Ryszard nie spał trzecią noc z rzędu, a wszystko przez to drapanie za ścianą. Miał sześćdziesiąt jeden lat, mieszkanie na parterze w bloku przy Kwiatowej w Radomiu i ciszę, która od kwietnia stała się jego jedynym współlokatorem. Danuta odeszła cicho, we śnie, bez pożegnania — rano po prostu nie wstała z łóżka. Sąsiedzi mówili, iż to dobra śmierć. Ryszard nie potrafił znaleźć w tym niczego dobrego.
Córka Ewa dzwoniła co niedzielę z Wrocławia, gdzie prowadziła z mężem małą firmę transportową.
— Tato, jadłeś coś? Leki bierzesz?
— Biorę, jem, wszystko dobrze — odpowiadał, choć od trzech dni jadł głównie chleb z margaryną i popijał to herbatą bez cukru, bo cukier się skończył, a na zakupy nie chciało mu się iść.
Za oknem trwał listopad — ten najgorszy, bury, kiedy liście już opadły, śniegu jeszcze nie ma, a telewizor w każdej przerwie reklamowej straszy podwyżką cen gazu. Ryszard leżał na wersalce, wpatrywał się w plamę wilgoci na suficie, która z roku na rok przypominała mu coraz bardziej mapę Polski, i nagle usłyszał ten dźwięk.
Skrobanie. Niespieszne, uparte, dochodzące zza klatki schodowej, od drzwi numer siedem — mieszkania naprzeciwko.
Tam do lipca mieszkała pani Halina, staruszka po osiemdziesiątce, zawsze w fartuchu w kwiatki, zawsze z cukierkami landrynkami w kieszeni. Synowa przyjechała po nią białym transporterem, w jeden dzień spakowała kartony, a samą Halinę posadziła z tyłu, otuloną kocem. Staruszka wyglądała jak zgubiony worek — mała, wystraszona, cały czas oglądała się na okna swojego mieszkania.
— Panie Ryszardzie — zawołała wtedy przez uchyloną szybę — niech pan dokarmi rudzielca. On do mnie co wieczór przychodzi. Rybkę mu gotowałam…
Obiecał, choć żadnego kota wcześniej nie widział.
Od tamtej pory mieszkanie stało zamknięte. Dzieci Haliny nie kwapiły się ani wynająć, ani sprzedać — może czekały na jakiś spadkowy termin u notariusza, może po prostu nie miały czasu. Ryszard nie osądzał. Tylko czasem, mijając te drzwi z workiem śmieci, myślał, iż mieszkanie bez ludzi przestaje być domem. Zostają tylko cegły i pustka za wizjerem.
Tej pierwszej nocy machnął ręką, wymamrotał coś o myszach i wrócił pod kołdrę. Ale sen nie przychodził. Skrobanie wwiercało się w niego dziwnie — jakby ktoś drapał nie po dermatynowej wyściółce sąsiednich drzwi, tylko po miejscu w środku niego, tym, które po Danucie nie zdążyło się jeszcze zabliźnić. Ucichło dopiero koło czwartej.
Rano, wynosząc śmieci, przystanął przy drzwiach numer siedem. Na dole, przy progu, jasne świeże zadrapania przecinały starą wyściółkę. Nie przyśniło mu się.
Dzień minął jak zwykle — kasza na śniadanie, chleb ze sklepu na rogu, ławka pod klatką i rozmowa z Zenkiem z drugiego piętra o tym, iż zima podobno będzie sroga, a rachunki za ogrzewanie znowu w górę. Zenek trzymał w zębach niezapaloną fajkę — po zawale rzucił palenie, ale nawyk trzymania czegoś w ustach został.
— Coś ty dzisiaj taki ponury?
— A kiedy byłem wesoły?
— No, jak Danusia żyła, to częściej się uśmiechałeś.
Ryszard nic nie odpowiedział. Wstał z ławki i poszedł do domu.
Druga noc zaczęła się od tej samej ciszy, tylko teraz Ryszard już nie spał, tylko czekał — sam nie wiedział na co. Około północy dźwięk wrócił. To samo, miarowe, uparte drapanie.
Wstał, narzucił na ramiona stary szlafrok Danuty — jego własny dawno się przetarł, a ten, frotowy, ciągle jeszcze grzał i zdawało mu się, iż pachnie żoną, choć zapach już prawie wywietrzał. Podszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł na klatkę.
