Kochanka mojego męża była po prostu zjawiskowa. Sama bym taką wybrała, gdybym była facetem. Serio! Znacie ten typ kobiet: wiedzą, czego są warte. Chodzą wyprostowane jakby połknęły kij od szczotki, patrzą odważnie prosto w oczy, słuchają z uwagą każdej wypowiedzi. Żadnego nerwowego wiercenia się, ani rozchylonego dekoltu czy gołych pleców bo one nie muszą epatować ciałem. Mają w sobie królewską godność i zachowują stoicki spokój choćby wtedy, gdy świat się wali. Zero paniki.
Też bym ją wybrała. Zwłaszcza jako kompletne przeciwieństwo siebie.
Bo jaka ja jestem? Wiecznie w biegu, dzieci opieprzam, na męża pokrzykuję, wszystko mi z rąk leci, na nic czasu, w pracy zawal totalny, szefowa patrzy, jakby mnie miała zaraz wyprosić. Chodzę w tych samych spodniach i wyciągniętych swetrach bo wyprasować sukienkę czy bluzkę, to przecież cała wyprawa. Kiedy ostatni raz wyprasowałam te wszystkie falbanki i koronki? Nie pamiętam. Dobrze chociaż, iż nowoczesna suszarka wygładza ubrania na tyle, iż żelazko stoi zakurzone jak zabytek muzealny.
A ta kochanka… prawdziwa dama. Figura, postura, nogi, włosy, oczy, twarz istna Królowa Bona. Aż odechciewa się oddychać.
I ja adekwatnie nie oddycham od dnia, gdy się o niej dowiedziałam. adekwatnie zobaczyłam. Zupełny przypadek: załatwiałam coś służbowo na drugim końcu Warszawy, zgłodniałam i weszłam do pierwszej lepszej knajpy. Sprawa załatwiona, głód nie poczeka. Cudem dopadłam wolny stolik, usiadłam, otwieram menu, zerkam I nie, nie przywidziało mi się. Rozpoznałam mojego męża od razu. Od tyłu! I zobaczyłam ją.
Trzymał jej dłonie w swoich i całował jej palce. No litości, co za teatralna sielanka, przemknęło mi przez głowę. Jeszcze chwila, a zatańczą walca i zacznie recytować twoje palce pachną chlebem. Ale muszę przyznać kobieta była klasa sama w sobie.
Uczucie? Jak po poparzeniu patrzysz na czerwoną plamę na skórze i wiesz, iż za moment coś cię ruszy jak pszczołę, ale teraz, przez te kilka sekund, żyjesz w stanie przedburzowego spokoju. I próbujesz zminimalizować przyszły ból, dmuchając na poparzone miejsce.
Nawet nie bolało. Po prostu pusto. Zero.
Mąż wrócił punktualnie jak zwykle. On zawsze opanowany, wiecznie w pozytywnym nastroju. To ja byłam tykającą bombą, podkręcałam atmosferę, poganiałam wszystkich, wiecznie czegoś szukałam. A mąż? Prawdziwy sangwinik, pewny siebie, spokojny, z niezłym poczuciem humoru.
Teraz bardzo by mi się przydało jego poczucie humoru. Moje kompletnie się tu nie sprawdza.
Pół wieczoru swędziało mnie, żeby zapytać go z kamienną twarzą: No i jak tam twoja kochanka? Widziałam was ostatnio w Cafe Saska. Cudo, naprawdę, sama bym się nie oparła. Chciałam popatrzeć, jak mu pot spływa po czole, jak się czerwieni i usiłuje zachować spokój.
A potem dołożyć: To co, poznasz mnie z dziećmi? Nowa mama im się spodoba, a mnie gdzie planujesz przerzucić? Przynajmniej własne M ma? Czy przyprowadzisz ją do nas?
Oczywiście, nie powiedziałam nic z tego. Mąż, jak co wieczór, przytulił się w łóżku, przyciągnął do siebie i już chrapał.
