Bogdan Krzycki mieszkał na Brzozowej od dwudziestu ośmiu lat i takiej jesieni jeszcze nie pamiętał. Deszcz padał od tygodnia, nie przerywając choćby na godzinę, a wiatr wciskał się w szpary okienne tak, iż firanka w kuchni poruszała się jak żywa. Żona odeszła w kwietniu — po cichu, we śnie, bez żadnego ostrzeżenia. Rano Bogdan sięgnął po jej rękę i zrozumiał, iż jest zimna.
Miał sześćdziesiąt sześć lat. Mieszkanie na drugim piętrze bloku przy Brzozowej, emeryturę, która wystarczała na chleb, twaróg i lekarstwa na serce — i ciszę, która czasem dzwoniła w uszach głośniej niż jakikolwiek hałas.
Syn Marek mieszkał w Bremie. Dzwonił co niedzielę, zawsze o tej samej godzinie, i pytał krótko: tato, bierzesz tabletki, jadłeś coś ciepłego. Bogdan odpowiadał, iż wszystko dobrze. Nie chciał obciążać syna prawdą — co Marek mógłby zrobić z takiej odległości? Rzucić pracę w firmie transportowej, wrócić do Polski, zostawić żonę i dzieci? Tam toczyło się jego życie. Tu, na Brzozowej, zostało tylko czekanie.
Pierwszej listopadowej noc, gdy deszcz walił w rynny, Bogdan usłyszał dźwięk z klatki schodowej. Nie od swoich drzwi — od tych naprzeciwko, gdzie kiedyś mieszkała pani Wanda Sobczak.
Skrobanie. Uparte, powtarzające się w tym samym rytmie, jakby ktoś liczył do trzech i zaczynał od nowa.
— Myszy — mruknął Bogdan, wciskając głowę w poduszkę. Ale mysz nie skrobie tak równo. Mysz ucieka, wraca, gubi rytm. To skrobanie było metodyczne jak stary zegar na kredensie.
Wytrzymał kwadrans, potem wstał, wsunął stopy w kapcie i przyłożył ucho do drzwi wejściowych. Dźwięk dochodził dokładnie z korytarza, od drzwi mieszkania numer dwanaście. Tego, które stało zamknięte od lipca.
Pani Wandę zabrali synowie w jeden dzień. Przyjechali srebrnym kombi, wnieśli kartony, po godzinie wsadzili samą staruszkę na tylne siedzenie. Ona wyglądała przy tym drobna i zagubiona, kręciła w rękach chusteczkę i patrzyła na okna, jakby zostawiła tam coś, czego nie dało się spakować.
— Bogdanku — zawołała przez szybę — nakarm rudego. Przychodzi co wieczór pod drzwi. Gotowałam mu rybę.
Bogdan obiecał, choć żadnego rudego kota u niej nigdy nie widział. Od tamtej pory mieszkanie stało zamknięte — dzieci pani Wandy nie sprzedawały go i nie wynajmowały, jakby czekały na dogodniejszy moment, żeby zająć się papierami. Bogdan nikogo nie osądzał. Tylko czasem, mijając te drzwi z workiem na śmieci, myślał, iż mieszkanie bez człowieka przestaje być domem. Zostaje cegła, tynk i pustka.
Tamtej nocy dźwięk nie ustawał do czwartej rano. Bogdan wrócił na tapczan, nie zasnął, tylko leżał i czuł, jak to skrobanie wwierca się gdzieś pod żebra, w miejsce, które po śmierci żony wciąż nie chciało się zasklepić.
Rano, wynosząc śmieci, przystanął przed drzwiami numer dwanaście. U samego dołu, na wytartej wykładzinie, zobaczył świeże, jasne zadry. Nie przyśniło mu się.
Drugiej noc powtórzyło się to samo, tylko teraz Bogdan już nie spał — czekał. Około północy dźwięk wrócił. Wstał, narzucił na ramiona stary szlafrok żony — jego własny dawno się przetarł, a ten wciąż pachniał proszkiem, którego ona używała. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz.
Pod żarówką, jeszcze z lata obsypaną martwymi muchami, siedział kot. Zwrócony pyskiem do drzwi, prawą łapą metodycznie drążył wykładzinę. Skrob-skrob-skrob. Pauza. Znowu skrob-skrob-skrob.
