Są poeci, którzy żyją w świetle, i tacy, którzy wolą mrok bibliotecznych zakamarków; tacy, których głosy brzmią jak okręty na pełnym morzu, i tacy, których każde słowo to ostrożny krok na granicy dwóch światów, przeszłości i teraźniejszości. Konstandinos Kawafis (29 kwietnia 1863 – 29 kwietnia 1933) należy do tych drugich.
Kawafis w roku 1900Myśląc o nim, wyobrażamy sobie człowieka pochylającego się nad miastem przypominającym palimpsest: Aleksandrią, pełną cieni i świateł, bogów i kupców, filozofów i zwykłych ludzi. Poetę żyjącego skromnie, z dala od salonów literackich, a jednak tak głęboko zanurzonego w majestacie starożytności, iż jej blask odbija się na jego twarzy. Jego biografia to nie tylko opowieść o życiu, ale także o poszukiwaniu tożsamości, o dialogu z przeszłością i o nieustannym pytaniu: kim jestem w obliczu nieskończonej historii?

Dzieciństwo
Najwcześniejszy okres życia poety z Aleksandrii nie był bynajmniej beztroski, bowiem od początku nosił w sobie cień utraty. Tak jakby los postanowił nauczyć go, zbyt wcześnie, iż życie jest nieustannym ruchem, falą przychodzącą i odchodzącą, nigdy taką samą.
Konstandinos urodził się w greckiej rodzinie w Aleksandrii, mieście samym w sobie będącym metaforą przemijania, tak różnorodnym jak mozaika hellenistycznych pałaców, i dorastał w świecie nieustannych przemian. Dom rodzinny, wypełniony głosami greckich kupców, zapachem przypraw i wspomnieniami chwalebnej przeszłości Egiptu, był miejscem ciepłym, ale kruchym. Zbyt kruchym, by stanowić fundament; zbyt zmiennym, by dawać poczucie trwałości.
Kiedy zmarł jego ojciec, Konstandinos miał siedem lat. Rodzina została zmuszona do opuszczenia Aleksandrii. Chłopiec wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Anglii, do obmywanego deszczem Liverpoolu, do świata zupełnie innego niż barwne, lśniące brzegi Morza Śródziemnego. Być może właśnie tam, pośród szarych ulic, w zimnie, którego jego ciało nie rozumiało, narodziła się subtelna, nieustająca tęsknota, która później stała się podstawą jego poezji. To właśnie w Wielkiej Brytanii młody Konstandinos odkrył, iż istnieją dwa rodzaje domów: te, w których się mieszka, i te, które się nosi w sobie. I iż ten drugi bywa prawdziwszy.
Dawny Liverpool. W czasach Kawafisa było to miasto, w którym, podobnie jak w Aleksandrii, mieszały się języki i kultury – działo się to jednak w ulicach i w tawernach, a nie w eleganckich salonach literackichDzieciństwo w Liverpoolu nauczyło go, iż to, co najcenniejsze, znajduje się często poza zasięgiem dłoni. Że do własnego miejsca wraca się przede wszystkim w myślach, w obrazach, w marzeniach. I iż każde odejście zostawia w sercu ślad, który nie znika, ale wpisuje się w strukturę człowieka, jak sól wchodzi w skórę.
Po kilku latach wrócili do Aleksandrii. Miasto było to samo, ale on był już kimś innym, przesiąkniętym obcością, dwujęzycznością, niepewnością. Być może nie potrafił tego nazwać, ale czuł, iż powrót nie jest zakończeniem podróży, lecz, na dobrą sprawę, jej początkiem.
