KOCHAĆ CIERPIĄC, CIERPIEĆ KOCHAJĄC
Stanisław i Wiesława mieli ślub kościelny.
W dzień ślubu, gdy orszak weselny zbliżał się już do kościoła w Lublinie, nagle rozpętała się letnia, dzika burza. Nie wiadomo skąd, zerwała się gwałtownie, porywając z głowy Wiesławy białą woalkę. Woalka poleciała w niebo jak balonik, zakręciła się w wirze wiatru i upadła bezsilnie w błotnistą kałużę. Goście tylko jęknęli z niedowierzaniem. Nagle burza ustała. Stanisław od razu rzucił się po woalkę, ale nie zdążył jej złapać.
Śnieżnobiała woalka leżała w czarnej kałuży. Wiesława, roztrzęsiona, zawołała do swojego ukochanego:
-Staszek, nie podnoś jej. Nie założę tej woalki!
Babcie, przesiadujące przy kościele, zaczęły coś szeptać. Mówiły, iż teraz całe życie młodych będzie burzliwe i pełne kłopotów…
W najbliższym sklepie kupiono Wiesławie sztuczny, biały kwiat i przypięto go do fryzury. Nie było czasu szukać nowej woalki. Przecież nie można spóźnić się na własny ślub!
W kościelnym przedsionku, przed ołtarzem, nowożeńcy stali trzymając świece, składali małżeńską przysięgę pod wieńcem dla Boga. Ale wcześniej podpisali wszystko w Urzędzie Stanu Cywilnego i mieli piękne wesele dla ludzi
Po trzech latach małżeństwa doczekali się już dwójki dzieci córki Anieli i syna Jakuba. Żyli własnym, spokojnym trybem, nie znając tragedii.
A po dziesięciu latach pewnego dnia do ich domu zapukała młoda kobieta.
Wiesława zawsze miała serce na dłoni i każdemu była gościnna zaproszonemu i nieproszonemu. Każdy miał u niej miejsce przy stole, każdy częstowany był pierogami i rozgrzewającą herbatą, każdy wysłuchany i pocieszony. Tym razem jednak gość była wyjątkowa pojawiła się, gdy Stanisława nie było w domu.
Wiesława od razu, kobiecym okiem, oceniła nieznajomą. Świetnie zbudowana, uprzejma, niezwykle piękna i bardzo młoda.
-Dzień dobry, Wiesławo. Jestem Milena. Przyszła żona… twojego męża, przedstawiła się dziewczyna.
-No, interesujące rzeczy! zaniemówiła Wiesława.
-I jak długo Staszek jest twoim narzeczonym? kontynuowała ten dziwny dialog Wiesława.
-Od dawna. Ale już nie mogę dłużej czekać. Będziemy mieli dziecko ze Staszkiem, bez najmniejszej żenady odparła Milena.
-No proszę… Klasyczny scenariusz! Żona, kochanka, nieślubne dziecko…
Dziewczyno, a ty wiesz, iż z Stanisławem jesteśmy po ślubie kościelnym? Mamy dzieci, próbowała przemówić do rozsądku Wiesława.
-Wiem o wszystkim. Ale nasza miłość też jest wieczna! Rozumiesz? A rozwód kościelny jest możliwy sprawdziłam! Mąż cię zdradził. To się da zrobić, próbowała przekonywać Milena.
-Posłuchaj, dziewczyno! Szczerze ci nie radzę mieszać się w cudzą rodzinę! Sami sobie poradzimy z wiernością i miłością, zirytowała się Wiesława, Żegnaj!
Milena wzruszyła ramionami, dając do zrozumienia, iż o wszystkim ostrzegła, i gwałtownie wyszła.
Wiesława zatrzasnęła za nią drzwi z hukiem.
„Wywęszyła wszystko… Sprytna lisica! Ale Staszek nie dla ciebie!” złościła się Wiesława.
