Ranek nad Kolonią Przylądek 9 wyglądał jak coś, co ktoś już raz zjadł i wypluł. Chmury miały te swoje dziury, jakby coś je wygryzało od środka, i łączyły się siwymi żyłkami, a niebo między nimi wyglądało jak zaschnięte błoto po korku na obwodnicy — tylko wyżej.
Życie w Kolonii Przylądek 9, dziewiątej dzielnicy przesiadkowej dla robotników orbitalnej stoczni, od zawsze przypominało leniwy ściek. Trochę ruchu, trochę smrodu z suszarni kombinezonów i — jak się przyzwyczaić — można to choćby nazwać domem. Z sąsiedniego bloku dobiegał zapach smażonych kotletów mielonych, ktoś puścił za głośno serial o gliniarzach z Marsa, pies dozorcy Rex szczekał na własny cień pod suszarką.
Kiedy szedłem w stronę klatki, Ziutek Dysza otworzył okno na trzecim piętrze i podkręcił muzykę. Radio Pechowiec grało jego ukochany kawałek, "Pogromca chmur w malinowych gaciach".
Zza rogu wyłonili się Stach Zamiatacz i Boso Chodząca Krysia. Ciągnęli fotel dowódcy wymontowany z promu kosmicznego, który rdzewiał na skraju poligonu za osiedlem.
— Krysia otwiera zakład fryzjerski. Salon męski — zameldował Ziutek.
— Zbankrutuje — zwątpiłem. — U nas ekologia taka, iż pół osiedla łyse chodzi po tej wodzie ze stoczni.
— No właśnie o to chodzi — uśmiechnął się Ziutek. — Wymyśliła "pięćdziesiąt fryzur dla łysego". Rozesłała zaproszenia, jest szum. Mówi, iż żołnierze pisali — spodobało się. A tak w ogóle to wczoraj wojsko przyszło.
— Ostrzyc się chcą? — parsknąłem.
— Nie do końca. Zebrali nas wszystkich z klatki. Mówią, iż zgubili rakietę. Specjalnie tajną — Ziutek przeszedł na szept.
— Kiedy zgubili?
— Podobno jeszcze jesienią zeszłego roku była na miejscu…
— Ważne, iż w porę zauważyli.
Ziutek pokiwał ze zrozumieniem.
— A jak ona wygląda?
— Nikt nie wie. Przecież mówię — specjalnie tajna. Zebrali wszystkich, co byli na podwórku. Pytali, czy nic dziwnego się nie działo. To Burakowa przyznała, iż mniej więcej wtedy zgubił jej się kosmiczny biustonosz. Cenny. Były w nim dwa tajne pliki na karcie pamięci. Jak je wyjęła, to on zaraz zniknął. I teraz twierdzi, iż to nie przypadek. Jak go "przelotni" ukradli, to pewnie teraz gdzieś lata, zgubiony w kosmosie. A Ciapa Jednonoga powiedziała, iż widziała coś dziwnego w Martwym Lesie za torami i zaprowadziła tam wojskowych.
Machnąłem ręką.
— Znowu próbuje złapać trójgłową ropuchę. Żeby potem pokazywać za pieniądze przy dworcu. Ganialiśmy z Ciapą za nią ostatnim razem do nocy. Absurd. Mówiła jeszcze, iż trzeba wojsko sprowadzić i okrążyć teren.
— Żeby okrążyć Martwy Las, to tego wojska nie starczy — zwątpił Ziutek.
— A kiedy poszli, ona i wojskowi? — spytałem.
— Jeszcze wczoraj i do tej pory nie ma.
— Czyli zaciskają pierścień — moja pewność nie zostawiała żadnych wątpliwości.
Ziutek wyciągnął z kieszeni pudełko.
— To wojsko zostawiło nam okulary. Specjalne. Do wzmożonej czujności.
— Co tu czuwać? — obrzuciłem sowim wzrokiem nasze sierocze podwórko z trzepakiem i ławką bez oparcia.
— Chodź za mną — powiedział Ziutek i ruszyliśmy w stronę poligonu.
— Popatrz w prawo — kiwnął głową.
Po prawej był nasyp, krzaki, piach, słupy i wieża telemetryczna. Zwykły widok.
— Teraz załóż okulary i popatrz w to samo miejsce.
Ziutek nałożył drugą parę.
Okulary były miękkie, cienkie jak silikon. Założyłem je i osłupiałem. Za krzakami siedziały dwa przybysze. Każdy wielkości mnie plus jeszcze półtora Ziutka. Podobne do waranów. Oczy jak spodki od filiżanek. Szyja w fałdach. Z pyska cieknie ślina, kap, kap, na gorący piach. Zdjąłem okulary — nikogo. Założyłem — siedzą. Zdjąłem — nikogo. Założyłem — siedzą jak wryci. Nas ignorowali. Obserwowali pas startowy. Zdjąłem. Popatrzyłem na okulary w dłoni.
— Teraz rozumiesz — powiedział Ziutek — jak wojsko mówi, iż walczy, a my nie kapujemy z kim…
— A spróbujmy wywrócić okulary na drugą stronę?
Wygięliśmy soczewki na drugą stronę i przycisnęliśmy do skroni. W tej samej chwili znaleźliśmy się za plecami przybyszów. Przed nami po nasypie maszerowały krzaki, kołysały się jak wahadło słupy i powoli przewracała się wieża telemetryczna. W naszą stronę.
Gdy kąt nachylenia zrobił się krytyczny, przybysze najpierw spojrzeli na siebie, a potem odwrócili się w naszą stronę. Ciarki przebiegły mi po plecach i schowały się pod kością ogonową.
Zerwaliśmy się z Ziutkiem jak na sprincie stumetrowym. Po drodze zgubił swoje ulubione sandały z siatki drucianej. Kiedy dobiegliśmy na podwórko, Stach Zamiatacz spadł z beczki po kapuście. Potem znowu wlazł na beczkę i zaczął miotłą dziabać w niebo. Trafiając miotłą w coś twardego, spadał raz po raz, tracąc równowagę. I znowu wdrapywał się na beczkę, dziabiąc w niebo. Okazało się, iż rozgania twarde warstwy atmosfery. Na nosie Stacha bujały się takie same okularki.
— Wiesz co — oddałem Ziutkowi gogle — ty więcej od wojska nic nie bierz.
Ziutek pokiwał ze zrozumieniem.
— Jedną parę zostawimy Krysi. Niech ogala przybyszów. Będzie zysk.
— Niech.
Gdzieś za plecami zabrzmiało "kum". A może nam się wydawało? Odwróciliśmy się. Zakurzoną drogą od strony Martwego Lasu szła Ciapa Jednonoga. Ale już bez wojskowych.
— Chyba nie wszyscy wyszli z okrążenia — powiedział Ziutek.
Pokiwałem ze zrozumieniem.