Z całą pewnością podróżą było jego dzieciństwo: między krainami oddzielonymi morzem, Egiptem i Anglią, między językami, między światłem a ciemnością, między wspomnieniami a tęsknotą. Stanowiło zapowiedź jego późniejszej poezji; pełnej brzegów, przemian, ludzi żyjących „na krawędzi”, między starym a nowym, między tym, co znane, a tym, co obce. Kawafis od najmłodszych lat uczył się, iż nigdy nie jest się naprawdę u siebie, iż zawsze się czegoś szuka, za czymś tęskni, o czymś się pamięta. Tak postrzegane dzieciństwo wydaje się źródłem jego nurtu poetyckiego: melancholii, delikatności, migotliwego światła, które oświetla nie to, co istnieje, ale to, co mogłoby zaistnieć. Był to czas, w którym Konstandinos przyswoił prawdy najważniejsze: iż piękno rodzi się z braku, a nie z nadmiaru, a, cicha, niedostrzegalna, stłumiona tęsknota stanowi subtelny i niepowtarzalny język, w którym poeta porozumiewa się sam ze sobą. Dzieciństwo zatem było dla Kawafisa czasem pierwszego szukania Itaki. Nie zdobył jej, ale nosił w sercu niczym kompas.

Poszukiwanie własnego głosu
Zaraz potem przyszła młodość: niczym długi korytarz, którego drzwi otwierały się jedne po drugich, a za każdymi krył się nieznany jeszcze ton jego własnego głosu. Kawafis uczył się samego siebie; uczył się wysiłku opartego na nieustannym nasłuchiwaniu tego, co w środku najcichsze, a jednocześnie najprawdziwsze. Aleksandria wciąż pulsowała w jego żyłach, ale młody poeta nie był już chłopcem obserwującym ulice swojego dzieciństwa. Stał się wewnętrznym wędrowcem, poetą o dojrzałym intelekcie, młodzieńcem, którego serce było pełne pytań.
Wtedy po raz pierwszy uświadomił sobie, iż życie nie jest linią prostą, ale przestrzenią pełną pęknięć i szczelin. Z drżącym sercem odwiedzał księgarnie pachnące wilgotnym papierem, greckie kawiarnie, gdzie dyskutowano o Platonie, Pindarze i Safonie, ciche korytarze, gdzie pergaminy szeleściły, jakby wzywały jego imię. Starożytna poezja przestawała być dla niego zbiorem odległych głosów, a stała się oddechem, intymną rozmową ze słowami przodków.
Jednocześnie młodość przyniosła mu doświadczenie dualizmu. Czuł się Grekiem w mieście, które nie należało do Grecji. Aleksandryjczykiem, choć nie do należącym do Egiptu. Europejczykiem na afrykańskiej ziemi. Żył w kulturze, która dała mu język i historię, ale jednocześnie skazała go na ciągłe wątpliwości co do swojej przynależności. Ta niepewność była jego pierwszym wielkim nauczycielem, szepczącym mu, iż kreatywność rodzi się z braku, z dyskomfortu, z pragnienia nie tego, co było, ale tego, co ma dopiero nadejść.
Był to też, jak dla wszystkich, czas pierwszych miłości i pierwszych strat. W jego przypadku: przemilczanych, skrywanych, oswajanych długimi spacerami nad morzem. Młody Kawafis uczył się, iż ludzkie ciało jest krainą, którą można kochać tak samo intensywnie jak całe miasto. Że pragnienie ma kolor nocnych ulic Aleksandrii: nie do końca ciemny, nie do końca jasny, a jednak pełen wewnętrznego blasku. Że miłość może być jednocześnie błogosławieństwem i ciężarem. I iż najcenniejsze wiersze to te rodzące się z chwili, która nigdy nie powróci, ale której echa będą trwać wiecznie. To był prawdopodobnie również okres, w którym odkrył swoją wyjątkowość, swoją homoseksualną naturę, swoje greckie dziedzictwo.
