, ale nie znałam jeszcze dokładnych dziejów tego zabytku i błądziłam w mrokach jego historii.
Wnętrze obiektu zabytkowego
W tamtym momencie zdecydowałam, iż zajrzę do środka, bo drzwi zastałam otwarte na oścież. Chciałam zrobić kilka fotografii wnętrza, a dokładniej klatki schodowej – bo jak wspominałam wcześniej, nie jest to żadna atrakcja turystyczna i nie ma tam tradycyjnego zwiedzania. Jest jedynie skradanie się na własną odpowiedzialność. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie spróbowała.
Zamek Krajów. Wnętrze obiektuZastałam tam chłód i zapach starości. Grube mury, kamienne schody, łuki na sklepieniach i tajemnicze, zamurowane wejścia. Ta dawna rezydencja w Krajowie nie jest jednak pozostawiona sama sobie pod względem prawnym – cały ten kompleks historyczny znajduje się pod ścisłą ochroną konserwatorską i widnieje w Krajowym Rejestrze Zabytków. Oznacza to, iż bez oficjalnej zgody Dolnośląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków nikt nie ma prawa przeprowadzić tam żadnego remontu, przebudowy ani choćby drobnych prac zabezpieczających. Stąd prawdopodobnie tak marny widok, zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Gołym okiem widać, iż od bardzo dawna nikt tu niczego nie odnawiał.
Zamek Krajów. WnętrzeMusi być bardzo ciężko mieszkać w takim zabytkowym obiekcie, gdzie samemu nic nie można zrobić, aby polepszyć jego stan, a koszty profesjonalnego remontu, zgodnego z surowym prawem, są często po prostu nie do ogarnięcia. A więc to nie jest bajka z zamkiem na okładce – to jest prawdziwe, surowe życie w tym Krajowie.

Są tam również tajemnicze, niedostępne wejścia, otoczone ozdobnymi portalami. Wszystko jest tak bardzo zaniedbane i wyniszczone, iż aż serce boli. Taki zabytkowy budynek to prawdziwy skarb na dolnośląskiej ziemi. Powinno mu się poświęcić uwagę i wyremontować go tak, aby błyszczał niczym perła w koronie. Niestety, na Dolnym Śląsku taki widok jest dość częsty. Zamek owszem, znajduje się pod ochroną, ale kasy na jego restaurację po prostu nie ma.

Dzierżykraj. Pierwszy pan na Krajowie
Kiedy podczas poszukiwań informacji na temat tego zamku „obudziłam” owego rycerza z jego historycznego snu, okazało się, iż jego postać dosłownie mnie opętała. Nie mogłam przestać o nim myśleć – a w takich okolicznościach jestem w stanie ustalić naprawdę sporo. Na jego ślad natknęłam się podczas przeglądania książki Marka Cetwińskiego „Rycerstwo śląskie do końca XIII w. Biogramy i rodowody”. To znakomite i niezwykle wiarygodne źródło wiedzy, z którego korzystam, kiedy tylko jest to możliwe.
Napisano tam, iż Konrad (brat Mojka i Stoigniewa, a syn Dzierżykraja) razem z Mojkiem wymienił odziedziczony po ojcu Słup oraz państw na należące do klasztoru lubiąskiego Bogunów i Zwróconą. Dowodem na to, iż był to syn Dzierżykraja, jest fragment dokumentu Henryka Brodatego z 1202 roku: „Item Dirsicrai circuitum, quem filii eiusdem Dirsicrai sub patris mei et multorum eius nobilium testimonio Lubensibus pro duabus villis Bogunovo et Wzurocona bona voluntate commutationem” (co oznacza: „Również okręg ziemski Dirsicraia, który synowie tegoż Dirsicraia, za świadectwem mojego ojca oraz wielu jego szlachetnie urodzonych, z własnej woli oddali na wymianę lubiążanom za dwie wsie: Bogunovo i Wzurocona”).