Zaczęła sobie przypominać, iż Staszek ostatnio inaczej odnosił się do dzieci, do niej samej. W takich wypadkach mężczyźni nagle zostają po godzinach w pracy, wyjeżdżają na „niespodziewane delegacje”, albo zaczynają się trzydniowe wyprawy na ryby czy polowania… Chociaż wcześniej żadnym hobby się nie interesował. Wszystko, co wymieniła, działo się i z jej mężem. Kobieta zawsze wyczuje fałsz. „Czuje” zapach rywalki… Pojawia się napięcie w powietrzu, niedomówienia…
Mimo tego Wiesława odpędzała czarne myśli. Może jednak wszystko sobie wymyśliła, a mąż jest bez winy?
Wieczorem, gdy Stanisław wrócił do domu, Wiesława zaprosiła go do stołu na kolację. Wiedziała najpierw męża nakarmić, potem rozwiązywać rodzinne, albo i wszelkie inne problemy.
Kiedy Stanisław podziękował za posiłek, Wiesława od razu przeszła do ataku.
-Stasiu, jesteś zakochany? nie wiedziała, jak zacząć trudną rozmowę zdradzona żona.
-Jestem, Staszek się spiął.
-Twoja…nowa znajoma była tu dzisiaj. To poważne? Wiesława bała się odpowiedzi.
-Jestem draniem! Nie mogę żyć bez Mileny! Duszę się bez niej! Próbowałem to skończyć! Nic nie wyszło! Pozwól mi odejść, Wiesiu! niemal błagał Stanisław.
-Puszczam cię wolno… Wiesława wiedziała, iż odwoływanie się do sumienia, używanie argumentów typu: „mamy dzieci, opamiętaj się” jest bez sensu. Los sam rozsądzi.
Stanisław wyprowadził się do kochanki.
A Wiesława pojechała po ratunek do proboszcza. Ksiądz wysłuchał jej trosk i starał się pocieszyć:
Córko, miłość wszystko przetrzyma, nie ustaje! To słowa z Pisma. Pamiętaj. Masz prawo rozwieść się w Kościele, bo mąż cię zdradził nie opanował grzechu ciała. Ale możesz wybaczyć, modlić się i czekać na niego. Bo drogi Pana są niepojęte…
Po dwóch miesiącach Wiesława zauważyła, iż będzie miała dziecko. To był syn Staszka. Kobieta się uradowała, uznała to za znak. Może Stanisław się opamięta i wróci. Z tą myślą, jak z otulającym kocykiem, przeżyła całą ciążę.
Na świat przyszedł synek. Mama Wiesławy zaproponowała, by nazwać go Janek, na polską modłę. „Może, córciu, twój Staś wróci… Życie pisze różne scenariusze.”
Dobrze, iż Wiesławy mama pomagała jej we wszystkim. Wszystkie dzieci wychowywała, karmiła, uczyła rozumu, opowiadała bajki.
Stanisław nie zapominał o Anieli i Jakubie. Przynosił im zabawki, zabierał nad polskie morze, oddawał Wiesławie pieniądze w kopercie.
Wiesława zabroniła dzieciom mówić ojcu o braciszku Janku. Ale dzieciaki to dzieciaki…
Aniela wygadała wszystko podczas wizyty u taty. Stanisław był przekonany, iż Wiesława wreszcie ułożyła sobie życie z kimś innym. Ścisnęło go w sercu. Wspomnienia dawnego szczęścia powracały… choćby nie przypuszczał, iż to jego własny syn!
Tymczasem Milena, nowa żona Stanisława, leżała w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. Staszek jeździł po owoce, ogórki kiszone, szukał kredy Milenie brakowało wapnia, więc zajadała się kredą. Niestety, ciąża zakończyła się tragicznie. Milena urodziła martwą córeczkę. Jedna tragedia nie ucichła przytrafiła się kolejna. Druga ciąża skończyła się poronieniem.
Milena ciężko przeżywała swoje utraty, chciała zrobić sobie przerwę z dziećmi. Ale los miał własny plan…
Stanisław był przy niej zawsze. Obwiniał się za wszelkie nieszczęścia, które ich spotkały. Każdy miał swoje troski, samotność.
