Niedziela, na którą się zgodziłem
Mam pięćdziesiąt trzy lata i mieszkam w Bydgoszczy, w bloku przy Fordońskiej, tam gdzie tramwaj skręca tuż pod oknami tak, iż szyby dzwonią o szóstej rano. Nazywam się Ryszard, ale w rodzinie mówią na mnie Rysiek. Moja żona, Bożena, od piętnastu lat prowadzi z moją teściową, Krystyną, coś w rodzaju cichej wojny, w której ja jestem terenem, a nie stroną.
Zacznę od tego, co się stało w maju, bo od tego wszystko ruszyło z kopyta.
Bożena awansowała w firmie, na kierowniczkę działu, i postanowiła to uczcić kolacją u nas w domu. Zaprosiła swoich rodziców, brata z żoną, dwie koleżanki z pracy i moją siostrę Ewę – bo z Ewą się zawsze dogadywała lepiej niż ze mną, co mnie zresztą nigdy nie ruszało. Nie zaprosiła mojej matki.
Dowiedziałem się od córki. Zosia ma osiem lat i pokazała mi zdjęcie z telefonu Bożeny – stół nakryty, sernik na środku, wszyscy się śmieją. Trzymałem wtedy talerz zupy w drugiej ręce i poczułem, jak para przestaje docierać do twarzy, jakby ktoś zamknął okno.
Zadzwoniła do mnie matka tego samego wieczoru. Nie miała pretensji, tylko spytała krótko: „Rysiek, czy ja coś zrobiłam?". I to pytanie bolało bardziej niż jakakolwiek awantura.
Poszedłem do Bożeny z tym telefonem w kieszeni, dosłownie, bo nie zdążyłem go odłożyć. Zacząłem tłumaczyć się jeszcze zanim zadała pytanie – to znaczy ja się tłumaczyłem, nie ona, bo to ja czułem się winny, iż w ogóle muszę o tym rozmawiać. Powiedziałem: „Mamo, nie rób z tego problemu, wiesz jaka Bożena bywa, jak się zdenerwuje". Sam siebie usłyszałem i zrobiło mi się niedobrze.
Prawda jest taka, iż wiedziałem dlaczego Bożena to zrobiła. Trzy miesiące wcześniej, na urodzinach Zosi, moja matka powiedziała przy wszystkich, iż Zosia ma dokładnie taki sam grymas przy jedzeniu jak ja w jej wieku, iż to „nasza rodzinna cecha". Nic złego w tym nie widziałem, moja matka takich zdań mówi setki, każda babcia tak mówi. Ale Bożena zamknęła się w łazience na dwadzieścia minut i później powiedziała mi w łóżku, iż ma dość tego, iż moja rodzina traktuje Zosię jak swoją własność, jakby Bożena była tylko naczyniem, w którym ta dziewczynka się urodziła.
Nie broniłem wtedy matki dostatecznie mocno. Nie broniłem też Bożeny dostatecznie szczerze. Zrobiłem to, co robię zawsze, kiedy dwie kobiety w moim życiu się nie zgadzają – uciekłem do garażu, niby naprawiać coś przy motorze, a naprawdę żeby nie musieć wybierać strony.
Więc kiedy zobaczyłem to zdjęcie z kolacji, gdzieś w środku wiedziałem, iż to jest konsekwencja tamtej ciszy, którą sam wybrałem. Ale zamiast to powiedzieć na głos, powiedziałem żonie tylko: „daj spokój, niech to przejdzie". Widziałem, jak Bożena na mnie patrzy, kiedy to mówiłem – nie ze złością, tylko z takim rozczarowaniem, iż wolałbym już awanturę.
Przez cztery tygodnie było u nas cicho, ale nie tą dobrą ciszą. Matka nie dzwoniła pierwsza, ja też nie miałem odwagi zadzwonić, bo nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak usprawiedliwianie Bożeny albo oskarżanie jej – a nie chciałem robić ani jednego, ani drugiego.
Aż w czerwcu, w piątek po południu, Bożena wsiadła w swojego opla i pojechała do mojej matki. Sama, beze mnie, bez uprzedzenia. Dowiedziałem się o tym dopiero, kiedy wróciła.
Okazało się, iż jej ojciec miał iść na operację kolana, w szpitalu przy Ujejskiego, a jej mama musiała być przy nim codziennie. Ja akurat miałem wyjazd służbowy do Poznania na cały tydzień, nie do odwołania. Bożena została sama z problemem: kto odbierze Zosię ze szkoły przy Nowodworskiej, kto z nią posiedzi po południu, kto ją przypilnuje, jak się kładzie spać.
