Kot śpiący z żoną, wypychający mnie z łóżka i patrzący na mnie z wyższością, dostający najlepsze kąs…

polregion.pl 3 godzin temu

Kot spał z moją żoną. Przylegał do niej plecami, a mnie odpychał wszystkimi czterema łapami. A rano patrzył na mnie bezczelnie i z politowaniem. Wściekałem się, ale nie mogłem na to nic poradzić. Ulubieniec, proszę bardzo. Skarbek i oczko w głowie. Żona śmiała się, ale mnie wcale nie było do śmiechu.

Dla owego „skarbeczka” smażyła się specjalnie rybka żona wyjmowała z niej wszystkie ości, a chrupiąca, pachnąca skórka była układana w zgrabną kupkę obok soczystych, jeszcze gorących kawałków na kocim talerzyku. Kot rzucał mi przymrużone spojrzenie z ledwie widocznym uśmiechem, co w jego mniemaniu oznaczało zapewne:

Ty to jesteś pechowiec, a kto tu naprawdę rządzi, to już chyba wiesz.

Mnie trafiały się od ryby te kawałki, które nie przeszły kociej selekcji. Krótko mówiąc, robił ze mną, co chciał. A ja próbowałem się odgryźć to go delikatnie odsunąłem od talerza, to zrzuciłem z kanapy. Wojna na całego.

Czasem w moich kapciach czy butach lądowały miny z opóźnionym zapłonem. Żona natomiast tylko śmiała się i mówiła:

A czemu go drażnisz? po czym czule głaskała swojego słoneczka. Kot patrzył na mnie z góry, jakby był lepszy ode mnie. Westchnąłem. Co mogłem zrobić? Żona była tylko jedna i rozmowa była zbędna. Pozostawało znosić. Ale tego ranka

Tego poranka, gdy szykowałem się do pracy, usłyszałem nagle z przedpokoju rozpaczliwy krzyk Eweliny. Pobiegłem tam i zobaczyłem scenę jak z horroru. Sześć kilo rozczochranej sierści, pazurów i złego nastroju rzucało się na żonę jak byk na czerwoną płachtę.

Gdy tylko mnie zobaczył, rzucił się mi na pierś i popchnął tak, iż wyleciałem z przedpokoju i runąłem na podłogę. Poderwałem się, chwyciłem stołek jak tarczę, złapałem Ewelinę i zaciągnąłem do sypialni. Kot, wskakując, uderzył się w nogę krzesła i wydał z siebie przeraźliwy wrzask.

To jednak go nie zatrzymało. przez cały czas nas atakował, aż nie zamknęliśmy drzwi od sypialni. Słuchaliśmy szelestów za drzwiami, a potem szorowaliśmy rany spirytusem i smarowaliśmy jodyną z apteczki. Żona, stojąc w sypialni, dzwoniła do pracy i tłumaczyła, iż nasz kot zwariował i podrapał nas do krwi, przez co musimy zamiast do pracy jechać do przychodni. Po niej zadzwoniłem ja i powtórzyłem przełożonemu dokładnie to samo. I wtedy

Właśnie wtedy ziemia się zatrzęsła, blok zadrżał, zakolebał się cały dom. W kuchni popękały i wyleciały szyby, w łazience pękła szyba zewnętrzna. Wypadł mi telefon z ręki. Zapadła ogłuszająca cisza. Zapominając o kocie, wybiegliśmy z sypialni, wpadliśmy do kuchni i spojrzeliśmy przez okno.

Przed blokiem zieiła ogromna dziura. Wokół leżały kawałki samochodu. Okazało się, iż to mały dostawczak sąsiada na gaz, załadowany butlami, najwidoczniej eksplodował. Na parkingu leżały porozrzucane samochody, wywrócone na dach, kręciły bezradnie kołami jak żółwie. Z oddali dobiegały syreny policji i karetki.

Zamroczeni, w kompletnym osłupieniu, spojrzeliśmy na kota.

Siedział w rogu, tuląc do siebie złamaną prawą przednią łapę i cicho miauczał, niemal płakał.

Ewelina pisnęła, rzuciła się do niego, wzięła go na ręce i przytuliła do piersi. Ja złapałem kluczyki do samochodu i ruszyliśmy w dół, omijając windę, pokonując siedem pięter na złamanie karku.

Wybaczcie mi wszyscy, którzy ucierpieli w tym wybuchu, ale wtedy liczył się dla nas tylko nasz własny ranny kot.

Na szczęście nasze auto stało za blokiem. Wskoczyliśmy do środka i pojechaliśmy do znajomej weterynarz, pani doktor Nowackiej. W sercu miałem gorycz i poczucie winy, a z radia jak na złość sączył się motyw Mieczysława Kosza Dwoje w kawiarni.

Po godzinie żona wyszła od doktora, tuląc swoje kocie szczęście z zabandażowaną łapą. Kocur prezentował wszystkim w poczekalni swoją kontuzję. Gdy dowiedzieli się, co się stało, ludzie zaczęli głaskać naszego kota.

Po powrocie do domu żona zabrała się za przygotowywanie ulubionej rybki dla kota. Upiekła ją, usunęła ości, smakowitą, chrupiącą skórkę ułożyła w ładny stosik. Mi zostawiła resztki.

Kot, kulejąc, podszedł do swojej miseczki, spojrzał na mnie z bólem chciał chyba zrobić swoją zwykłą, kpiącą minę, ale wyszła mu tylko grymas cierpienia.

Byłem bardzo zajęty, musiałem się pośpieszyć. Kiedy skończyłem, podszedłem do jego miski i dołożyłem swoją porcję ryby, już oczyszczoną z ości.

Kot patrzył na mnie zdziwiony. Przytulił sztywną łapkę do piersi i miauknął cichutko, jakby pytająco.

Podniosłem go i przytuliłem do twarzy, mówiąc:

Może i jestem pechowcem, ale mając taką żonę i takiego kota, to jestem najszczęśliwszym pechowcem na świecie. Ucałowałem go w pyszczek.

Kot cicho zamruczał i swoją dużą główką stuknął mnie w policzek. Odstawiłem go ostrożnie na podłogę i, choć z grymasem bólu, zaczął jeść swoją rybkę. My z Eweliną patrzyliśmy na niego i się uśmiechaliśmy, trzymając się za ręce.

Od tamtej pory kot śpi już tylko ze mną. Wpatruje się w moją twarz i ja modlę się codziennie tylko o jedno.

Żebym jak najdłużej mógł widzieć oboje jego i żonę przy sobie.

Bo naprawdę nic więcej mi do szczęścia nie trzeba.

Słowo honoru.

To właśnie nazywa się prawdziwym szczęściem.

Idź do oryginalnego materiału