Dzierżokrajowice. Krótka historia rodu
Wszystko zaczyna się w XII wieku od starego rycerza Dzierżykraja, który posiadał rodzinny majątek na Dolnym Śląsku – wsie Słup i państw (okręg Dirsicrai). Badacz historii Władysław Semkowicz uważał, iż rodzina ta należała do znanego polskiego rodu herbowego Oksza, którego symbolem w herbie był topór. Dzierżykraj miał trzech synów: Konrada, Mojka i Stoigniewa. Ich drogi potoczyły się różnie. Konrad i Mojko trzymali się razem na Dolnym Śląsku – to oni wspólnie rządzili rodzinnym majątkiem i to oni dokonali z mnichami z Lubiąża słynnej wymiany, oddając Słup i państw w zamian za wsie Bogunów i Zwróconą. Trzeci brat, Stoigniew, wyjechał za karierą do Wielkopolski. Świadczy o tym dokument z 1177 roku, w którym wielkopolski książę Mieszko Stary pisze o Konradzie i Mojku jako o „braciach Stoigniewa”. Z czasem w historii rodziny pojawia się postać syna Konrada, czyli Stoigniewa Konradowica. To z jego powodu rodzi się wielka awantura o spadek! W książce Cetwińskiego pada bardzo ważne zdanie, iż syn Konrada „wydziedziczył swych wielkopolskich krewnych” (czyli potomków swojego stryja, który wyjechał do Wielkopolski). Z dokumentów wynika również, iż Stoigniew Konradowic po latach odziedziczył w całości Bogunów i Zwróconą. Na tej podstawie Cetwiński wywnioskował prosty fakt: „Widać Mojko zmarł bezpotomnie”. Gdyby bowiem Mojko miał własne dzieci, dostałyby one swoją część wynegocjowanego od mnichów majątku. Skoro całość poszła do bratanka, Mojko musiał umrzeć, nie zostawiając potomstwa.
W średniowieczu rodzina ta nie używała dzisiejszego nazwiska. Dopiero współczesny badacz, Marek Cetwiński, stworzył w swojej książce określenie „Dzierżykrajowice”, pisząc wprost: „Dzierżykrajowice, to nazwa sztuczna, urobiona przeze mnie…”. Profesor stworzył ten termin tylko po to, aby jakoś nazwać i opisać synów oraz wnuków starego rycerza Dzierżykraja.
Zamek w Krajowie . Jedno z tych tajemniczych przejść. Synowie Dzierżykraja
Tym sposobem, wertując dokumenty śląskie i wartościowe publikacje historyczne, wpadłam na trop pierwszego właściciela dóbr w Krajowie i dowiedziałam się o nim naprawdę sporo. Nie ustaliłam wprawdzie, kim była jego żona i czy oprócz trzech synów miał również córki, ale patrząc na to przez pryzmat setek lat, jakie upłynęły od tamtych wydarzeń, to i tak mam niezły wynik.
W podobnych okolicznościach zawsze zastanawiam się, jakiej narodowości był rycerz, którego udało mi się namierzyć w dziejach. W tym przypadku jego imię zdradza bardzo wiele, ponieważ jest rdzenie słowiańskie. Czy jednak Dzierżykraj, którego dwuczłonowe imię oznacza po prostu „Dzierżącego Kraj” (czyli władającego ziemią lub majątkiem), był Polakiem? W dzisiejszym rozumieniu etniczno-językowym – tak. Należał on bowiem do tej samej społeczności słowiańskiej, która mówiła dialektem lechickim, czyli tym, z którego z czasem wykształcił się język polski oraz dialekty śląskie. Na pewno nie był ani Niemcem, ani Czechem. Był miejscowym Słowianinem mieszkającym na ziemiach piastowskich. Jednak w XII stuleciu ludzie nie myśleli jeszcze kategoriami nowoczesnego narodu. Sam Dzierżykraj najpewniej uważał się po prostu za rycerza księcia śląskiego. Świadomość narodowa w dzisiejszym znaczeniu dopiero się kształtowała i była wówczas znacznie silniejsza wśród elit centralnych (w Wielkopolsce czy Małopolsce) niż na ówczesnych peryferiach. Z całą pewnością płynęła w nim jednak krew słowiańska – nosił słowiańskie imię i takie same nadał swoim synom.
