Kocie oczy patrzyły na nią w milczeniu. Westchnęła głęboko, zebrała się na odwagę i sięgnęła po mruc…

twojacena.pl 2 dni temu

Kot patrzył na nią milcząco. Westchnąłem i zebrałem się na odwagę wyciągnąłem po niego rękę, licząc, iż rękawy mojej skórzanej kurtki uchronią mnie przed pazurami futrzanego pasażera na gapę

Zmiana dobiegała końca, więc poszedłem na tył autobusu, uważnie zaglądając pod każde siedzenie.

Autobus był dla mnie niemal jak drugi dom, a w domu zawsze lubiłem mieć porządek. Może dlatego, iż nie miał mi kto nabałaganić?

Anno, najwyższy czas, żebyś sobie znalazła męża rzucały ciotki-disponentki w zajezdni. Już prawie trzydziestka, a ty wciąż sama. Poza tym ta twoja robota to nie jest zajęcie dla kobiety. Mężczyźni nie mają tyle cierpliwości, zwłaszcza jak trafi się jakiś awanturnik!

Mnie trafiają się porządni ludzie odpowiadałem. Lubię swoją pracę. A mąż? No przecież to nie pies ani kot, żeby go sobie założyć!

Ciotki wymieniały porozumiewawcze spojrzenia. Wiedziały przecież, z mężczyzną kłopotów więcej niż z futerkowym pupilem.

To może chociaż kota sobie spraw radziły. Tak nie będziesz taka sama!

Wzdychałem:
Kot na razie się nie sprawia mówiłem im z lekkim uśmiechem, po czym wracałem do domu, włączałem muzykę, szykowałem sobie kolację, czytałem coś i szedłem spać

Dni były do siebie podobne jak dwie krople wody. Nie przepadałem za weekendami wtedy miałem za dużo czasu, z którym nie bardzo wiedziałem, co zrobić. W takie dni lubiłem po prostu jeździć autobusem jako pasażer i czuć się, jakbym ruszał w nowe, lepsze życie

Ten dzień wydawał się taki sam jak inne. Po zakończeniu zmiany posprzątałem autobus.

Gdy zajrzałem pod tylne siedzenie, aż cofnąłem się ze zdziwienia. Wpatrywały się we mnie dwie lśniące ślepia!

No to co? Kici-kici! Co ty tu robisz? przykucnąłem. Zgubiłeś się?

Kot patrzył na mnie bez słowa.

Westchnąłem, zebrałem się w sobie i sięgnąłem po niego, mając nadzieję, iż rękawy ochronią mnie, gdyby chciał mnie podrapać.

Kot dał się wyciągnąć spod siedzenia i wtedy mogłem mu się lepiej przyjrzeć.

Był wyjątkowy.

Nie znałem się za bardzo na rasach, ale buzia i puszystość wskazywały, iż mam do czynienia z perskim. Na szyi miał obrożę z medalikiem.

Merlin przeczytałem, obracając kota delikatnie z jednej na drugą stronę. Co, na serio taki z ciebie czarodziej?

Kot przeciągnął się i ziewnął, nie zaprzeczając.

I co teraz z tobą począć, Merlinie? pomyślałem, gdzie mam szukać właściciela?

Kot popatrzył na mnie i znowu ziewnął. Jakby mówił: Sam chciałbym wiedzieć. I przy okazji, może bym coś zjadł i się zdrzemnął?

Zrozumiałem, iż mam dwa wyjścia. adekwatnie jedno. Nie zostawię przecież takiego futrzaka na ulicy!

Dobra powiedziałem zdecydowanie. Dziś nocujesz u mnie, jutro wydrukuję ogłoszenia z twoim zdjęciem. Ktoś pewnie się o ciebie martwi!

Kot nie protestował. Ale jak tylko ruszyłem w stronę wyjścia, próbował mi się wyswobodzić z rąk.

Co jest? zapytałem. Kot sam wyskoczył na podłogę i wrócił na tył autobusu. Po chwili przyniósł coś w zębach.

No co tam masz? pochyliłem się.

Kot puścił, a w mojej dłoni znalazł się los na loterię.

To ci numer! przyjrzałem się znalezisku. To twój właściciel zgubił jednocześnie ciebie i kupon?

Kot popatrzył na mnie porozumiewawczo, po czym jakby nalegał, bym już wracał do domu.

W głowie miałem już dylemat: czy w ogłoszeniu pisać o loterii? A co, jeżeli ktoś zgłosi się podstępem, żeby kupon przejąć?

Trzeba będzie być sprytnym! A na razie dobrze by było kupić coś dla kota.

Co byś chciał zjeść? spytałem w sklepie, nerwowo patrząc na półki pełne karm dla zwierząt.

Merlin omiatał wzrokiem pudełka, wreszcie pociągnął łapą jeden z nich, żebym zbliżył się do wybranej karmy.

