Świece na stoliku numer siedem paliły się już drugą godzinę, kiedy kelner położył przed Bartkiem czarną skórzaną teczkę z rachunkiem. Restauracja „Panorama" na trzydziestym piętrze wieżowca przy Rondzie Daszyńskiego miała opinię miejsca, do którego zaprasza się tylko przy wyjątkowych okazjach. Za oknem migotała Warszawa, gdzieś w dole sunęły światła samochodów po Trasie Toruńskiej, a kelnerzy nosili białe rękawiczki choćby do nalewania wody.
Bartek otworzył teczkę, zobaczył sumę i mimowolnie ściągnął brwi.
— Trzysta osiemdziesiąt za dwa dania i butelkę wina? — powiedział półgłosem, bardziej do siebie niż do Nadii.
Nie zdążył dokończyć zdania.
Nadia odłożyła serwetkę, wstała od stolika tak gwałtownie, iż kieliszek prosecco zachwiał się i o mało nie runął na obrus. Miała na sobie czerwoną sukienkę, którą kupiła specjalnie na tę kolację — powiedziała mu wtedy, iż to na „ważną rozmowę o przyszłości".
— Wiesz co, Bartek. Ja się duszę przy tobie — rzuciła głośno, tak głośno, iż siedząca obok para przestała jeść. — Ja chcę żyć inaczej. Nie liczyć każdej złotówki przy talerzu z carpaccio. Ja się do tego nie nadaję.
— Nadia, poczekaj, ja tylko—
— Nie ma czego czekać. — Poprawiła pasek torebki na ramieniu, chociaż wcale nie zsuwał się jej z ramienia, po prostu ręce chciały coś robić. — Znajdź sobie kogoś, kto lubi jeść w barze mlecznym. Ja jestem stworzona do czegoś więcej.
Odwróciła się na obcasie i ruszyła w stronę wyjścia. Przy sąsiednim stoliku starsza kobieta odłożyła widelec i patrzyła za nią bez cienia zaskoczenia, jakby taką scenę widziała już kiedyś, przy innym stoliku, z inną parą.
Bartek zgarnął palcem okruch chleba, który leżał obok koszyczka z pieczywem, przesunął go w jedną stronę obrusu, potem w drugą, i wpatrywał się w płomień świecy, jakby liczył, ile jeszcze będzie się palić.
Nadia doszła prawie do drzwi obrotowych, gdy usłyszała za plecami szybkie kroki na marmurowej posadzce.
Kierownik sali, mężczyzna w idealnie skrojonym czarnym garniturze, wyprzedził ją i podszedł prosto do stolika numer siedem. Pochylił się w ukłonie, jakby witał kogoś z rodziny królewskiej.
— Panie Prezesie, bardzo przepraszamy za zwłokę. Winda na trzydzieste piąte piętro już czeka. Przygotowaliśmy salon VIP zgodnie z pana życzeniem.
Nadia zatrzymała się w pół kroku, poczuła, jak robi jej się gorąco pod kołnierzykiem sukienki, mimo iż przed chwilą było jej chłodno przy stoliku. Odwróciła się.
— Prezesem? — powtórzyła, jakby to słowo nie mieściło się jej w głowie.
Kierownik sali spojrzał na nią z uprzejmym, ale zaskoczonym wyrazem twarzy.
— Pan Bartosz Wilczek. Właściciel spółki Wilczek Holding, do której należy ten budynek. I ta restauracja.
Bartek w końcu podniósł głowę. Złożył serwetkę na pół, potem jeszcze raz na pół, i dopiero wtedy odłożył ją obok talerza.
— Chciałem ci to powiedzieć przy deserze — odezwał się, zwracając się do Nadii, i głos mu się na chwilę załamał, zanim doszedł do końca zdania. — Ubrałem się dziś specjalnie zwyczajnie. Sprawdzałem coś.
— Sprawdzałeś? — Nadia zrobiła krok w jego stronę, ale kierownik sali delikatnie zasłonił drogę do stolika, jakby to była teraz strefa, do której nie każdy ma wstęp.
Bartek wziął łyk wody, zanim odpowiedział, jakby potrzebował chwili.
— Chciałem wiedzieć, co zrobisz, jak pomyślisz, iż mnie nie stać. — Urwał. — No i już wiem.
Nadia stała pośrodku sali w czerwonej sukience, z torebką ściśniętą w dłoni tak mocno, iż knykcie jej pobielały, ale w tej samej chwili roześmiała się krótko, nienaturalnie, jakby to był odruch, a nie prawdziwy śmiech.
— To jakiś żart. To musi być jakiś żart — powtarzała, patrząc to na kierownika, to na Bartka.
— Panie Wilczek — kierownik sali wyciągnął rękę w stronę windy — winda czeka.
Bartek wstał, zapiął marynarkę, wyjął z portfela kartę i podał ją kierownikowi bez patrzenia na rachunek.
— Proszę doliczyć do mojego konta firmowego.
Podszedł do Nadii, zatrzymał się o krok, na tyle blisko, żeby mówić cicho.
— Mieszkanie na Mokotowie, w którym mieszkasz od roku, jest zapisane na moją firmę. Umowa najmu wygasa jutro. Nie przedłużę jej.
— Bartek, poczekaj, ja przecież—
— Rachunek za dzisiaj to trzysta osiemdziesiąt złotych. — Wyjął telefon, spojrzał na ekran, jakby czytał z niego liczby, chociaż pewnie znał je na pamięć. — Za mieszkanie płaciłem cztery dwieście miesięcznie, przez rok. Pięćdziesiąt tysięcy czterysta. Jesteśmy kwita, powiedzmy.
Otworzył aplikację banku, kliknął coś dwa razy, schował telefon.
— Zablokowałem ci dostęp do karty dodatkowej. Klucze zostaw portierowi, panu Tadeuszowi, on cię zna z widzenia.
Nadia otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło. Za oknem, trzydzieści pięter niżej, migały światła samochodów jadących w stronę Wisłostrady, zupełnie obojętne na to, co się właśnie działo na górze.
Bartek skinął głową kierownikowi i ruszył w stronę windy. Nie odwrócił się, nie powiedział nic więcej, po prostu wszedł do środka, a drzwi zasunęły się bezgłośnie.
Nadia została sama pośrodku sali. Kierownik podszedł do niej z uprzejmym, choć chłodnym uśmiechem.
— Czy zamawia pani coś jeszcze, czy przygotować rachunek osobno?
Nie odpowiedziała. Wzięła torebkę i przecisnęła się między stolikami do wyjścia.
Następnego dnia po południu pan Tadeusz, portier w bloku przy ulicy Puławskiej, odebrał od niej kopertę z kluczami. Podpisała protokół zdania mieszkania bez słowa komentarza, tylko przez chwilę trzymała długopis nad linią z datą, jakby nie mogła sobie przypomnieć, który dziś dzień. Nie zostawiła adresu do korespondencji.