Dawna Aleksandria. Na początku XX wieku była zmysłowym, dekadenckim, wielokulturowym portem, kluczowym dla polityki Imperium Brytyjskiego. Formalnie Egipt stanowił część Imperium Osmańskiego, jednak faktycznie znajdował się pod kontrolą brytyjską. Przez miasto przechodziły towary, idee i ludzie z całego świataW tym samym czasie otworzył się przed nim świat starożytnych bohaterów: ich odwaga, miłość, grzechy. Kawafis widział ich inaczej niż w podręcznikach: nie jako posągi, ale jako ludzi, którzy kochali i popełniali błędy tak jak on. Patrzył na nich jak w lustro odbijające własną młodość. Wtedy narodziła się jego przyszła poezja: połączenie starożytnej prostoty i współczesnej szczerości, klasycznej formy i drżącego uczucia. Młody Kawafis odkrył, iż słowo może być zarówno mieczem, jak i dotykiem.
Pierwsze wiersze były nieśmiałe jak płomień, który dopiero szuka wiatru. Pisał dużo i wiele palił. Szlifował frazy, czasem całymi dniami rozmyślał nad jednym wersem, jakby próbował uchwycić coś, co wymyka się z rąk. Był wobec siebie surowy, może choćby zbyt surowy, ale wiedział, iż jego głos musi być krystaliczny, rozpoznawalny, niepowtarzalny. Dlatego czas młodości Kawafisa porównać można do kuźni, miejsca nieustannej pracy nad sobą, nad językiem, nad tonem, który miał stać się jego znakiem rozpoznawczym.
Powoli zaczynał rozumieć, iż prawdziwa poezja rodzi się nie w chwilach radości, ale w chwilach prawdy. Kiedy człowiek odważy się spojrzeć na siebie bez maski. Kawafis patrzył długo, niestrudzenie, bez upiększeń i w tym spojrzeniu narodził się jego przyszły geniusz.
Młodość była dla niego czasem poszukiwania własnego głosu, ale jednocześnie czasem, w którym zaczął świadomie oddzielać to, co obce, od tego, co prawdziwie jego. Jakby stopniowo prostował swój duchowy kręgosłup i uczył się, iż poezja to jedyne miejsce, w którym można być w pełni sobą. Gdy w pełni to zrozumiał, młodość zaczęła chylić się ku końcowi, jednak nie była to strata, a etap, który pozwolił mu wejść w życie poety już nie poszukującego, ale rozpoznającego.

Trudne prawdy
Dojrzałość stanowiła kolejny etap nauk – przypominała bowiem długą, cichą noc, w której uczymy się słuchać nie tego, co głośne, ale tego, co nieustannie powraca w ciszy. Kawafis coraz rzadziej prosił świat o potwierdzenie swojej wartości. Coraz częściej pytał za to siebie, czy ma odwagę mówić prawdę: najbardziej osobistą, najbardziej niewygodną, niekiedy gorzką, ale jedyną, która naprawdę się liczy.
W nowe znaczenia obrosła wówczas jego Aleksandria. Przestała być tylko miejscem, w którym żył; przemieniła się w zwierciadło odbijające wszystkie jego lęki i radości. Miasto stało się jego codziennym mitem. Nie musiał odbywać podróży, gdyż przed jego oknem przechodził cały różnobarwny tłum: urzędnicy, kupcy, żeglarze, młodzi chłopcy o oczach pełnych nadziei, starcy o twarzach pokrytych kurzem starożytnych imperiów; każdy niczym starożytny bohater schodzący z piedestału, by go minąć na ulicy.
Kawafis zaczął pisać, jakby znał sekrety losu. Stał się poetą ostatnich chwil, zdolnym zatrzymać moment tuż przed ostateczną decyzją, tuż przed klęską, tuż przed gestem, który wszystko zmienia. Fascynowali go Grecy u schyłku epoki – o ich błędach pisał nie po to, by ich osądzać, ale by ich ocalić, przynajmniej w poezji. Kochał ich niedoskonałości, bo widział w nich odbicie własnego człowieczeństwa.
Dojrzałość przyniosła mu również samotność, nie bolesną, ale twórczą, z wyboru. Rozumiał już, iż poeta musi żyć w odosobnieniu, by poczuć więcej. Że nie może podążać za rytmem tłumu, bo wtedy zagłuszy głos, którego słuchał przez tyle lat. Ograniczył więc swoje życie do małej przestrzeni: skromnego mieszkania, prostych mebli, cichego stołu i tego stosu stron, który narastał niczym osobista biografia.