Pod żarówką umazaną od lata muszymi śladami zobaczył wreszcie sprawcę bezsenności. Przy drzwiach numer siedem siedział kot, zwrócony pyszczkiem do wejścia, i systematycznie, prawą łapą, skrobał dermatynę. Nie odwracał się, nie rozglądał. Drap-drap-drap. Przerwa. Znowu: drap-drap-drap.
Rudy, rzeczywiście. Tylko tak wychudzony, iż przez grzbiet przebijał kręgosłup, boki się zapadły, a ogon zwisał brudnym sopelkiem zamiast puszystej kity. Sierść skołtuniona, pełna rzepów.
Ryszard stał w progu i patrzył. Kot pracował dalej, jakby człowieka w ogóle nie było. Miał ważniejsze zajęcie — czekał, aż znajome drzwi wreszcie się otworzą, aż buchnie z nich ciepło, zapach gotowanej ryby i tych starych dłoni, które zawsze pachną mąką i jeszcze czymś, czego nazwać się nie da. Ale każdy kot ten zapach zna. To pachnie tak, jak pachnie ktoś, kto cię potrzebuje.
— Ej — powiedział cicho. — Rudzielec.
Kot znieruchomiał i obrócił łeb. Wielkie żółte oczy w wychudzonej mordce popatrzyły na Ryszarda uważnie.
— Nie ma jej tu. Wyjechała pani Halina. Rozumiesz? Wyjechała. Nikogo tam nie ma.
Kot patrzył jeszcze chwilę, potem odwrócił się i znowu zaczął drapać.
Ryszardowi ścisnęło gardło. Odchrząknął, przestąpił z nogi na nogę w kapciach, które kupowała mu jeszcze Danuta na Targowisku Manhattan trzy lata temu.
— No co ty… Głupi jesteś. Tam pusto. Rozumiesz czy nie?
Kot oczywiście nie rozumiał. A może rozumiał aż za dobrze, tylko nie chciał przyjąć do wiadomości. W jego świecie za tymi drzwiami dalej mieszkała dobra staruszka, która co wieczór gotowała mu rybę, nalewała mleko do spodka i przejeżdżała po grzbiecie chropowatą dłonią, mówiąc: jedz, jedz, rudy mój, całkiem schudłeś. Dla kota to mieszkanie było ostatnim miejscem na świecie, gdzie ktoś na niego czekał. Dlatego drapał dalej. Nie potrafił uwierzyć, iż to miejsce po prostu zniknęło — bo jeżeli zniknęło i ono, to co mu jeszcze zostało.
Ryszard cofnął się do siebie, oparł plecami o drzwi i stał tak, słuchając przez ścianę tego samego, powtarzającego się dźwięku. Drap. Drap. Drap. Wrócił na wersalkę, naciągnął kołdrę pod brodę i nie zasnął.
Trzeciej nocy nie czekał już do północy. Kiedy tylko za ścianą rozległo się pierwsze skrobnięcie, wstał, poszedł do kuchni i otworzył lodówkę. Znalazł tam kawałek mrożonego mintaja, który kupił tydzień temu na promocji w Biedronce i wciąż nie zebrał się, żeby ugotować. Wrzucił go do rondelka z wodą.
Podczas gdy ryba się gotowała, siedział przy stole i myślał o tym, iż sam też trzecią noc drapie w drzwi, których nikt mu nie otworzy. Że czeka na ten sam głos, ten sam zapach mąki, ten sam dotyk chropowatej dłoni — tylko iż jego drzwi są jeszcze bardziej zamknięte, bo za nimi nie ma choćby pustego mieszkania, jest cmentarz na Firleju i grób, który odwiedza raz w tygodniu z chryzantemami.
Ugotowaną rybę ostudził, wyłożył na spodek — ten sam, z którego jeszcze niedawno jadła Danuta swoją owsiankę — i wyszedł na klatkę. Kot na jego widok cofnął się pod drzwi numer siedem, przycupnął, gotowy do ucieczki, ale nie uciekł. Ryszard postawił spodek na wycieraczce przed swoimi drzwiami, cofnął się o dwa kroki i usiadł na stopniu schodów.
