Nie mam pojęcia, dlaczego akurat mnie to trafiło — może dlatego, iż pracuję na poczcie przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi już siedemnaście lat i ludzie mówią przy mnie różne rzeczy, jakbym była meblem. W tamten wtorek, dwudziestego trzeciego września, do okienka podeszła starsza kobieta, może siedemdziesiąt kilka lat, w niebieskim płaszczu, i chciała nadać list polecony na Kubę. Do siostrzeńca w Santiago de Cuba.
Powiedziała, iż boi się, iż to może być ostatni list, jaki od niej dostanie, bo w telewizji mówili o jakimś konflikcie zbrojnym, o Stanach Zjednoczonych i Kubie, i iż może dojść do wojny. Trzęsącymi się rękami wypełniała formularz celny, a ja patrzyłam, jak długopis skrobie po papierze niepewnie, jakby palce jej nie słuchały.
— Pani wybaczy, iż ja tak od razu — powiedziała, nie podnosząc oczu znad formularza — ale ja się tym telefonem tak zamartwiłam, iż aż mi ręce drżą.
Nie zapytałam, co dokładnie widziała w telefonie. Miałam kolejkę za nią, pan w garniturze z paczką do Niemiec już wzdychał głośno. Ale ona sama zaczęła mówić, jakby musiała komuś to powiedzieć, obojętnie komu.
Jej siostrzeniec, Reinaldo, ma trzydzieści cztery lata, pracuje w warsztacie samochodowym w Santiago i od dwóch lat pisze do niej listy — bo internet tam kosztuje jak dla nas bilet lotniczy, a poza tym często go po prostu wyłączają. W ostatnim liście, który przyszedł jeszcze w sierpniu, pisał, iż boi się poboru, iż młodych chłopaków zaczęli wzywać na jakieś przeszkolenia wojskowe, i iż nie wie, co będzie, jeżeli naprawdę dojdzie do starcia.
Ona nazywa się Danuta, ma na nazwisko Wachowska, przyjechała do Polski z Kuby jeszcze w latach siedemdziesiątych jako studentka, wyszła za mąż za Polaka, inżyniera z Zakładów Przemysłu Bawełnianego, i tak już została. Rodzina jej się rozjechała — brat do Miami, siostra została na wyspie, zmarła dziesięć lat temu, zostawiając syna, tego właśnie Reinalda.
W liście, który tego dnia nadawała, było czterysta dwadzieścia złotych — schowane między kartkami, bo przelewy bankowe na Kubę to była droga przez mękę, ile razy próbowała, tyle razy coś się nie udawało, jakiś kod błędu, jakaś blokada. Powiedziała mi, iż to jej cała emerytura za ten miesiąc, bo mąż zmarł już jedenaście lat temu, a ona żyje sama w kawalerce na Bałutach i tyle jej wystarcza.
— Może to głupie, iż ja się tak boję — powiedziała, kiedy odbierała pokwitowanie — ale on jest ostatni. Po siostrze nikogo więcej nie ma.
Zapytałam, czy ma z nim jakiś inny kontakt, na wypadek gdyby coś się działo. Powiedziała, iż sąsiadka ma numer WhatsApp jakiejś kobiety w Santiago, która czasem przekazuje wiadomości, kiedy internet wraca na kilka godzin. To był cały jej system łączności ze światem, w którym się urodziła.
Minął miesiąc. Nie wiedziałam nic więcej i pewnie bym zapomniała, gdyby nie to, iż Danuta zaczęła przychodzić na pocztę regularnie — nie żeby coś nadać, tylko żeby spytać, czy nie przyszło coś dla niej. Nic nie przychodziło. Sąsiadka mówiła, iż telefon do Santiago też milczy.
Dopiero w połowie listopada przyszła do mnie, kiedy akurat zamykałam okienko, i powiedziała, iż dostała wiadomość — nie list, tylko krótką notatkę przekazaną przez tę samą sąsiadkę z WhatsAppem. Reinaldo żyje. Poboru nie było, przynajmniej jeszcze nie w jego mieście, a wojna, której się wszyscy tak bali, na razie się nie zaczęła — rozmowy między Hawaną a Waszyngtonem utknęły w martwym punkcie, ale strzałów nie było.
Ale w tej samej wiadomości było też co innego. Reinaldo pisał, iż warsztat, w którym pracował, właściciel sprzedał komuś z zewnątrz, bo bał się, iż w razie konfliktu wszystko i tak przepadnie, a jemu, Reinaldowi, nie zapłacił za ostatnie trzy miesiące pracy. Że nie ma z czego żyć i iż przez chwilę myślał, żeby uciekać z wyspy na tratwie, tak jak robili to inni w latach dziewięćdziesiątych.
Danuta stała przy okienku z tą kartką w ręku i milczała długo, dłużej niż zwykle milczy klient czekający na resztę.
Potem powiedziała, iż idzie do banku. Nie do mnie po przelew — sama, na piechotę, bo bank był dwie przecznice dalej, przy Piłsudskiego. Miała tam lokatę, którą odkładała od lat na własny pogrzeb, żeby nikomu nie zostawić kłopotu — dwadzieścia osiem tysięcy złotych. Powiedziała mi to wprost, stojąc w drzwiach z parasolem, bo akurat zaczynało padać.
— Pogrzeb sobie zrobię skromny. On musi teraz coś jeść.
Nie widziałam, jak zrywała tę lokatę. Ale trzy dni później przyszła znowu, tym razem żeby nadać przekaz przez firmę, która akurat wtedy działała bez przerw — nie na konto, bo konta wciąż blokowały, tylko gotówkowy, odbierany osobiście w punkcie w Santiago. Zapłaciła prowizję, jakieś sto kilkadziesiąt złotych, i nie skrzywiła się przy tym ani razu.
Napisała też do niego list — widziałam kopertę, zanim ją zakleiła, bo poprosiła, żebym sprawdziła znaczki. Było tam jedno zdanie po hiszpańsku, które zapamiętałam, bo poprosiła, żebym jej pomogła je poprawnie zapisać, bo ja się tam trochę uczyłam kiedyś tego języka na kursie wieczorowym.
„No zostań tam, gdzie jesteś, ja cię nie zostawię, dopóki żyję."
Odebrał ten przekaz dwa tygodnie później. Wiem, bo Danuta przyszła mi o tym powiedzieć, z tą samą kartką od sąsiadki w torebce, jakby to był dokument, który trzeba nosić przy sobie. Warsztat, w którym pracował, zamknięto ostatecznie, ale on znalazł coś przy naprawie łodzi rybackich w porcie, mniej pieniędzy, ale praca była.
Wojny nie było. Przynajmniej nie takiej, jakiej się bali w tamten wrześniowy wtorek. Ale Danuta i tak przestała odkładać na pogrzeb — powiedziała, iż jak przyjdzie czas, to się jakoś załatwi, a teraz są rzeczy pilniejsze.
Do dziś zagląda do mnie raz w miesiącu z kopertą. Nigdy nie pyta, czy dobrze wypełniła formularz — po prostu wie już, gdzie się podpisać.