Kawafis w 1929 roku. Za cztery lata, w swoje 70. urodziny, umrze na nowotwór krtaniWydaje się, iż to właśnie wówczas nauczył się akceptować fakt, iż ludzie i chwile są ulotne. Że miłość się nie powtarza, a przeszłość można jedynie wspominać, nigdy jej nie odzyskując. Paradoksalnie w tej ulotności odnajdywał swoją siłę. Jego wiersze zaczęły nabierać ciężaru, jakby każde słowo było odważnikiem, który trzeba postawić bardzo ostrożnie, świadomie, z uwzględnieniem konsekwencji. Ta dojrzała poezja stała się narzędziem nie do opowiadania świata, ale do jego zrozumienia.
Dojrzewając, Kawafis nie pisał już jak młodzieniec poszukujący sensu, ale jak mędrzec, który wie, iż sensu nie znajduje się raz na zawsze; trzeba go tworzyć na nowo każdego dnia. Jego wiersze stały się krótkie jak decyzja, ale rozległe jak wszelkie ludzkie doświadczenie. Pisał o wyblakłych, ale wciąż żywych pragnieniach. O błędach, które przyszły za późno, by zranić, i za wcześnie, by o nich zapomnieć. Pisał o tym, czego uczymy się tylko wtedy, gdy patrzymy na swoje życie z pewnym dystansem, ale z czułością.
Zaraz potem pojawiły się jego najsłynniejsze wiersze, które dziś czyta się jak krótkie przypowieści o kondycji ludzkiej. Każdy z nich jest jak mała tragedia o pojedynczej postaci, o człowieku podejmującym decyzję. Dojrzałość Kawafisa była zatem czasem prawdy. I to prawdy nie tylko o innych, ale przede wszystkim o nim samym.

Gasnące światło
Na starość Kawafis przestał gonić za słowami, wiedząc, iż i tak do niego wrócą. Nie miał potrzeby niczego udowadniać; wiedział już, iż wystarczy po prostu istnieć. Kiedy przyglądamy się jego biografii i ostatniem dziełom, ten ostatni etap jego życia jawi się niczym powoli zapadający zmierzch, który nie przyniósł mu ciemności, ale niezwykłe, łagodne światło – takie, które pojawia się tylko o zachodzie słońca, a jednak rozświetla wszystko złotym blaskiem ostatnich chwil.
W ciągu tych lat jego ciało powoli słabło, ale duch płonął jasno, uporczywie. Kawafis coraz silniej odczuwał swoją kruchość, ale nie budziło to w nim ani lęku, ani buntu. Przeciwnie, budziła się w nim niezwykła czułość dla wszystkiego, co dało mu życie: dla miłości, która wylewała się jak ogień; dla tęsknot młodości, które, choć dawno wygasłe, wciąż były ciepłe; dla miasta, które oddychało jego oddechem.
To ostatnie po raz kolejny się zmieniło. Na starość Aleksandria stała się jego jedyną przestrzenią; nie z konieczności, ale z wyboru. Nie musiał już wyruszać w podróże wyobraźni; nosił w sobie całe swoje życie. Kroczył powoli znanymi ulicami, jakby każda z nich była wersem, który chciał przeczytać jeszcze raz, uważniej, z większą uwagą. Widział więcej nie dlatego, iż miał więcej czasu, ale dlatego, iż na starość człowiek przestaje się spieszyć.