Mojko, Stoigniew, Konrad
Mojko brzmi dziś nieco egzotycznie, ale w XII i XIII wieku było to zupełnie normalne imię męskie. Jest to najprawdopodobniej skrócona, zdrobniała forma od pełnego, staropolskiego imienia Mojmir lub Mojsław. Sam człon „Moj-” pochodzi od zaimka „mój”, co wówczas rozumiano po prostu jako „należący do mnie”. Rodzic, nadając synowi takie imię, chciał prawdopodobnie wierzyć, iż dziecko będzie mu bliskie przez całe życie.
Natomiast Stoigniew to – podobnie jak w przypadku Dzierżykraja – klasyczne staropolskie imię dwuczłonowe. Składa się z dwóch wyrazów: „stój” oraz „gniew”. Można je interpretować jako „ten, którego gniew nie ustaje” lub „nieustępliwy w gniewie”. W średniowieczu cieszyło się ono sporą popularnością i zaliczało do imion z grupy „gniewnych” – obok takich jak Zbigniew, Mścigniew czy Rościgniew. Miały one wyrażać nieustępliwość, siłę charakteru oraz stałą gotowość do walki. jeżeli zaś chodzi o Konrada, to w tym zestawie jest ono jedynym zapożyczeniem. To imię pochodzenia germańskiego, które jednak w tamtych czasach zdążyło już mocno zadomowić się na ziemiach polskich.
Krajów. Teren dawnego folwarku przy zamku.
Dlaczego synowie Dzierżykraja zamienili się z cystersami?
Było to dla mnie dość dziwne, ponieważ sądzę, iż wieś państw otrzymała swoją nazwę właśnie od imienia Dzierżykraja. Co za tym idzie, była to najpewniej jego siedziba rodowa, w której wychowali się jego synowie. A jednak wszyscy oni bez większych sentymentów postanowili zamienić państw oraz niedaleki Słup na Bogunów i Zwróconą – miejscowości, które znajdowały się bardzo daleko od ich rodzinnych stron, a na dodatek w sporej odległości od siebie. Bogunów położony jest bowiem niedaleko Wrocławia, w dzisiejszej gminie Żórawina, natomiast Zwrócona leży tuż obok Ząbkowic Śląskich. Między tymi dwoma majątkami jest w linii prostej około 60 kilometrów. Żeby zrozumieć, dlaczego bracia zdecydowali się na tak rozrzucony biznes, należy pojąć, w jaki sposób działali wówczas mnisi.
Decyzja synów Dzierżykraja o zamianie rodowych włości wynikała ze średniowiecznej strategii gospodarczej i politycznej, opartej na komasacji, czyli scalaniu dóbr klasztoru cystersów z Lubiąża. Zakonnikom zależało na tym, aby ich majątki leżały jak najbliżej siebie. Nie wystarczyło jednak po prostu wymienić się aktami własności i podpisać wewnętrznej umowy. Florentyn, ówczesny opat z Lubiąża, który niezwykle zabiegał o przejęcie Krajowa i Słupa, potrzebował potężnego zabezpieczenia prawnego. Stąd na dokumencie z 1177 roku znalazły się podpisy śląskich książąt – Mieszka Plątonogiego i Bolesława Wysokiego, a także Kazimierza Sprawiedliwego oraz Leszka Białego. Poza nimi swoje pieczęcie przyłożyli arcybiskupi, biskupi oraz najpotężniejsi możni i rycerze tamtych czasów: Stoinir, Jawor, Ludomir i Sira. Taka śmietanka świadków nie była przypadkowa. Osady państw i Słup leżały bowiem po obu stronach Winnicy, w której cystersi również planowali wielkie inwestycje. Stały się one faktem w 1202 roku, kiedy to książę Henryk Brodaty nadał mnichom szerokie przywileje, co pozwoliło im na stworzenie tam prężnej grangii, czyli wielkiego folwarku klasztornego. To podręcznikowy wręcz przykład na to, w jaki sposób zakony kumulowały swój majątek.
Pozostaje jednak najważniejsze pytanie: dlaczego rycerze w ogóle dali się wciągnąć w tę wymianę i porzucili gniazdo rodowe? Wyjaśnienie może być znacznie prostsze, niż się wydaje. Najpewniej ich tutejsze wsie były wówczas mało dochodowe i pozbawione większych perspektyw rozwoju, podczas gdy oferta zakonu okazała się niezwykle kusząca. Cystersi słynęli z doskonałego zmysłu ekonomicznego i potrafili podnieść wartość każdej ziemi. Oddali więc rycerzom dwie dobrze utrzymane, przynoszące zysk wsie w zamian za ich skromne, przypominające przysłowiowe „kozie wólki” posiadłości. Nic dziwnego, iż bracia chętnie przystali na tę propozycję i nie przeszkadzała im choćby ogromna odległość między nowymi majątkami. Takie buty!
