Miałam czterdzieści dziewięć lat, kiedy Tomasz zaczął mówić do mnie tak, jakby już go nie było.
Zaczęło się w marcu, w naszym mieszkaniu na Oksywiu, dwa piętra nad warzywniakiem, gdzie zawsze pachniało kiszoną kapustą z sąsiedniego mieszkania pani Basi. Siedzieliśmy przy stole kuchennym, on z filiżanką zimnej już kawy, ja z nierozłożonym praniem na krześle obok. Powiedział, iż lekarz z onkologii przy ulicy Powstania Styczniowego dał mu od czterech do ośmiu miesięcy. Powiedział to tak zwyczajnie, jakby czytał prognozę pogody z telewizora.
— Nie chcę, żebyś siedziała nade mną i płakała — powiedział wtedy. — Wolę, żebyś… no, żebyś sobie wszystko zapisała. Co mam ci do powiedzenia.
Nie rozumiałam, o co mu chodzi, dopóki nie zobaczyłam zeszytu. Zwykły, w kratkę, kupiony w kiosku przy przystanku tramwajowym. Na okładce nic, żadnego tytułu. W środku jego pismo, coraz bardziej niepewne z tygodnia na tydzień, jakby ręka wiedziała to, czego on jeszcze nie chciał powiedzieć na głos.
Przez pięć miesięcy pisał mi tam rzeczy, których nie potrafił wypowiedzieć. Że mam nie siedzieć w żałobie zamknięta w domu. Że mam nosić jego stary sweter z Zakopanego, ten w kolorze musztardowym, bo w nim mu było ciepło i chce, żeby mnie też grzał. Że mam grać płyty Grechuty, które kupował na bazarze w Gdańsku jeszcze jako student. Że kwiaty na Witomińskim cmentarzu owszem, ale nie mam tam zostawać na godziny.
Umarł w sierpniu, w szpitalu na Kartuskiej, w środę o czwartej nad ranem. Byłam przy nim. Trzymałam jego dłoń, która już nie odpowiadała uściskiem, i słuchałam, jak monitor przy łóżku zwalnia, aż w końcu jeden dźwięk, długi, płaski, i pielęgniarka weszła bez pukania.
Wróciłam do domu na Oksywiu tego samego dnia. Nasz syn, Marcin, chciał zostać ze mną na noc, ale go odesłałam. Powiedziałam, iż muszę być sama. Nie do końca była to prawda — chciałam być sama z zeszytem.
Otworzyłam go dopiero po pogrzebie. Bałam się. Nie tego, co tam znajdę, tylko tego, iż kiedy przeczytam ostatnią stronę, to będzie już naprawdę koniec, iż nie zostanie mi nic nowego od niego, żadnego kolejnego zdania.
Na ostatniej stronie było napisane inaczej niż reszta — mniej równo, jakby pisał to w łóżku, kiedy już nie miał siły siedzieć prosto.
"Basiu. Noś mój sweter, ten musztardowy, choćby latem, jak ci zimno od klimatyzacji w pracy. Zrób sobie kawę z tego młynka, którego nienawidziłaś, bo za głośno mielił — kup do niego nowe ziarna, te z paczki w szafce, jeszcze zostały. Zajmij się fikusem na parapecie, podlewaj go w czwartki, tak jak ja to robiłem. Jak przyjdą chłodniejsze wieczory, weź mój szalik, ten w kratkę z Cepelii, leży w komodzie po lewej. Wypij wino z piwnicy, to z Węgier, kupiłem je na twoje urodziny i nie zdążyliśmy otworzyć — nie czekaj na żadną specjalną okazję, po prostu je wypij. W szufladzie biurka jest list do Marcina, oddaj mu go, jak będzie gotowy. I zadzwoń do notariusza z kancelarii przy Świętojańskiej, numer masz niżej. Idź do niego w poniedziałek. Załatwione, wiesz o co chodzi."
Wiedziałam. Mówił mi kiedyś, iż chce, żebym po jego śmierci zajęła się ich wspólnym z bratem warsztatem samochodowym przy ulicy Chylońskiej — tym, o który przez lata kłócił się z bratem Zenkiem, bo Zenek chciał go przepisać wyłącznie na siebie, twierdząc, iż to on go prowadzi na co dzień, a Tomasz tylko dokłada pieniądze. Tomasz nigdy nie ustąpił, mimo iż Zenek dzwonił, przychodził, straszył sądem.