Rękopis KawafisaW tych latach poezja Kawafisa stała się jeszcze bardziej oszczędna, ale jednocześnie jaśniejsza. Słowa ważą tyle, ile powinny: ani grama mniej, ani grama więcej. Wiersze z tego okresu rezonują z człowiekiem stojącym już na progu, widzącym oba światy naraz: ten, który powoli opuszcza, i ten, który dopiero ma się przed nim otworzyć. Starość pozwalała mu pisać z niezwykłą trzeźwością, bez żalu, bez lęku, z pełną świadomością, iż koniec jest formą spełnienia. Tworzył wiersze o przemijaniu, ale nie o przemijaniu tragicznym, wręcz przeciwnie – chodzi o przemijalność, która uszlachetnia, ustanawia porządek i przywraca adekwatne proporcje. Pisząc o śmierci, Kawafis nie mówił szeptem. Mówił tonem człowieka, który rozumie, iż człowiek jest światem nie dlatego, iż żyje długo, ale dlatego, iż żyje świadomie. Starość dała mu zatem najpiękniejszą perspektywę, pozwalając spojrzeć na swoje życie z góry, niczym na ukończony poemat.
W sposób naturalny był to również czas delikatnych pożegnań. Kawafis żegnał swoich bohaterów, jednego po drugim: tych z historii i tych z życia codziennego. Żegnał ludzi, którzy byli wcześniej, i miejsca, które zmieniały kształt. A jednak w jego poezji nie ma goryczy. Jest światło: spokojne, ciepłe, pełne harmonii. Jakby wiedział, iż wszystko, co kochał, będzie trwać, dopóki będzie istniało w jego poezji. Poeta wiedział, iż nadchodzi cisza, ale się jej nie bał. Bo cisza, prawdziwa, głęboka cisza, to po prostu inny rodzaj słów. I w tej ciszy Kawafis przeszedł na drugą stronę, zostawiając za sobą Aleksandrię, która już na zawsze będzie wypełniona jego poezją.

Powracające motywy
Poezja Kawafisa nie jest prostą linią, a raczej spiralą krążącą wokół kilku stałych punktów, powracającą doń stale, ale nigdy w ten sam sposób. Każdy z jego wierszy to inna wersja tych samych pytań, tych samych przyjemności, tych samych cierpień. To tak, jakby poeta nieustannie powracał do tych zakątków duszy, które nigdy się do końca nie goją, które drżą za każdym razem, gdy dotyka ich wspomnienie.
To nie przypadek, iż jego wiersze przypominają labirynt: wąskie korytarze, ostre zakręty, nagłe otwarcia, drzwi, których już nikt nie używa, i światło, które sączy się przez wąskie szczeliny. Poeta wiedział, iż człowieka nie tworzy pojedyncze doświadczenie, ale powrót do tego, co poruszyło go najgłębiej. Dlatego jego tematy nie są dekoracjami, ale naczyniami, w których przechowuje wszystko, czego nigdy nie chciał się pozbyć: zapach młodości, cień utraconej miłości, żar niespełnionych pragnień, dumę dawnych bohaterów, ich porażki i nieodrobione lekcje.
Każdy motyw to dla niego nie temat, ale przestrzeń duchowa. Nie obraz, ale echo. Nie idea, ale głos, który powraca z innej epoki: z antycznej Grecji, z ulic Aleksandrii, z własnego życia, przeżywanego w ciszy i z ukrytym żarem. Poeta pochyla się nad nimi jak nad pękniętymi amforami wykopanymi z ziemi: delikatnie, z uwagą, wiedząc, iż w ich wnętrzu drzemie zapach przeszłości, a może choćby jej tajemne znaczenie.
Motywy, do których wracał, można też porównać do kamieni milowych jego duchowej drogi. Każdy z nich jest inną bramą, przez którą można wejść do jego świata. A jednocześnie są jakby zszyte nicią westchnienia: prowadzą od miłości do historii, od zmysłowości do przeznaczenia, od starożytności do współczesności, od człowieka do samego wnętrza człowieka.
Wszystkie te powtarzające się obrazy tworzą jedną wielką opowieść, ale nie o Aleksandrii, nie o Grekach, nie o poszczególnych bohaterach historycznych, ale o tym, co najbardziej ludzkie: pragnieniu sensu życia, choćby jeżeli jest ono tak kruche jak zniszczony przez czas pergamin.

