Na wrocławskim Biskupinie mieszkała pani Jolanta Wrońska, a jej pies nazywał się Skowronek. Nie, żadna pomyłka — jorczyk, ale duszą wojownik, który dwa razy dziennie obchodził swój rewir, jakby cała okolica należała do niego. I może naprawdę należała. Przynajmniej jeden pasiasty kocur z podwórka był o tym święcie przekonany.
Tego kota sąsiedzi z parteru, państwo Kowalscy, przynieśli kiedyś z kontenerów za Biedronką. Nazwali go Ojciec Chrzestny — wyglądał jak gangster z filmu, miał przymrużone jedno oko i taki wyraz pyska, iż nie wiedziało się, czy was lubi, czy rozmyśla, gdzie was zakopać. Ojciec Chrzestny nie był żadnej rasy, zwyczajny szary pasiak, ale taki, za którym ludzie odwracali się na ulicy. A najważniejsze — czekał na Jolantę. Nie na panią Kowalską, która go dokarmiała, nie na dzieciaki z siódmego piętra, które robiły mu zdjęcia. Na nią.
Wystarczyło, iż pokazała się w bramie, a Ojciec Chrzestny skądś się wynurzał — zeskakiwał z kasztanowca przy piaskownicy, wyłaził spod czyjejś Skody Octavii albo leniwie podrywał się z ławki koło śmietnika. I od razu truchtał do niej. Nie ocierał się o nogi, nie żebrał. Po prostu szedł przy boku i odprowadzał. Aż do przystanku tramwajowego, czasem do Żabki na rogu. A kiedy wracała, znów się zjawiał i prowadził ją do klatki.
— No i jak tam, Ojczulku, co w pracy? — pytała go czasem, kiedy nikogo w pobliżu nie było. Kot strzyżył uszami, chwilę milczał, a potem wyrzucał krótkie „miau" — jakby dorzucał swoją kwestię do rozmowy. Jolanta się śmiała: — Wierzę, iż ty to wszystko rozumiesz. Szkoda, iż ja ciebie nie rozumiem.
Teraz trzeba wyjaśnić, czemu trzydziestoczteroletnia kobieta prowadzi rozmowy z podwórkowym kotem, a nie z mężem.
Przez ostatnie jedenaście lat Jolanta żyła sama. To znaczy — nie całkiem sama, miała Skowronka. Ale serce miała bez pary. Podziękować za to mogła Marcinowi, koledze z liceum, który latami obiecywał, iż wezmą ślub tuż po maturze. Ona mu wierzyła. Przez te wszystkie lata choćby nie spojrzała na innego chłopaka. On zostawił ją na studniówce, sam wyjechał z kolegami na Majorkę i wysłał esemesa z lotniska.
Psa spotkała tej samej nocy. Szła po studniówce do domu, buty w ręku, rajstopy podarte, i na placu zabaw przy wejściu zobaczyła małego szczeniaka, który żuł zapomnianą łopatkę w piaskownicy. Usiadła przy nim na krawężniku i wybuchła płaczem. Pewnie dlatego, iż wyobraziła sobie, jak jemu teraz jest tak samo smutno. I tak samo nie ma do kogo pójść.
Do domu wróciła ze szczeniakiem pod pazuchą.
— Czemu tak wcześnie? — zdziwiła się mama, która czekała na córkę do rana. — Marcin cię odprowadził? Czemu nie wszedł?
— Nie, mamo, jestem sama — Jolanta otarła oczy rąbkiem sukienki i uśmiechnęła się. — I Marcina już nie będzie. Ani w tym mieszkaniu, ani w moim życiu. Będzie tutaj to… — zamyśliła się chwilę, patrząc na szczeniaka, który merdał ogonem, i powiedziała: — Skowronek.
Mama popatrzyła najpierw na córkę, potem na szczeniaka, tylko westchnęła. Kłócić się nie było sensu. Jak Jolanta coś sobie postanowiła, tak to było.
Od tamtej pory minęło jedenaście lat. Jolanta skończyła studia, zaczęła pracę w księgowości w jednej z firm budowlanych na Biskupinie. Jakiś czas mieszkała z mamą, ale ta „źle znosiła" psa, więc Jolanta wynajęła mieszkanie na Krzykach za tysiąc osiemset złotych miesięcznie. Związku z mężczyzną w tym czasie żadnego nie było. Jakoś nie wychodziło. Całą czułość dawała Skowronkowi — a ten odwdzięczał się w dwójnasób. Mama, która od dawna marzyła o wnukach, musiała się z tym zmierzyć, choć przy każdej okazji powtarzała:
— Pies to miła rzecz, córeczko. Ale żeby być naprawdę szczęśliwą, potrzebny jest też człowiek.
— Mamo, jak się pojawi porządny facet, otworzę mu drzwi na oścież. Tymczasem jednak…
— Wiem, wiem.