Zamek państw Ale co z tym zamkiem?
Po całym tym śledztwie dotyczącym Dzierżykraja i jego synów moglibyście pomyśleć, iż to właśnie oni mieszkali w opisywanym zamku. Niestety, nic bardziej mylnego. Obecną budowlę wzniesiono dopiero w pierwszej połowie XVII wieku, a więc stulecia później. Dwór został zbudowany przez rodzinę von Schweinitz, która osiadła w Krajowie w 1546 roku i gospodarowała tu przez kolejne pokolenia. Oczywiste jest, iż zanim powstała ich wygodna i nowoczesna – jak na tamte czasy – rezydencja, szlachcice musieli gdzieś mieszkać. Być może na początku zaadaptowali skromny dworek, który, podobnie jak wcześniejszą siedzibę Dzierżykrajowiców, otaczała fosa. Miejsce to zmieniało się jednak wraz z kolejnymi właścicielami. Wiedzieć trzeba, iż już w 1230 roku cystersi zdecydowali się sprzedać dobra w Krajowie, a kupującym był sam książę Henryk Pobożny, który jedenaście lat później zginął w słynnej bitwie z Mongołami pod Legnicą. Obsadził on tam prawdopodobnie swoich wasali, którzy wybudowali motte i postawili na kopcu obronną wieżę mieszkalną. Wiele wieków później von Schweinitzowie ostatecznie zasypali fosę i rozplantowali ten kopiec, aby w miejscu dawnego, średniowiecznego fortu wznieść reprezentacyjny pałac. Zrezygnowano z surowych fortyfikacji na rzecz rozległego parku, w którym można było spacerować i relaksować się. Można więc powiedzieć, iż postawili oni swój nowoczesny dom „na głowach” dawnych piastowskich rycerzy.
Byłam tam osobiście i na własne oczy widziałam, iż budowla w Krajowie stoi na płaskim terenie i nie nosi najmniejszych śladów dawnych obwarowań. Wynika to z faktu, iż w czasach nowożytnych funkcja rezydencji diametralnie się zmieniła. Średniowieczne sposoby na odpieranie ataków wroga stały się bezużyteczne w starciu z nowoczesną bronią palną, dlatego dawne zamki obronne zaczęły masowo ustępować miejsca luksusowym, otwartym pałacom. To dlatego właśnie Zamek w Krajowie zastałam takim całkowicie bezbronnym. Nosi on wprawdzie w swoim kształcie wspomnienie dawnej warowni, ale to jedynie złudzenie.
Tajemnicze epitafium i krypta
Teraz, kiedy namierzyłam już największe niewiadome w historii tego zamku, mogłoby się wydawać, iż to koniec naszej przygody. Nic z tych rzeczy! Najlepsze było dopiero przed nami. Gdy uwieczniłam już tę zacną bryłę na fotografiach i na ile to możliwe, zajrzałam do jej wnętrza, wraz z resztą ekipy przemieściłam się na tyły obiektu. Chciałyśmy sprawdzić, jak wygląda drugie wyjście. To, co tam zastałyśmy, wprawiło nas w osłupienie.
Naszym oczom ukazała się wmurowana w zewnętrzną ścianę zabytku stara, kamienna płyta nagrobna z epitafium. Obie z Ines byłyśmy w lekkim szoku, bo nigdy wcześniej nie widziałyśmy takiego rozwiązania w budynku mieszkalnym. Idąc tropem logicznego rozumowania, natychmiast wysnułyśmy wniosek: skoro na ścianie widnieje płyta grobowa, to pod zamkiem musi znajdować się krypta! Ta hipoteza momentalnie rozgrzała naszą wyobraźnię do czerwoności. Tym bardziej iż wewnątrz zamczyska dostrzegłam wcześniej tajemnicze, zamurowane wejście… Kto wie, może prowadziło ono właśnie do podziemnych krypt dawnych panów na Krajowie?