Itaka
Szczególne miejsce w poezji Kawafisa zajmuje Itaka – nie tyle wyspa na mapie czy punkt geograficzny, ile duchowy kompas, światło świecące u kresu długiej podróży. Światło, którego nie można dotknąć, bo jego moc tkwi w przewodzeniu, a nie w tym, iż daje się posiąść. Kawafis mówi nam, iż Itaka żyje w każdym człowieku: w jego pragnieniach, błędach i tęsknocie za czymś większym niż codzienność. Podróż powinna być piękna nie dlatego, iż prowadzi nas do celu, ale dlatego, iż uczy nas widzieć: widzieć morskie fale, widzieć ludzkie gesty, własną samotność i odwagę codziennych wyborów.
W jego poematach podróż nabiera niemal sakralnego wymiaru. Nietrudno tu o skojarzenie z hymnami homeryckimi, ale złagodzonymi współczesną ironią: nie każdy Odyseusz wraca do domu, nie wszystkie domy są takie, jakimi je zapamiętał. Czasem podróż kończy się w połowie słowa, w środku gestu, ale właśnie dlatego wciąż jest aktualna. Kawafis mówi: „Nie lękaj się, jeżeli Itaka okaże się uboga. Dała ci piękną podróż. Bez niej nie wyruszyłbyś w drogę”. To zdanie zawiera filozofię życia, którą mógłby głosić stoik stojący na nadbrzeżu Aleksandrii.
Historia jako lustro
Nie ma też poezji Kawafisa bez historii. Daleko jej do muzealnej gabloty – jest żywym, drgającym zwierciadłem odbijającym teraźniejszość. Kawafis splata epoki tak płynnie, iż trudno stwierdzić, czy bohater jego poematu żył w czasach Ptolemeuszy, czy właśnie opuścił tawernę w dzielnicy Ras al-Tin. W tym właśnie tkwi sekret jego stylu: starożytność to nie przeszłość, ale język, którego poeta używa, by mówić o sobie, o współczesnych, o przeznaczeniu. W jego utworach spotykamy Antoniusza czekającego na łaskę bogów, barbarzyńców, którzy mogą nigdy nie nadejść, władców, którzy zbyt późno uświadomili sobie swoje błędy, młodzieńców, którzy nigdy nie zostali zapisani w legendach, ale byli bohaterami własnych, cichych dramatów.
Nie są to postacie z podręcznika, ale psychologiczne maski, archetypy, w których odbija się człowiek wszystkich czasów. Jego historia jest jak teatr grecki: światło pada na twarz aktora, który gra raz króla Seleucydów, raz kupca z Aleksandrii. Widz nie wie już, co jest mitem, a co rzeczywistością.
Ta jedność przeszłości i teraźniejszości sprawia, iż wiersze Kawafisa są aktualne zawsze: niczym ostrzeżenie, iż każde pokolenie jest blisko swojej własnej Itaki, swojego własnego barbarzyńcy, odejścia bogów.
Kawafis pokazuje, iż życie staje się pełne, gdy człowiek potrafi przyjąć przemijanie i ulotność, gdy widzi sens w drodze, a nie w samym celu
Pragnienie i pamięć
Miłość z poezji Kawafisa kojarzy się ze światłem nocnej lampki, słowem szeptanym za zamkniętymi drzwiami, gestem trwający dłużej niż samo spotkanie. Temat tęsknoty ujmowany jest w niezwykle delikatnych wersach: nie ma tu krzyku, ekstatycznych deklaracji, jedynie poetycka wstrzemięźliwość, niemal wstyd. A może duma, uczucie, które trzeba nosić jak klejnot, tak cenny, iż jest ukryty przed światem?
Uczucie, które opisuje Kawafis, jest niespełnione, ulotne, zagubione, pozostawione w pamięci niczym ślad na wosku. Pamięć natomiast nie jest archiwum, ale miejscem pozostawionym po dotknięciu. Miejscem, które boli i koi jednocześnie. To intensywność chwili zachowana w słowach sprawia, iż jego wiersze miłosne są wrażliwe i wzniosłe. Ocala chwilę niczym artysta próbujący uchwycić nie modela, ale światło padające na jego ciało.