Czekał dwadzieścia minut, zanim kot podszedł. Jadł ostrożnie, cały czas zerkając na człowieka, a Ryszard siedział bez ruchu i patrzył, jak wychudzone ciało drży przy każdym kęsie.
— No i co teraz z tobą zrobić — powiedział w końcu, bardziej do siebie niż do kota.
Rano zadzwonił do administracji osiedla i zapytał, czy ma numer do dzieci pani Haliny. Dostał numer do syna, Grzegorza, mieszkającego w Kielcach. Zadzwonił.
— Panie Grzegorzu, dzień dobry, mówi sąsiad pana matki, spod siódemki. Chciałem zapytać w sprawie kota, który tu przy drzwiach przesiaduje.
W słuchawce zapadła cisza, potem westchnienie.
— Jaki kot, proszę pana? Mama nie miała kota.
— Może przygarnęła sama, bez wiedzy rodziny. Rudy, chudy, wygląda, jakby od lipca nikt go nie karmił. Codziennie drapie w wasze drzwi.
Kolejna cisza, dłuższa.
— Niech pan robi z nim, co pan uważa. My tego mieszkania i tak w grudniu sprzedajemy, agencja już ogląda. Kota nie zabieramy, u nas alergia u żony.
Rozmowa skończyła się bez pożegnania. Ryszard odłożył telefon na kuchenny stół i długo patrzył na spodek po wczorajszej rybie, leżący jeszcze na wycieraczce.
Tego samego dnia pojechał autobusem do weterynarza na Warszawskiej, kupił transporter i karmę, a po powrocie usiadł na klatce z otwartymi drzwiczkami przenośnej klatki i kawałkiem szynki w ręce. Kot nie dał się złapać od razu — trwało to trzy godziny, aż zmarzł i głód okazał się silniejszy od strachu.
W gabinecie weterynarz, młody chłopak z kolczykiem w uchu, zważył kota, obejrzał zęby, osłuchał serce.
— Ma ze trzy kilo za mało. Ale poza tym w miarę trzyma się kupy jak na to, co przeszedł. Dawał mu pan jeść przez ostatnie dni?
— Jeden raz. Rybę.
— To dobrze, iż nie od razu dużo. Inaczej mogłoby mu zaszkodzić.
Wrócili do domu razem. Kot pierwsze dwa dni spędził pod łóżkiem, wychodząc tylko do miski. Trzeciego wieczoru wyszedł sam, usiadł na progu kuchni i patrzył, jak Ryszard smaży jajecznicę. Czwartego wskoczył na wersalkę i zasnął w nogach, tam, gdzie kiedyś leżały stopy Danuty.
Ryszard nazwał go Rudy — bez fantazji, po prostu tak, jak mówiła o nim pani Halina.
W grudniu przyjechała agencja nieruchomości oglądać mieszkanie numer siedem. Ryszard stał w progu swojego mieszkania z Rudym na rękach i patrzył, jak obcy ludzie z metrówką wchodzą tam, gdzie wcześniej pachniało gotowaną rybą i mąką. Kot w jego rękach choćby nie drgnął, nie próbował się wyrwać w stronę tamtych drzwi. Patrzył tylko przez chwilę, potem wtulił pysk w rękaw Ryszardowego swetra.
Na Boże Narodzenie przyjechała Ewa z Wrocławia, zobaczyła kota śpiącego na kolanach ojca przy telewizorze i pierwszy raz od pogrzebu matki usłyszała, jak ojciec się śmieje — bo Rudy właśnie zrzucił ze stołu bombkę i teraz gonił ją po całym pokoju.
— Tato, ty naprawdę wziąłeś sobie kota.
— On mnie wziął — poprawił Ryszard, nalewając sobie herbaty, tym razem z cukrem, bo cukier kupował teraz regularnie, dwa razy w tygodniu, razem z karmą dla Rudego.
Drzwi numer siedem mają teraz nowych lokatorów, młode małżeństwo z dzieckiem. Ryszard czasem spotyka ich na klatce i mówi dzień dobry. Rudy nigdy więcej nie podszedł do tamtych drzwi. Ma teraz swoje — te, za którymi ktoś na niego czeka, gotuje mu rybę i zostawia zapaloną lampkę, kiedy Ryszard idzie spać.