Tymczasem do Wiesławy coraz częściej wpadał jej dawny znajomy z uczelni Waldemar. Na studiach zalecał się do Wiesi, ale ona nigdy nie rozpatrywała go jako męża był zbyt natarczywy, dokładny, ulubieniec mamusi, taki przemądrzały. Koleżanki z roku o niego rywalizowały, ale kiedy Wiesława poznała Stanisława, Waldemar poszedł w odstawkę…
Pewnego razu Wiesława jechała autobusem przez szaroburą jesień, nastroje miała pod psem. Przysiadł się do niej mężczyzna.
Można się dosiąść?
Proszę, odsunęła się nie patrząc.
Smutno pani? nie odpuszczał.
Zamruczała: co ci do tego, człowieku, siedź cicho.
Mężczyzna nie ustępował.
Wiesiu, to ja! Co taka przygnębiona?
Obróciła głowę. Waldek? Boże, sto lat! Co u ciebie?
Opowiadaj. Z mężem szczęśliwa? zagaił Waldemar.
Waldek, wpadnij do mnie! Żona nie będzie zła?
Już ciągnęła go za rękę do wyjścia.
Po drodze Waldemar kupił wino, owoce i słodycze dla dzieci.
Przy rodzinnym stole Wiesława wszystko mu opowiedziała. Musiała wyrzucić z siebie ból. Waldemar słuchał, nie przerywał, kiwał głową. Na koniec wyznała mu buziaka za współczucie. Waldemar odszedł do domu pełen nadziei.
Okazało się, iż nie ożenił się taka dola.
Od tej pory Waldemar często bywał u Wiesławy. Dzieciom przynosił łakocie, Wiesławie zawsze kwiaty.
Wiesława postawiła sprawę jasno „Możesz przychodzić, ale ja na swojego męża czekam. Żadnych głupstw.”
Waldemar uznał to za szczęście. „To lepsze niż samotność.”
Powiedział: „Będę cię traktował jak siostrę, a dzieci jak siostrzeńców.”
I już tak zostało…
W rodzinie Stanisława nastąpiły pozytywne zmiany. Milena urodziła zdrową i śliczną córeczkę. Nazwano ją Bożenka, by zawsze była blisko Boga
Milena rzuciła się w macierzyństwo z całą duszą. Niejednokrotnie wracała myślami do rozmowy z Wiesławą. Takie szczęście wywalczone kosztem łez i krzywdy daje tylko gorzki smak…
Dopiero po narodzinach Bożenki Milena naprawdę zrozumiała, jaką ranę zadała rodzinie Wiesławy. „Cudze nieszczęście rozumu nie doda.” Miała ochotę paść do stóp Wiesławy z prośbą o przebaczenie!
Stanisław pokochał Bożenkę całym sercem obsypywał prezentami, nocą zaglądał do łóżeczka, kochał kąpać córeczkę. Milena nie mogła się nacieszyć takim tatą.
Czas płynął nieubłaganie
Minęło pięć lat.
Dzieci wyrosły, dorośli jeszcze bardziej wydorośleli.
I wtedy Milena poważnie zachorowała. Miała ledwo trzydzieści lat. Stanisław nie mógł usiedzieć w miejscu szpitale, lekarze, drogie zabiegi, leki…
Milena żegnała się z życiem. Szykowała się do odejścia. Stanisław pocieszał ją, jak potrafił. Widział, jak z dnia na dzień odchodzi…
Kiedy lekarze odesłali ją do domu, Milena cicho poprosiła Stanisława:
-Zawieź mnie do swojej żony, proszę…
Stanisław był zdumiony, ale nie śmiał odmówić.
Wiesława wiedziała już od córki, iż Milena jest nieuleczalnie chora. Dlatego, kiedy Stanisław zadzwonił z prośbą o spotkanie, nie odmówiła.
Stanisław wniósł Milenę na rękach do dawnego domu.
Cała rodzina była w komplecie. Czekali na wyjaśnienia.
Wiesława ze skrzyżowanymi rękami wskazała oczami łóżko. Stanisław ułożył Milenę jak najdelikatniej.
-Zostawcie nas samych, proszę, poprosiła szeptem Milena.