W poniedziałek poszłam do notariusza. Okazało się, iż nic jeszcze nie jest przesądzone — Tomasz zostawił jedynie pełnomocnictwo w mojej sprawie i zapis w testamencie, iż jego połowa warsztatu przypada mnie, ale sam podział, wykup, wszystkie formalności ze spadkiem po zmarłym współwłaścicielu miały się dopiero zacząć. Notariusz powiedział wprost, iż Zenek, jako drugi współwłaściciel, ma prawo zgłosić się z własnymi roszczeniami, zwłaszcza jeżeli udowodni, iż to on przez piętnaście lat prowadził warsztat, a Tomasz był tylko cichym wspólnikiem. Zostawiłam swoje dane i wyszłam z kartką, na której notariusz zapisał termin kolejnego spotkania — z Zenkiem.
Przyjechał do mnie w sobotę, około południa, zanim jeszcze zdążyłam się przygotować na rozmowę. Stanął w progu mieszkania na Oksywiu, z kluczykami od warsztatu w ręku, jakby chciał mi je od razu cisnąć, żebym poczuła się winna, iż w ogóle je trzymam.
— Basiu, no przecież wiesz, iż to ja tam pracuję od piętnastu lat. Ty się na silnikach nie znasz. Podpisz mi to pełnomocnictwo, to my we dwóch gwałtownie to załatwimy u notariusza, bez zbędnego przeciągania. Tomasz by tego chciał, wiesz o tym.
Podał mi kartkę, którą przyniósł ze sobą — jedną stronę, gęsto zapisaną, z miejscem na mój podpis na dole. Wystarczyło wziąć długopis leżący na komodzie, tam, gdzie zawsze leżał, i podpisać się tak, jak podpisywałam się pod każdą decyzją Tomasza przez dwadzieścia sześć lat małżeństwa. Ręka sama się w tamtą stronę wyciągnęła.
Cofnęłam ją.
— Nie podpiszę niczego dzisiaj — powiedziałam. — Pójdę z tym do swojego prawnika, przeczytam każde zdanie, a potem spotkamy się we trójkę u notariusza. Jak chcesz wykupić moją połowę, to wykupisz. Jak ja zechcę wykupić twoją, to wykupię. Ale beze mnie nic tam nie podpiszesz, i ja bez ciebie też nie.
Zamilkł, z kartką wciąż w wyciągniętej ręce. Widziałam, iż liczył, iż po pogrzebie zrobię to, co zawsze — ustąpię, żeby mieć spokój. Nie tym razem.
Trzy miesiące później, po tym, jak prawnik przejrzał wszystkie papiery, a rzeczoznawca wycenił warsztat, sprzedałam swoją połowę firmie, która chciała otworzyć tam serwis opon, za sto dziesięć tysięcy złotych. Część odłożyłam Marcinowi na mieszkanie, część zostawiłam sobie. Zenkowi nie oddałam pierwszeństwa wykupu, chociaż o to prosił — bo w papierach od Tomasza nie było takiego zapisu, a ja nie musiałam robić mu przysługi.
Fikusa na parapecie podlewam co czwartek. Sweter noszę, kiedy jest zimno, choćby jeżeli na dworze tylko dziesięć stopni i sąsiadki patrzą, iż przecież jeszcze nie mróz. Wino z Węgier wypiłam w zeszłą środę, bez żadnej okazji, jednym kieliszkiem przy oknie. A zeszyt trzymam w szufladzie, obok listu do Marcina, którego jeszcze mu nie oddałam — czekam, aż będzie gotowy, tak jak napisał Tomasz.
Dziś rano zmieliłam kawę w tym głośnym młynku, aż szyby w kredensie zadrżały, nalałam ją do kubka i otworzyłam zeszyt na chybił trafił. Trafiło na zdanie o fikusie. Uśmiechnęłam się nad kubkiem, zamknęłam zeszyt, odłożyłam go na miejsce w szufladzie i poszłam do pracy.