Czas, ciemna rzeka
Choć nie wymienia go wprost, czas jest w poezji Kawafisa bohaterem pierwszoplanowym. Przypomina aleksandryjską ulicę o świcie: z pozoru pustą, a jednak pełną niewidocznych przejść, wspomnień, kroków tych, którzy już odeszli. Czas jest rzeką, która nie pyta, nie pociesza, nie wraca. Ale Kawafis nie popada w ton lamentu. Zamiast tego przygląda się rzece z pewną cichą odwagą, jakby chciał powiedzieć: to, co mija, naprawdę było. Nie boi się przemijania, bo w jego filozofii właśnie utrata nadaje sens każdej chwili.
Przeznaczenie
Wiele wierszy Kawafisa mówi o chwili, gdy bogowie opuszczają człowieka. Nie czynią tego z gniewu. Odchodzą, ponieważ ich czas dobiega końca, tak jak dobiega końca czas każdej epoki. Ten temat stanowi subtelne echo antycznych tragedii: pokonany bohater zbyt późno uświadamia sobie, iż czas działania minął, iż bogowie się odwrócili, iż niczego nie da się uratować. U Kawafisa przeznaczenie nie jest okrutne – jest nieuniknione, jak zmierzch nad Morzem Śródziemnym. I równie piękne.
Aleksandria, istota żywa
Aleksandria, tak często tu wspominana, jest u Kawafisa czymś więcej niż miejscem. To ukryta bohaterka, krocząca obok poety jak cień. Przypomina kobietę o zmiennej twarzy: raz senną, raz hałaśliwą, raz dostojną, a raz wystawioną na wiatr pustyni. Żyje. Oddycha ulicami, którym nadała własne brzmienie; szepcze w nocach portowych, zapala lampy w zaułkach, które pamiętają zarówno śmiech młodych kochanków, jak i gniew dawnych władców.
Aleksandria jest też metaforą duszy – wielowarstwowej, niepokojącej, pełnej sprzeczności. Tak jak miasto, człowiek ma swoje jasne dzielnice, w których nie wstydzi się chodzić w świetle dnia, oraz zakamarki ciemne, skrywane przed światem, gdzie prawdziwa namiętność zostawia najtrwalsze ślady.
Jest wreszcie Aleksandria miastem-wyrocznią, świadkiem pokoleń. Patrzyła na triumfy Ptolemeuszy, na pożar biblioteki, na przybycie obcych wojsk – i patrzy również teraz: na chłopców o nagich torsach w sklepikach portowych, na poetyckie pytania, które zadaje człowiek XX wieku.
Miasto nie milczy. Szumi jak Morze Śródziemne, nigdy nie zastyga w bezruchu.

To, co zostaje
Kawafis rozumiał, iż ludzkie życie jest jak zwój papirusu: kruche i podatne na upływ czasu. A jednak nie rezygnował z pytania: co z nas naprawdę zostaje? W jego poezji ślad nie jest pompatyczny. Nie chodzi o monumenty, o wielkie czyny, o historię spisaną przez zwycięzców. Ślad to często zapach perfum na poduszce, spojrzenie uchwycone w lustrze tawerny, pięść zaciskająca się w gniewie i zaraz mięknąca, linia światła na ramieniu kochanka.
Kawafis wie, iż świat pamięta nie wielkie gesty, ale mikrosekundy prawdy, chwile, w których przestaje się udawać. Temat ten nawiązuje do greckich lamentów, zwłaszcza tych, w których bohater prosi bogów o zachowanie choćby cienia jego istnienia. Kawafis odwraca tę logikę: to nie bogowie powinni pamiętać cuda ludzkości, ale sam człowiek, który ma zdolność uchwycenia chwili. Ślad rodzi się najpierw w nim.
Noc, przestrzeń prawdy
Noc jest dla aleksandryjskiego poety królestwem, w którym człowiek staje się prawdziwy. To czas, w którym przestają obowiązywać dzienne role, maski, tytuły. W nocnych godzinach dokonują się spotkania, pożegnania, wyznania, decyzje, upadki, narodziny wierszy.