Ojciec Chrzestny wszedł w jej życie później, kiedy Skowronek był już całkiem starym panem. Kot mieszkał u sąsiadów z parteru, ale w domu tylko nocował — całe dnie spędzał na dworze. Daleko jednak nie zapuszczał się: pod bzem, na ławce albo na starym kasztanowcu przy placu zabaw. Głodny nie był nigdy. Wystarczyło, iż zamiauczał dwa razy, i zbiegały się do niego wszystkie babcie z okolicy z miskami i foliowymi torebkami.
— Ojczulku, chodź tutaj, mam dla ciebie kurczaczka, świeży!
— A co tam, spróbuj najpierw mojej pasztetowej, sama robiłam!
— Jaki wychudzony, biedaczek — żałowała trzecia, sięgając do torby po puszkę Whiskasa. — Chodź, dam ci rybkę.
Wychudzony Ojciec Chrzestny nie był nigdy. Raczej odwrotnie. Ale kłócić się z babciami to była strata czasu, więc kot był zaopatrzony lepiej niż niejeden domowy pupil. Od Jolanty zresztą nie miał nic. Nie dokarmiała go, do domu nie przyzywała. Po prostu rozmawiała z nim jak z człowiekiem i naprawdę starała się zrozumieć, co jej tam interesującego odpowiada.
Skowronek wobec kota zachowywał się żadnie. Ściślej — udawał, iż go nie widzi. Albo był zazdrosny, albo kotów po prostu nie trawił, ale przy pani nigdy nie pozwalał sobie na nic więcej niż to udawane niezauważanie. Nie biły się, i to było najważniejsze. „Gdyby tak się zaprzyjaźnili" — myślała Jolanta czasem, patrząc na swoją dwójkę.
A potem sąsiedzi sprzedali mieszkanie za jakieś sześćset tysięcy i przeprowadzili się do Poznania. Kota nie wzięli ze sobą. choćby nie wyszli po niego na podwórko, choć wiedzieli, iż gdzieś tam jest. Ojciec Chrzestny był naprawdę niedaleko. Siedział na kasztanowcu i przez listowie obserwował, jak pakują rzeczy. Kiedy samochód odjechał, a za nim za rogiem zniknęła furgonetka przeprowadzkowa, kot zeskoczył z drzewa, obszedł podwórko — i wrócił na swoje miejsce. Wieczorem tam był. Następnego dnia też. Przenocować już nie miał gdzie.
Jolanta pogłaskała go pierwszy raz w trakcie jednej ze spacerów, kiedy zobaczyła go skulonego pod daszkiem śmietnika w deszczu. Przykucnęła, wyciągnęła rękę, a on, zamiast odskoczyć, oparł mokrą głowę o jej dłoń. Zabrać go do siebie nie mogła — w domu miała starego Skowronka, który potrzebował spokoju, a sama była od szóstej czterdzieści do wieczora w pracy. To, iż pies zachowywał się przy kocie spokojnie na dworze, nie znaczyło jeszcze, iż tak samo będzie między czterema ścianami. Spróbowała go przynajmniej dokarmiać — okazało się to zbędne. Babcie radziły sobie bez niej.
Życie szło dalej swoim tempem, aż jednego dnia stało się coś, co wszystko odwróciło do góry nogami.
Tamtego ranka Ojca Chrzestnego w pobliżu nie było — chodził z nimi tylko czasem. Jolanta wyprowadziła Skowronka, ten obwąchiwał krzak koło wejścia, i nic nie wskazywało na kłopoty. Wtedy w bramie pojawił się pies. Nie byle jaki — duży, rasowy bokser, którego nie dało się przeoczyć. Któryś z właścicieli pewnie puścił go bez obroży na podwórku przed blokiem.
Bokser zobaczył Skowronka. Starego, dwa razy mniejszego. I bez żadnego powodu rzucił się na niego, choć jorczyk nic mu nie zrobił, choćby nie spojrzał w jego stronę. Jolanta stała jakieś dwadzieścia metrów dalej i zanim zrozumiała, co się dzieje, było już za późno. Dobiec wcześniej niż ten pies nie zdążyła. Jedyne, co zdołała zrobić:
— Skowronek!!
Pies podniósł głowę, zdziwiony odwrócił się w stronę pani — i tylko wtedy zauważył boksera, który pędził w jego stronę z niekoniecznie przyjaznymi zamiarami. Zamarł. Z jego postawy było jasne, iż nie wie, co robić. Bronić się przed tym kolosem nie miało sensu, ucieczka tym bardziej — w jego ruchach dawno już nie było tej lekkości, z jaką młode psy umieją się wymykać. Więc tylko stał. Stał i czekał.
Co by mu ten bokser zrobił, gdyby dobiegł — tego Jolanta nie chciała sobie choćby wyobrażać. Bo dobiegnąć nie zdążył.