Tyły zamku w Krajowie Wmurowane w elewację pałacu w Krajowie epitafium to bez wątpienia wyjątkowy zabytek sztuki nagrobnej. Nie miałyśmy wątpliwości, iż to najprawdopodobniej płyta nagrobna dawnego właściciela majątku. Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy jej nietypowa lokalizacja nie jest bezpośrednią wskazówką – być może ta kamienna tablica została umieszczona na zewnętrznym murze właśnie dlatego, iż tuż obok, bezpośrednio pod ziemią, kryje się rodowa krypta grzebalna?
Przecież wiele nowożytnych rezydencji na Dolnym Śląsku, wznoszonych na fundamentach starszych wież obronnych, posiadało niezwykle rozbudowane systemy piwnic. Służyły one nie tylko jako spiżarnie czy lochy, ale czasem także jako prywatne, rodowe miejsca pochówku, bezpieczne przed plądrowaniem. Z kolei blokowanie starych zejść do tych podziemi było powszechną praktyką w XIX i XX wieku, gdy opuszczone dolne kondygnacje groziły zawaleniem lub utrudniały ogrzanie budynku. Nasza teoria o ukrytej podziemnej, rodowej krypcie pod podłogą wewnątrz tego obiektu idealnie spinała się z obecnością nagrobka na zewnętrznym murze.
Epitafium wmurowane w ścianę zewnętrzną zamku w Krajowie Zaczęłyśmy drążyć temat!
Bardzo chciałam dowiedzieć się, komu poświęcono ten zabytkowy kamień. Ines również była tego ciekawa, więc obie wręcz płonęłyśmy z niecierpliwości. Kiedy w końcu udało nam się to ustalić, na naszej drodze pojawiła się kolejna niesamowita historia związana z tym dworem. Posłuchajcie…
Płyta ta upamiętnia panią Suzannę von Czettritz (1579–1670), żonę Georga von Schweinitz – dawnego pana na Krajowie – oraz ich córkę Annę Marię (1600–1668), po mężu von Gersdorff. To dokładnie ta sama rodzina, która od XVI wieku aż do 1945 roku gospodarowała w tym miejscu. Co ciekawe, to właśnie potomek Suzanny, Georg Hermann von Schweinitz – znany oficer biorący udział w wojnie trzydziestoletniej – rozbudował zamek w Krajowie i kazał umieścić informację o tym na portalu przy głównym wejściu, który podziwiałyśmy wcześniej.
Zamek Krajów. Wejście główneTo rodowe epitafium, ozdobione herblami, powstało najprawdopodobniej krótko po śmierci nestorki rodu, jako wieczna pamiątka dla potomnych. Wciąż jednak dręczyło nas jedno pytanie: czy ta płyta znajdowała się w tej ścianie od samego początku? Czy może raczej w pewnym momencie dziejowym została tu przeniesiona z rodowej kaplicy grzebalnej, która mogła niegdyś istnieć przy folwarku?
Epitafium wmurowane w ścianę zewnętrzną zamku w Krajowie Choć wizja krypt w podziemiach zamku była niezwykle kusząca, to po głębszym przeanalizowaniu sprawy doszłam do wniosku, iż jest ona mało prawdopodobna. Dlaczego? Oczywiście w ramach dworu mogła funkcjonować mała, prywatna kaplica, jednak szanse na to, iż pod ziemią urządzono pełnowymiarowe krypty grzebalne, są niewielkie. Rezydencja w Krajowie to w gruncie rzeczy skromny dwór, a nie potężny zamek magnacki. W tamtych czasach mniejsza szlachta znacznie chętniej i częściej chowała swoich zmarłych w najbliższych kościołach parafialnych – w tym przypadku w pobliskich Krotoszycach. Jedno epitafium w murze zewnętrznym to zdecydowanie zbyt mało, by mówić o ukrytym podziemnym cmentarzu. Najbardziej prawdopodobny scenariusz pozostaje więc prozaiczny. Suzanna i jej córka Anna Maria najpewniej spoczęły w dawnej kaplicy przypałacowej, która po II wojnie światowej została po prostu obrócona w perzynę, albo we wspomnianym kościele w Krotoszycach. Skłaniam się ku tej drugiej opcji, ponieważ udało mi się ustalić, iż pochowano tam inną kobietę z tej rodziny – panią Evę von Schweinitz (zm. 1683), z domu von Polsnitz. To dobitnie potwierdza, iż tamtejsza świątynia służyła jako rodowa nekropolia właścicieli Krajowa, choć bezpośrednich wzmianek o pochówku samej Suzanny i Anny Marii w dostępnych źródłach nie udało mi się odnaleźć.
