KOCHAĆ WYTRZYMUJĄC, WYTRZYMAĆ KOCHAJĄC Małżeństwo Jana i Darii było sakramentalne. W dniu ślubu, gdy orszak weselny zbliżał się już do kościoła, nagle rozpętała się letnia, gwałtowna burza. Pojawiła się nie wiadomo skąd, zrywając z panny młodej welon. Welon uniósł się niczym balonik, zatańczył w powietrzu i w końcu spadł prosto w zabłoconą kałużę. Goście tylko westchnęli. Burza ustała tak szybko, jak się zaczęła. Jan rzucił się ratować welon, ale nie zdążył. Śnieżnobiały welon leżał w czarnej kałuży. W rozpaczy Daria zawołała do męża: — Janku, nie podnoś go! Nie założę już tego welonu! Babcie siedzące przed kościołem zaczęły szeptać, iż teraz całe życie młodych będzie pod znakiem burz i kłopotów… W najbliższym sklepie kupiono sztuczny biały kwiat, który przypięto Darii do fryzury. Nie było czasu w szukanie nowego welonu — nie wypada przecież spóźnić się na własny ślub! Nowożeńcy stali w przedsionku świątyni z obrączkami i świecami, składając przysięgę przed Bogiem. Ale wcześniej podpisali dokumenty w USC i urządzili piękne wesele. Dla ludzi… Po trzech latach małżeństwa mieli dwoje dzieci — córeczkę Zosię i synka Artura. Żyli po swojemu, spokojnie i szczęśliwie. …Po dziesięciu latach do ich domu zapukała dziewczyna. Daria była zawsze gościnna, więc przyjęła nieznajomą serdecznie. Tym razem jednak odwiedziny były wyjątkowe. Przyszła, gdy Jana nie było w domu. Daria od razu oceniła dziewczynę kobiecym okiem: dobrze zbudowana, urocza, bardzo piękna i młoda. — Dzień dobry, jestem Mila. Przyszła żona… Pani męża — przedstawiła się obca. Daria zaniemówiła. — Jak długo Jan jest już Twoim narzeczonym? — zapytała, nie kryjąc zdziwienia. — Od dawna. Ale dłużej nie mogę czekać. Będziemy mieć z Jankiem dziecko. — Mila odpowiedziała bez skrępowania. — No ładnie… Klasyczny scenariusz — żona, kochanka i nieślubne dziecko… Wiesz, Młoda, iż z Jankiem jesteśmy po ślubie kościelnym? Mamy dzieci! — Wiem o wszystkim. Ale my też się kochamy — i na zawsze! Możesz się rozwieść, sama zobacz, mąż cię zdradza… — Dziewczyno, nie radzę ci rozbijać cudzego domu! My sami rozwiążemy swoje sprawy — pożegnała ją stanowczo Daria. Dziewczyna z wzruszeniem ramion wyszła. Daria zaczęła podejrzewać. Dziwne zachowanie Jana, wymówki, delegacje, nagłe hobby… Kobieta zawsze wyczuje fałsz i napięcie. Ale Daria odganiała złe myśli. Może to tylko jej wyobraźnia? Wieczorem, gdy Jan wrócił, Daria jak zwykle najpierw podała kolację, a potem zaczęła rozmowę: — Janku, zakochałeś się? Jan wyznał: — Tak. Nie mogę żyć bez Mili! Starałem się — nie dałem rady. Daria, pozwól mi odejść! Daria powiedziała tylko: — Odchodź… Jan odszedł do Mili. Daria pojechała do kościoła po radę do księdza. Ten pocieszył: — Córko, miłość wszystko znosi, nigdy nie ustaje. Masz prawo do rozwodu kościelnego, bo mąż popadł w grzech. Ale możesz też wybaczyć, modlić się i poczekać. Drogi Pana są niepojęte… Po dwóch miesiącach Daria poczuła, iż nosi pod sercem dziecko Jana. Uznała, iż może to znak. Może Jan wróci… Na świat przyszedł chłopiec. Mama Darii doradziła dać mu na imię Jasiek. Może wtedy Jan wróci? Mama Darii bardzo pomagała wychowywać dzieci. Jan dbał o Zosię i Artura, zabierał ich na wakacje, wspierał. Daria zabroniła dzieciom mówić o braciszku Jasiu — ale Zosia wyznała sekret tacie. Jan myślał, iż Daria ułożyła sobie życie z kimś innym. choćby nie przypuszczał, iż Jasiek to jego syn… Tymczasem Mila była w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. Jan się troszczył, dogadzał, przynosił smakołyki. Niestety — Mila urodziła martwą córeczkę. Kolejna ciąża zakończyła się poronieniem. Mila bardzo to przeżyła i chciała zrobić przerwę z dziećmi. Ale los zaplanował inaczej… Jan cały czas przy niej czuwał i obwiniał się za wszystko. Do Darii zaczęli przychodzić goście — m.in. jej dawny kolega ze studiów, Waldek. Przed laty zabiegał o Darii rękę, ale ona wybrała Janka. Teraz Waldek został przyjacielem rodziny, kupował dzieciom łakocie, Darii kwiaty. Daria jasno postawiła warunki: — Przychodź, ale czekam na męża. Żadnych wolności. Walek się zgodził — lepsze to niż samotność. W tym czasie u Jana i Mili zmieniło się życie — Mila urodziła zdrową dziewczynkę, Bognę (od “błogosławiona”). Mila oddała się macierzyństwu. Wspominała rozmowę z Darią i dopiero po urodzeniu Bogny zrozumiała, ile bólu przyniosła Darii. Jan kochał Bognę nad życie, opiekował się nią, doglądał nocami. Czas płynął… Minęło pięć lat. Dzieci urosły, dorośli się postarali. Mila poważnie zachorowała, miała tylko trzydzieści lat. Jan biegał po lekarzach, szpitalach, aptekach… Mila żegnała się z życiem. W końcu poprosiła Jana: — Zabierz mnie do swojej żony… Jan spełnił prośbę. Daria już wiedziała, iż Mila umiera, bo Zosia bywała u taty i poznała prawdę. Jan wniósł Milę na rękach do domu. Wszyscy czekali na wyjaśnienia. Daria wskazała Milę na łóżko. — Proszę, zostańcie z Darią — poprosiła ledwo słyszalnie Mila. Daria podeszła bliżej, chwyciła Milę za rękę: — Mila, nie Bóg karze, sami siebie karzemy! Dawno Ci wybaczyłam. Bogną się nie martw, zajmiemy się nią. I zamieszkajcie z nami — i Jan, i Ty, i cała rodzina zmieści się. Obiecuję — wyzdrowiejesz! Bogu wszystko możliwe! W domu Darii znalazło się miejsce dla wszystkich. Najaktywniej Milą opiekował się Walek, który się w niej zakochał, a Bognę traktował jak własną córkę. Mila powoli wracała do zdrowia. Myślała o Waldku — Jan był mężem innej, a Walek dobrym, czułym człowiekiem, który pokochał ją i jej dziecko. …Minęło pół roku. Mila już wychodziła na podwórko, cieszyła się życiem. Pewnego dnia podczas obiadu ogłosiła: — Dario i Janku, my z Bogną i Waldkiem wyjeżdżamy od Was. Dziękuję za dom, za opiekę i miłość, której się nie spodziewałam. Jan i Daria wiedzieli już, iż Między Waldkiem a Milą narodziło się wielkie uczucie — miłość. Jeszcze wcześniej Jan rozmawiał z Darią: — Daria, chcę być z Tobą. Twoja dobroć nie ma granic. Przyjmiesz mnie z powrotem? — Jak myślisz Janku, czy przyjmę? Jeszcze będę musiała Ciebie przeprosić, iż nie byłam dość dobrą żoną… — Co z Bogną? Przecież to moja córka! — zapytał Jan. — Oczywiście, zawsze będzie miała u nas dom — zapewniła Daria. Waldek, Mila i Bogna szykowali się do wyjazdu. Mila podeszła do Jana: — Kochaj Darię! Kochaj ją ponad wszystko! Ja Ciebie nie zapomnę. — Bądź szczęśliwa, Milo — odpowiedział Jan…