Pojechała do mojej matki i poprosiła, żeby Zosia pobyła u niej cztery popołudnia, z dwoma noclegami.
Mogła nie prosić. Mogła zadzwonić do swojej siostry w Toruniu, mogła wynająć opiekunkę, jak to robiła już wcześniej. Ale powiedziała mi później, iż stojąc pod drzwiami matki czuła się jak ostatni idiota – iż przyszła prosić o przysługę osobę, którą sama pominęła przy stole.
Moja matka jej otworzyła. Nie zrobiła sceny. Spytała tylko, czy ojciec Bożeny będzie miał dobrą opiekę, i powiedziała, iż oczywiście zajmie się Zosią.
Ale zanim Bożena wyszła, matka ją zatrzymała w progu i powiedziała: „Zosią się zaopiekuję z radością, to nie ulega dyskusji. Ale jak to się wszystko skończy, musimy usiąść i porozmawiać. Nie chcę być kimś, kogo się szuka tylko wtedy, kiedy jest problem, a którego się nie chce widzieć, kiedy jest dobrze".
Bożena mi to powtórzyła słowo w słowo, siedząc na brzegu wanny, kiedy wróciłem z Poznania. Miała czerwone oczy.
Te cztery dni matka zajmowała się Zosią tak, jak zawsze – zrobiły razem pierogi z jagodami, były na spacerze nad Brdą, karmiły łabędzie chlebem, którego adekwatnie nie powinny im dawać, a jedną noc obejrzały do końca jakiś stary film Disneya, bo Zosia się uparła.
Kiedy wróciłem z delegacji, teść już wracał do zdrowia po operacji. Bożena poszła do mojej matki sama, jeszcze raz, bez zapowiedzi, żeby zamknąć tę sprawę. Ja zostałem w domu z Zosią – i to był pierwszy raz, kiedy naprawdę czekałem, siedząc przy kuchennym stole z wystygłą kawą, żeby zobaczyć, jak ta rozmowa się skończy.
Wróciła po półtorej godziny, blada, i powiedziała, iż przyznała matce rację co do wykluczenia z kolacji – iż to było mściwe i niepotrzebne. Ale powiedziała też coś, czego się nie spodziewałem: iż od dawna czuje, jakby wspomnienia matki o mnie z dzieciństwa zajmowały zbyt dużo miejsca, kiedy we trójkę siedzimy przy stole, jakby Zosia była bardziej wnuczką syna niż córką Bożeny. Powiedziała to i czekała, aż w końcu coś powiem, zamiast znowu wyjść z pokoju.
Więc zamiast wstać, zadzwoniłem do matki, tam, przy stole, na głośnomówiący, żeby Bożena słyszała każde słowo.
– Mamo – powiedziałem – piętnaście lat cię broniłem przed Bożeną i piętnaście lat broniłem Bożenę przed tobą, osobno, po kryjomu, i nigdy żadnej z was nie powiedziałem, co naprawdę myślę. Teraz powiem obu naraz. Zosia jest córką Bożeny tak samo jak moją, a jak jeszcze raz usłyszę, iż jest „taka jak ja w jej wieku", to sam ci powiem, iż przesadzasz, zamiast czekać, aż powie to ktoś inny.
W słuchawce było cicho tak długo, iż pomyślałem, iż się rozłączyła. Potem usłyszałem, jak matka wciąga powietrze, i powiedziała: „Dobrze, Rysiek. Miałeś rację, iż powinieneś to powiedzieć wcześniej. Przeproszę Bożenę, kiedy przyjedziecie w niedzielę".
Odłożyłem telefon. Bożena patrzyła na mnie znad stygnącej kawy, którą wreszcie odsunęła na bok, i powiedziała tylko: „No to przyjedziemy w niedzielę".
Moja siostra Ewa, kiedy jej to opowiedziałem, spytała, czy teraz co tydzień będę robił z siebie sędziego przez telefon. Odpowiedziałem, iż nie – iż to musiałem powiedzieć raz, głośno, żeby więcej nie trzeba było tego powtarzać.
W niedzielę pojechaliśmy do matki, na Fordońską. Zosia usiadła przy stole z kredkami i zeszytem, matka postawiła przed nią talerz z plackami ziemniaczanymi, których Zosia choćby nie tknęła, bo była zajęta rysowaniem babci w czerwonym swetrze. Bożena nalała sobie herbaty i usiadła obok teściowej, nie naprzeciwko, tak jak siadała zawsze wcześniej. Za oknem przejechał tramwaj, szyby zadzwoniły jak co dzień o tej porze, a ja zostałem przy stole, zamiast iść sprawdzić coś w garażu.