Noc pachnie kadzidłem i morzem, jest pełna cieni i szeptów. Nie jest groźna, ale intymna. Słyszymy tu wyraźnie echo greckiej tradycji sympozjonów, nocnych uczt, podczas których prawda wypływała na powierzchnię pod wpływem wina i towarzystwa. Ale u Kawafisa prawda jest samotna. Rodzi się w ciszy pokoju, nad kartką papieru, w świetle, które przypomina żar antycznych lamp oliwnych.
U Kawafisa przeszłość nie umiera, bohaterowie starożytności wciąż żyją w naszej wyobraźni, w uczuciach, w moralnych dylematach i w wyborach, które podejmujemy. Powyżej: popiersie Marka Antoniusza, jednego z ulubionych (przegranych) bohaterów Kawafisa, w Muzeach Watykańskich
Piękno przegranej
Kawafis kocha bohaterów przegranych. Nie zwycięzców, nie zdobywców, ale tych, którzy z godnością przyjęli porażkę. To głęboko helleński temat: upadek jest w pewnym sensie piękny, ponieważ odsłania prawdę o człowieczeństwie. W jego wierszach Antoniusz upada, ale z honorem; miłość gaśnie, ale zostawia światło; historia zamyka swe podwoje, ale zostawia echo. Upadek nie jest końcem; to punkt, w którym człowiek staje się naprawdę sobą.
W wierszach Kawafisa tematy są jak światło i cień w tym samym pokoju. Przeszłość spotyka się z teraźniejszością, doświadczenie z pragnieniem, życie ze śmiercią. Każdy powracający obraz jest zwierciadłem, w którym poeta widzi siebie i swój czas: podróż staje się celem życia, a nie jego celem; miłość i pożądanie są krótkie, ale niezwykle ważne; przeszłość i historia uczą, ale nie zobowiązują; samotność jest przestrzenią samopoznania; upadek i porażka kształtują i formują duszę.
Tematy te sprawiają, iż jego wiersze są żywe, uniwersalne i ponadczasowe. Każdy wiersz stanowi zapis podróży poety i zaproszenie do wspólnej wędrówki przez miasto, które nigdy nie przemija; przez chwile, które na zawsze pozostają w pamięci.

Refleksje
Dziś, po latach, wiersze Kawafisa wciąż kojarzą się z miękkim światłem lampy w cichym pokoju pogrążonym w mroku; z echem ulic Aleksandrii, z pamięcią o podróżach, które nigdy się nie kończą. Przypominają nam, iż życie nie jest celem, ale drogą, a prawdziwe bogactwo tkwi w doświadczeniu, w refleksji, w odwadze, by spojrzeć na siebie i świat takim, jakim jest: pełnym piękna i ulotności, światła i cienia.
Jego twórczość uczy nas, iż każda tęsknota, każdy krok, każdy upadek i każda miłość mają znaczenie. Że przeszłość i historia są lustrem, w którym możemy odnaleźć siebie. Że samotność jest przestrzenią, w której odkrywamy własny głos. I iż choćby jeżeli nasze Itaki okażą się ubogie, to podróż, którą przeszliśmy, uczy nas więcej niż sam cel.
Czytając poezję Kawafisa, uczymy się patrzeć poza Aleksandrię: nie tylko na starożytnych bohaterów, nie tylko na innych. W spojrzeniu tym odnajdujemy bowiem światło, które prowadzi nas przez nasze własne życiowe podróże. Te, których znaczenie odkrywamy dopiero wtedy, gdy powracamy wzbogaceni o wspomnienia, tęsknotę i świadomość własnej duszy.
Przy tworzeniu tekstu korzystałam z następujących publikacji:
Hajduk J., Kawafis. Świat poetycki, Tyniec 2013
Kubiak Z., Kawafis Aleksandryjczyk, Tenten 1995