Na pewno ten? upewniłem się.

Merlin chwycił opakowanie zębami. Nie miałem już wątpliwości.

Spryciarz z ciebie! pochwaliłem.

Merlin zamruczał coś, co zabrzmiało jak Wiem. Kupiłem zakupy też dla siebie i wróciliśmy do domu.

Rozgość się zaprosiłem, stawiając kota na podłodze.

Merlin od razu zaczął objazd mieszkania. Ja poszedłem do kuchni przygotować posiłek. Ponieważ misek dla kotów nie miałem, przeznaczyłem dwa spodeczki na wodę i jedzenie.

Kiedy Merlin się najadł, zrobiłem mu zdjęcie i wydrukowałem ogłoszenie. Nie wspomniałem w nim o losie ani o imieniu.

Pokazałem wydruk kotu.
Zobacz, jak ładnie wyszedłeś! pochwaliłem. Jutro powieszę w autobusie, może właściciel się znajdzie! O, nie!

Zamarłem na moment. Jutro pracuję i nie mam z kim zostawić kota

Zabrać go? Bez sensu będę się tylko rozpraszał. Samotność? Stres dla zwierza, już raz się pogubił!

Nagle przypomniałem sobie o Marcinie sąsiedzie z tego samego piętra. Pracuje zdalnie, nie chodzi codziennie do biura ani nie siedzi cały dzień za kierownicą. Wystarczy mu laptop i internet.

Czasem mijaliśmy się w korytarzu, kiedy kończyły mu się zapasy w lodówce. Był wysoki, trochę rozczochrany, w okularach.

Wymienialiśmy uprzejme kiwnięcia i każdy szedł w swoją stronę. Ale Marcin mógłby przypilnować kota.

Zebrałem się na odwagę i zadzwoniłem do drzwi sąsiada. Marcin otworzył w rozciągniętych spodniach i domowych kapciach. Spojrzał na mnie zdziwiony.

Wyjaśniłem mu sprawę jak najgrzeczniej potrafiłem, ale o dziwo, nie musiałem długo go przekonywać. Wziął ode mnie zapasowy klucz i pokiwał głową.

Przez sekundę poczułem lekką przykrość, iż niemal mnie nie zauważył. Westchnąłem i wróciłem, zawołałem:
Kici-kici, Merlin, gdzie jesteś?

Kot już czekał przy drzwiach balkonowych, sugerując adekwatną trasę.

Zastanowiłem się krótko i doszedłem do wniosku, iż taki sprytny kot raczej nie wyskoczy z ósmego piętra. Otworzyłem więc balkon.

Merlin wskoczył lekko na poręcz. Przestraszyłem się i podbiegłem, żeby go złapać.

Kot spojrzał na mnie zdziwiony i z lekką wyższością, po czym odwrócił głowę w górę. Podrapałem go po futrze i też z tęsknotą spojrzałem w niebo I zobaczyłem gwiazdy.

Spojrzałem, jak jedna z gwiazd spada szybka, jak łza. Kot otrzepał się i szturchnął mnie łapką, jakby podpowiadając Złóż życzenie!. Złożyłem.

Zasnąłem, jak tylko położyłem się do łóżka, bez filmu ani książki na pewno dlatego, iż przy mnie mruczał kot-czarodziej imieniem Merlin

Rano, przekazując instrukcje zaspanym Marcinowi, poszedłem do pracy.

Cały dzień jeździłem po Warszawie z ogłoszeniem w autobusie, ale nikt się nie zgłosił po kota.

Trochę mi było głupio, ale nie mogłem się nie cieszyć. Do domu wracałem jak na skrzydłach tam czekał na mnie ktoś

W mieszkaniu pachniało świeżą kawą. Zawsze piłem rozpuszczalną, więc od razu wyczułem różnicę.

Zaparzyłem swoją, przyznał Marcin. Bez urazy, ale twoja kawa jest słaba. Przyniosłem swoją, z ekspresu. Napijesz się?

Z chęcią! ucieszyłem się. A gdzie Merlin?

Kot natychmiast pojawił się w korytarzu, spokojny i zadowolony. Podszedł, otarł się o moją nogę, jakby z wdzięcznością.

Twój Merlin ma się świetnie Marcin przykucnął, żeby go pogłaskać. Wiesz, dawno tak nie odpoczywałem. Odpaliłem komputer, miałem pracować nad stroną, a wyszło inaczej

Przypomniałem sobie, jak kiedyś pisałem opowiadania. Palce same zaczęły stukać w klawiaturę napisałem bajkę o kocie.

Pokażesz mi? zapytałem zaciekawiony.

To bzdura! Marcin bronił się, ale widać było, iż chciałby się pochwalić. Naprawdę chcesz?

Jasne! Lubię bajki. A fantasy to przecież prawie to samo! zapewniłem go gorąco.

I oczywiście się zgodził.