Wszyscy wyszli.
Wiesława usiadła na brzegu łóżka.
-Przebacz mi, Wiesiu, jeżeli możesz… Boża kara mnie dopadła… Proszę cię, zaopiekuj się Bożenką! Oprócz Staszka i… ciebie nie mam nikogo. Obiecaj, iż z wychowacie ją razem ze Staszkiem… łkała Milena.
Wiesława ścisnęła jej dłoń.
-Milena! To nie Bóg, a my sami siebie karzemy!
Już dawno ci wybaczyłam! Bożenka nie zostanie sama. I jeszcze… Zamieszkajcie z nami, póki trzeba. Tobie i Staszkowi będzie lżej. Wszyscy się tu zmieścimy!
Obiecuję ci, wyzdrowiejesz! Bogu wszystko jest możliwe! – Wiesława dodała jej otuchy.
W domu Wiesławy, jak w bajce, każdy miał miejsce.
Wszyscy opiekowali się Mileną. Największe zaangażowanie pokazał Waldemar. Od początku miał do niej szczególne podejście. Czuwał przy jej łóżku, służył słowem, prowadził rozmowy, które o dziwo leczyły duszę. „Jedno słowo rani, drugie uzdrawia.” choćby nie zauważył, jak zakochał się w Milenie, a Bożenkę uwielbiał nazywał ją bożą stokrotką.
Milena chciała żyć! Walczyła!
Wiesława tchnęła w nią nadzieję. Milena chwyciła się tej myśli i już nie puściła.
Minęło pół roku leczenia i rozpaczy, bolesnych zabiegów. Milena znów była w stanie sama wyjść na dwór. Chodziła, oddychała świeżym powietrzem, wystawiała poszarzałą twarz ku słońcu, coś szeptała, uśmiechała się… Życie zaczęło wracać do jej wymęczonego ciała. Jakby podniosła się z martwych. Choroba ustępowała
Milena myślała o Waldku. Stanisława przez cały czas darzyła uczuciem, ale to nie jej mąż! Zasmakowała wreszcie tej nauki, iż „na cudze nie patrz”. A Waldemar, dobry człowiek, pokochał i ją, i jej córkę. Takie rodziny się zdarzają miłość jednego wystarczy za dwóch.
Powoli, ale pewnie, zdrowiała!
Aż nadszedł dzień, gdy Milena przy rodzinnym stole ogłosiła:
Wiesiu i Stasiu! Razem z Bożenką i Waldkiem zostajemy już we własnym domu. Dziękuję z serca za opiekę, dobroć i miłość, której się tu nie spodziewałam! Chyba już nigdy nie spotkam takich ludzi jak wy! Milena ukłoniła się nisko.
Stanisław i Wiesława spojrzeli na siebie.
Odkąd Milena zachorowała, między nią a Waldkiem rodziła się prawdziwa miłość.
Już wcześniej Stanisław miał z Wiesławą ciężką rozmowę.
-Wiesiu, czymkolwiek się zakończy historia z Mileną, chcę być z tobą! Twoja wielkoduszność nie ma granic! Przyjmiesz mnie? Przecież razem mamy trójkę dzieci! Będę cię błagał!
-A jak myślisz, Staszek? Czy przyjmę? Jeszcze przepraszać cię będę, bo pewnie nie byłam ci dobrą żoną, skoro sięgnąłeś po inną… Życie uczy pokory
-Co z Bożenką? Przecież jestem jej ojcem… martwiła się Wiesława.
Bożena to moja córka! I nigdy jej nie zostawię! Mój dom zawsze będzie dla niej otwarty, postawił sprawę jasno Stanisław.
Waldemar, Milena i Bożenka szykowali się do wyjścia.
Na progu Milena przywołała Stanisława.
Kochaj Wiesławę jeszcze mocniej niż życie! Nie krzywdź jej! Ja będę cię pamiętać, Stasiu! Milena pożegnała Stanisława pocałunkiem.
Bądź szczęśliwa, Mileno odpowiedział ciszej niż szmer liści…




.jpg)