Epitafium wmurowane w ścianę zewnętrzną zamku w Krajowie Szczególny przypadek pani Suzanny
Jaśniepani żyła bardzo długo, bo aż 91 lat, i przeżyła o dwa lata swoją córkę. W XVII wieku, kiedy średnia długość życia była znacznie krótsza, a śmiertelność wśród kobiet w wieku rozrodczym i późniejszym niezwykle wysoka, matka dożywająca tak sędziwego wieku to coś wyjątkowego. Dla ówczesnych ludzi długowieczność Suzanny musiała być postrzegana niemal jako znak szczególnej łaski Bożej. Stąd prawdopodobnie tak okazałe, podwójne epitafium. Chciano nim upamiętnić nie tylko śmierć obu dam, ale też ten niezwykły fakt, iż matka pożegnała córkę, a sama odeszła dopiero później.
Zamek Krajów. Wejście od strony folwarkuSuzanna von Czettritz wyszła za mąż mając zaledwie 18 lat. Po śmierci męża pozostawała wdową przez ponad sześć dekad, samodzielnie zarządzając majątkiem w Krajowie. Miała kilkoro dzieci: Annę Marię, Georga Hermanna oraz Hansa Christopha. Należała do pokolenia, które w pełni doświadczyło koszmaru wojny trzydziestoletniej. Z kolei jej córka, Anna Maria, po śmierci swojego męża prawdopodobnie wróciła do rodzinnego Krajowa i spędziła tam resztę swoich dni u boku matki. Obie kobiety, będąc już wówczas wdowami, mieszkały razem przez ponad 30 lat, dzieląc wspólny los w tych niespokojnych czasach. Suzanna musiała być kobietą niesamowicie silną psychicznie i niezwykle wytrzymałą. Nie była to bohaterka krzykliwa – raczej cicha i uparta do bólu. Widziała śmierć męża oraz własnych dzieci, przeżyła wojnę, przemarsze obcych wojsk, rujnujące kontrybucje i zarazy, a mimo to każdego ranka wstawała i twardą ręką pilnowała, żeby rodzinny majątek nie upadł. Myślę, iż była surowa, ale sprawiedliwa. Domownicy i poddani prawdopodobnie trochę się jej bali, ale jednocześnie wiedzieli, iż jej obecność gwarantuje porządek i bezpieczeństwo. Dla córki, Anny Marii, która wróciła do domu jako wdowa, matka była prawdopodobnie życiową ostoją, ale również kimś, z kim po prostu się nie dyskutuje.

W nastroju szczerej zadumy opuściłyśmy to miejsce. Rozmyślanie o pani Suzannie wpłynęło na nas tak bardzo, iż długo jechałyśmy w ciszy. Przez dłuższą chwilę towarzyszył nam tylko miarowy szum obracających się kół. W naszych głowach wciąż układały się puzzle tej niesamowitej, wielowiekowej historii. Zastanawiałam się, jak jedno małe miejsce potrafiło skupić w sobie tak skrajne ludzkie losy – od surowego, piastowskiego świata rycerza Dzierżykraja i jego synów, aż po cichą, codzienną walkę niezłomnej Suzanny von Czettritz. Choć dzieliły ich setki lat, oboje twardą ręką rządzili tą ziemią i zostawili w niej swój trwały ślad. Od tamtej pory naszym celem była Winnica, ale czułyśmy, iż w Krajowie zostawiłyśmy cząstkę własnej wyobraźni, uwięzioną gdzieś pomiędzy dawnym grodem a bezbronnym dziś zamkiem…
Źródła:
https://jbc.jelenia-gora.pl/Content/28191/jawor_pradzieje_sredniowiecze.pdf
https://www.polskiezabytki.pl/m/obiekt/618/Krajow