Potem piliśmy kawę i czytaliśmy bajkę, podczas gdy Merlin siedział z boku i patrzył na nas z pobłażliwą miną, jakbyśmy byli tylko maluchami, bawiącymi się w piaskownicy.

Bajka bardzo mi się spodobała. Gdy Marcin wrócił do siebie, było mi trochę smutno. Troszkę, bo przecież miałem kota.

I wtedy ktoś zadzwonił do drzwi. Merlin natychmiast poszedł sprawdzić, kto to. Zawołałem:

Kto tam?

W sprawie ogłoszenia padło zza drzwi i aż zadrżałem.

Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby nie otwierać, ale byłoby to nieuczciwe. Otworzyłem. Na progu stał starszy, wysoki pan w czarnym płaszczu. Uśmiechał się:

Nie denerwuj się, kochany. Przyszedłem po kota i, żebyś się nie martwił, powiem od razu: nazywa się Merlin. O, już pędzi.

I rzeczywiście kot wskoczył mu od razu na ręce. Nie miałem już wątpliwości.

Wejdź, proszę odezwałem się cicho.

Nagle zrobiło mi się smutno. Jak można w jeden dzień przywiązać się do kota! Starszy pan przeszedł do kuchni, spojrzał na Merlina. Wydawało mi się, iż wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

Napiję się dobrej kawy, jeżeli poczęstujesz powiedział wreszcie.

Zaparzyłem kawę, na szczęście Marcin zostawił trochę swojej. Starszy pan i kot siedzieli cicho, jakby rozmawiali bez słów.

A znalazłeś może coś jeszcze? przerwał ciszę.

Poczerwieniałem. Przyniosłem los na loterię i podałem mu, ale ten tylko odsunął moją dłoń.

To dla ciebie uśmiechnął się.

Ale przecież to pański los! zaprotestowałem.

Ale znalazłeś go ty, a Merlin się nie sprzeciwia uśmiechał się nadal.

A jeżeli okaże się wygrany? zająknąłem się.

A będziesz się wiecznie wzbraniać przed szczęściem? spytał z uśmiechem.

Opuściłem oczy. Właśnie to życzenie wypowiedziałem, gdy zobaczyłem spadającą gwiazdę.

Daj szansę szczęściu, chłopcze. Nie smuć się, jeszcze się spotkamy. Gdy wrócisz

Skąd wrócę? chciałem zapytać, ale starszy pan już wyszedł, zamykając cicho drzwi.

Zasnąłem, ledwo się położyłem Śniła mi się bajka Marcina.

O czarodzieju, który przez całe życie myślał tylko o sobie. Jego czary nikomu nie przynosiły szczęścia i za karę zamienił się w kota.

I miał wędrować po świecie, póki nie rozproszy tę klątwę

Rano znów poszedłem do pracy, ale tego dnia słońce świeciło mocniej, pasażerowie się uśmiechali, a autobus sunął po ulicach z jeszcze większym wigorem.

A tak, sprawdziłem los. I prawie się nie zdziwiłem wygrałem wycieczkę nad Bałtyk! Bardziej zdziwiłem się, iż szef pozwolił mi pojechać słowami:

Odpocznij, Antek, najwyższa pora. Chłopaki cię zastąpią!

Potem było morze, gwiazdy i poczucie całkowitego odświeżenia.

Wróciłem do domu radosny i szczęśliwy, przywiozłem muszelki i zapach morza, który już został we mnie na zawsze.

Gdy przekręcałem klucz w zamku, Marcin wyszedł na klatkę. Wysoki, rozczochrany, trochę niezdarny.

Miałeś wczoraj gości powiedział. Kazali ci coś przekazać zamilkł na moment, patrząc na mnie uważnie, potem dodał: Wyglądasz inaczej. I bardzo ładnie.

Dziękuję uśmiechnąłem się. To co takiego miałem usłyszeć?

Marcin lekko pacnął się w czoło i na chwilę zniknął. Wrócił z małym, szarym, puszystym kotkiem na rękach. Miał bardzo znajomy wyraz pyszczka.

W końcu, u wszystkich persów to rodzinna cecha trochę wyniosłość.

To syn twojego kota znaczy tego, którego znalazłeś w autobusie. Nazywa się Artur.

Pan w płaszczu powiedział, iż tylko tobie możemy powierzyć jego wychowanie zawahał się. A adekwatnie, on powiedział nam

Nam? aż mi zabrakło tchu.

Tak, nam wyznał Marcin.

Miau! potwierdził kociak Artur i wyciągnął się do mnie łapką.

Wyciągnąłem rękę spotkała się z dłonią Marcina. I wtedy świat stał się odrobinę lepszy, cieplejszy i zwyczajnie szczęśliwy

Dzisiaj wiem: szczęściu trzeba dać się znaleźć. I czasem przychodzi do nas na czterech łapach.

Idź do oryginalnego materiału