Nie wiadomo skąd wyłonił się Ojciec Chrzestny. Błyskawicznie oceniwszy sytuację, bez wahania rzucił się między psy. Kot stawiał na szali swoją piękną pasiastą skórę całkiem wysoko. Ten bokser był większy od niego i od Skowronka razem wziętych. A jednak skoczył. Wygiął grzbiet w łuk, groźnie zasyczał. A kiedy pies z odległości pół metra nie zareagował na ostrzeżenie, zdzielił go kilkoma razami łapą prosto po pysku. I patrzył mu prosto w oczy: albo przestaniesz, albo będzie gorzej.
Nie było jasne, czego bokser bardziej się przestraszył — ciężkiej kocurowej łapy czy tej pewności siebie, której sam w tamtej chwili nie miał ani odrobiny. Wycofał się. Odwrócił i pobiegł tam, skąd przybiegł.
— Rex! Rex, gdzie jesteś?! — wołał gdzieś właściciel, głos mu się łamał. Złapał psa za kark, zapiął obrożę i pociągnął go dalej, bez jednego słowa w stronę Jolanty.
Jolanta dobiegła z kijem w ręku, który podniosła przy piaskownicy. Kij odrzuciła, uklękła przy Skowronku, obiema rękami obmacała mu bok i łapy, sprawdzając każde żebro, każdy staw. Pies drżał, ale stał o własnych siłach. Dopiero potem wzięła na ręce Ojca Chrzestnego. Pod jej dłońmi czuła, jak drga mu grzbiet, jedna łapa wciąż podniesiona w pół ruchu, jakby kot wciąż był gotowy skoczyć. — Ty mój futrzasty obrońco — powtarzała, wtulając twarz w jego sierść, która pachniała deszczem i śmietnikiem. — Dzięki. Dzięki, iż go obroniłeś.
W drodze do domu, z kotem w jednej ręce i smyczą w drugiej, Jolanta milczała całą drogę, tylko mocniej przyciskała go do siebie przy każdym kroku. Przed klatką postawiła torbę na ziemi, usiadła na schodku i jeszcze długo nie mogła wstać, trzymając obie dłonie na futrze Ojca Chrzestnego, jakby chciała się przekonać, iż on naprawdę tu jest, cały, żywy.
Zostawić go po tym na ulicy było nie do pomyślenia. Nikogo nie pytała o zgodę, jedną ręką tuliła go do siebie, drugą trzymała smycz, i poszła do domu. We trójkę.
Tak Ojciec Chrzestny stał się naprawdę domowym pupilem. Na dwór Jolanta już go nie wypuszczała — zbyt go sobie ceniła. Na jedno się jednak zgodziła: kiedy wyprowadzała Skowronka, kot szedł z nimi. Taki był jego warunek, a odmówić mu nie mogła.
Ciekawe było to, co się stało później. Po kilku miesiącach, kiedy większość czasu spędzali razem w dwupokojowym mieszkaniu na Krzykach, Ojciec Chrzestny i Skowronek się zaprzyjaźnili. Jolanta nie raz widziała, jak kot wylizuje psa i doglądą go. Czasem sypiali razem na jednym kocu przy kaloryferze. I jeżeli wcześniej, idąc na przystanek do siedemnastki, martwiła się myślami, co z Skowronkiem, teraz była spokojniejsza. Wiedziała: Ojciec Chrzestny go dopilnuje. A gdyby coś się stało, zrobi taki hałas, iż sąsiedzi od razu zadzwonią.
Tak właśnie się kiedyś zdarzyło. Jednej nocy Skowronkowi nagle zrobiło się słabo i Ojciec Chrzestny wywołał taki koncert, iż zbudził cały blok. Jolanta długo się potem tłumaczyła. Ale kiedy ludzie dowiedzieli się o przyczynie nocnego koncertu, tylko się uśmiechnęli i bez słowa rozeszli do mieszkań.
Mama, kiedy usłyszała, iż córka ma teraz jeszcze kota, tylko złapała się za głowę.
— Jolanto! A kiedy w końcu zajmiesz się życiem osobistym? Trzydzieści cztery lata!
— Mamo, nie zaczynaj — odpowiedziała Jolanta ze znużeniem. — Pamiętasz, co babcia mówiła: wszystko ma swój czas. Mam psa, mam kota. Następny będzie pewnie mąż.
— Będzie, będzie — westchnęła mama, ale uśmiechała się przy tym.
Tego wieczoru Jolanta siedziała przy stole z kubkiem herbaty i pisała mamie wiadomość, iż w niedzielę przyjedzie na obiad. Skowronek z Ojcem Chrzestnym leżeli na starym kocu przy kaloryferze, kot miał łapę przełożoną przez psi grzbiet i wylizywał mu ucho, aż jorczyk zaczął cicho pochrząkiwać przez sen. Jolanta odłożyła telefon, przyciągnęła sobie na dywan jeszcze jeden koc, położyła się przy nich i zostawiła zapaloną tylko lampkę w kącie pokoju.