Może oni jeszcze nie doszli do łóżka? pomyślałam odsuwając się na swoją połowę. Prychnęłam bezgłośnie. Teraz mam rozkminy typowe dla żony, którą zdradzili na własnych oczach, a ona jeszcze przekonuje świat, iż się przewidziało.
Może jeszcze się tylko spotykają, zakochują, oddychają tym samym powietrzem i łączą dusze. On w rolach kochanków agent specjalny. choćby grymas twarzy nie drgnie!
Kręciłam się całą noc, jakiś dziwny sen o wielokolorowych kwiatach i cudzych kochankach w czerwonych sukienkach.
Rano wstałam z głową ciężką jak po flaszce, wolniej niż zwykle ogarniałam siebie, dzieci, śniadanie. Wszystko jak zwykle, tylko pytań więcej. Co powinna zrobić kobieta, która przyłapie męża z kochanką? Znaleźć poradnik w internecie?
Google nie pomógł. Sama nie wiedziałam. Może próbować żyć dalej?
Ale co próbować? Przecież ja już dalej żyję. Dni ciągną się normalnie. Mąż wraca zgodnie z rozkładem jazdy, na koszuli brak szminki, dzieci wiecznie rozbrykane, w niedzielę kino. Niby cisza, rutyna. Nic się nie zmienia. Seks dwa razy w tygodniu, czasem trzy, jak dobrze pójdzie. Z detalami królowej życia.
Może mi się przewidziało w tej kawiarni?
Nie przewidziało. Zadzwoniłam do niego w południe. Nie odebrał. Zamówiłam taksówkę na Służew, do tej samej kawiarni. Kierowcy opowiedziałam, iż czekamy na istotną paczkę, służbowo. Samochód męża stał dokładnie naprzeciwko. Mąż i kochanka wyszli razem, razem wsiedli do jego auta i odjechali.
Zbladłam, poprosiłam taksówkarza o wodę, zadzwoniłam na niby: Wiecie co? Mam dosyć tej waszej paczki, odjeżdżam do pracy, nie będę dłużej czekać!, krzyknęłam, udając, iż ktoś tam na mnie czeka.
W sumie nie było mi wszystko jedno, co o mnie pomyśli taksówkarz.
Uświadomienie sobie obecności kochanki wywraca życie jak naleśnik na patelni. Rozwód? Pewnie, iż tak. Ale jak? Znosić? Po co? Dla kogo?
Przypomniało mi się, jak dwa lata temu u przyjaciół też wyszła na jaw kochanka męża. Ukrywał, kombinował. Żona i tak się dowiedziała. Była awantura, on się wypierał do upadłego, choćby jak mu pokazali czarno na białym SMS-y. Twierdził, iż go zhakowali, iż to spisek konkurencji.
A mój wtedy powiedział: Ja bym nigdy nie kłamał. To żałosne. Narozrabiasz, miej choć odrobinę odwagi się przyznać. jeżeli rodzina ważna zerwij. Albo odejdź, ale zabezpiecz bliskich.
Byłam z niego taka dumna. Ależ odpowiedzialny facet!
Łatwo radzić komuś z daleka. Zwłaszcza jak nie trzeba potem ponosić konsekwencji.
A gdy sam jesteś bohaterem dramatu i masz przed sobą równocześnie i żonę, i kochankę, odwaga wyparowuje jak woda z żelazka.
Podchodzę do nich w tej kawiarni, siadam przy stoliku. Kochanka patrzy na mnie zaskoczona, mąż zamarł, po chwili zaczął się wiercić. Cisza jak w konfesjonale. Robiło mi się coraz zabawniej, bo kochanka chyba od razu wiedziała, kim jestem. A może już o mnie słyszała.
Mąż próbował coś bąknąć. Zatrzymałam go ręką: To nie to, co myślę, prawda? Ale wiecie co, choćby nie jestem zaskoczona. Tak bywa. Teraz sobie uświadomcie: dzieci są, mieszkanie wspólne, starzy rodzice. Jesteście dorośli dacie radę.
I spokojnie ruszyłam do wyjścia. Dobrze mi było w tej świeżo wyprasowanej sukience. Szkoda, iż tak rzadko ją ubieram.