Rudy, ale tak wychudzony, iż przez grzbiet przebijał kręgosłup, boki zapadły, a ogon, który u rudych kotów zwykle jest puszysty, zwisał jak brudny sznurek. Sierść w kłakach, pełna rzepów.
— Hej, rudy — powiedział Bogdan.
Kot przerwał, obrócił głowę. Żółte oczy na wychudzonej mordce zmierzyły go uważnie.
— Nie ma jej tu. Pani Wanda wyjechała. Rozumiesz? Wyjechała. Nikogo tam nie ma.
Kot patrzył jedną, drugą, trzecią sekundę. Potem odwrócił się i znowu zaczął skrobać.
Bogdanowi ścisnęło gardło, chrząknął, przestąpił z nogi na nogę.
— Ale czego ty… głuptasie. Tam pusto. Rozumiesz ty to czy nie?
Kot nie rozumiał. A może właśnie rozumiał wszystko aż nadto dobrze, tylko nie chciał przyjąć tego do wiadomości. W jego świecie za tymi drzwiami wciąż mieszkała staruszka, która co wieczór gotowała mu rybę, nalewała mleko do miseczki i przejeżdżała spękaną dłonią po grzbiecie, mówiąc: jedz, rudzielcu, tak schudłeś.
Trzeciej noc Bogdan już nie leżał w łóżku. Usiadł na taborecie w kuchni z herbatą, która wystygła po dziesięciu minutach, i czekał na ten dźwięk jak na coś, co powinno się wydarzyć.
Skrobanie zaczęło się o wpół do dwunastej. Tym razem Bogdan nie poszedł do swoich drzwi. Wziął z lodówki kawałek gotowanego kurczaka, który zostawił sobie na obiad, zawinął w papier i wyszedł na korytarz w samych kapciach.
Kot nie odskoczył. Podniósł tylko głowę, jakby po trzech nocach uznał Bogdana za część tej klatki schodowej.
— No dobra — powiedział Bogdan, kucając z trudem, bo kolana od lat protestowały. — Ona nie wróci. Ale ja tu jestem.
Położył kawałek mięsa na wykładzinie. Kot obwąchał, zjadł w trzy sekundy i spojrzał na drzwi numer dwanaście, jakby wciąż na coś czekał.
Bogdan zabrał go do siebie tej samej noc — nie od razu do łóżka, najpierw do przedpokoju, na starą kurtkę rozłożoną na podłodze. Kot nie protestował. Zjadł jeszcze trochę sera, wypił wodę i zwinął się w kłębek, nie odchodząc daleko od drzwi wyjściowych, jakby wciąż sprawdzał, czy nie trzeba wracać na posterunek.
Przez kolejny tydzień Bogdan zawiózł go do weterynarza na Kwiatowej — pchły, odrobaczenie, kroplówka, bo kot był odwodniony. Kosztowało to dwieście dziewięćdziesiąt złotych, których Bogdan nie miał zaplanowanych w budżecie, ale zapłacił bez wahania, odkładając zakup nowych butów na zimę.
W grudniu zadzwonił do synów pani Wandy — numer znalazł w starej książce adresowej sąsiadów, którą trzymał jeszcze po żonie. Odebrała synowa, powiedziała, iż pani Wanda ma się słabo, nie wychodzi z łóżka, ale pyta czasem o mieszkanie. Bogdan poprosił, żeby przekazali: rudy kot jest żywy, mieszka teraz u niego, na Brzozowej, nazwał go Rudy, jak wszyscy koty, którym nikt nie wymyślił lepszego imienia.
Pod koniec stycznia przyszedł list — pisany drżącą ręką, ale wyraźnie, litera po literze. Pani Wanda pisała, iż płakała, czytając wiadomość od synowej, i iż prosi Bogdana o zdjęcie kota, jeżeli to możliwe. Bogdan poszedł do sąsiadki z piętra wyżej, która miała telefon z aparatem, zrobili zdjęcie Rudego siedzącego na oknie w zimowym słońcu, i Bogdan wysłał je razem z odpowiedzią, w której napisał tylko jedno zdanie: on czekał na Panią, teraz czeka razem ze mną.
Mieszkanie numer dwanaście stoi zamknięte do dziś. Ale drzwi naprzeciwko, u Bogdana, teraz zawsze pachną rybą po piątkach — bo tak przyzwyczaił go Rudy, a Bogdan, ku własnemu zdziwieniu, zaczął znowu gotować dla kogoś innego niż tylko dla siebie.