newsempire24.com 3 dni temu

KOCHAĆ, WYTRZYMAĆ, WYTRZYMAĆ, KOCHAĆ

U Pawła i Marcjanny ślub był prawdziwie kościelny, z błogosławieństwem.

W dniu ślubu, kiedy orszak weselny już zbliża się do kościoła pw. Świętego Wojciecha w Krakowie, nagle rozszalała się letnia burza. Skąd się wzięła, nie wiadomo, ale była gwałtowna zerwała z panny młodej welon i poniosła go wysoko nad głowami wszystkich jak balonik, który po kilku okrężnych piruetach opadł bezsilnie w jakieś błoto przy drodze. Goście tylko z niedowierzaniem wstrzymali oddech. Burza przeszła równie gwałtownie, jak się pojawiła. Paweł rzucił się za welonem, ale nie zdążył go złapać.

Śnieżnobiały welon leżał ciemny w brudnej kałuży. Marcjanna, nie kryjąc rozżalenia, krzyknęła do narzeczonego:
Paweł, nie podnoś go! Nie założę już tego welonu!
Babcie, które zawsze siedzą pod kościołem, zaczęły szeptać: “Oho, całe życie tych młodych będzie burzliwe”

W pobliskim sklepiku kupiono Marcjannie sztuczny biały kwiatek i wpięto we włosy. Na nim skończyło się poszukiwanie nowego welonu nie można przecież spóźnić się na własny ślub!

Nowożeńcy stali w przedsionku kościoła, trzymali w rękach świece ślubne, składali przysięgi małżeńskie przed Bogiem. Jednak przed ceremonią kościelną złożyli także podpisy w Urzędzie Stanu Cywilnego i urządzili piękne wesele dla wszystkich ludzi

Po trzech latach tego małżeństwa doczekali się dwójki dzieci. Córka Antonina i syn Borys. Żyli spokojnie, rodzinnie, bez trosk.

…A po dziesięciu latach do drzwi Pawła i Marcjanny zapukała pewna młoda kobieta.

Marcjanna zawsze była otwarta na gości i zaproszonych, i tych niezapowiedzianych, częstując każdego gorącym posiłkiem, herbatą i rozmową. Tym razem gościni była wyjątkowa. Przyszła, gdy gospodarza nie było w domu.

Marcjanna, z typową kobiecą czujnością, od razu przyjrzała się nieznajomej była atrakcyjna, uśmiechnięta, szczupła, młoda.

Dzień dobry, Marcjanno. Mam na imię Celina. Jestem przyszłą żoną twojego męża przedstawiła się bez skrupułów.

To ciekawe! odparła zaskoczona Marcjanna.
Jak długo już Paweł świadomie się zaręczył? kontynuowała niezręczną rozmowę.
Już od dawna. Ale teraz nie możemy dłużej czekać. Jestem w ciąży z Pawłem bez cienia wstydu powiedziała Celina.
No proszę, prosto z podręcznika: żona, kochanka, dziecko z nieprawego łoża…
Dziewczyno, wiesz, iż mój ślub z Pawłem był kościelny? Mamy razem dzieci próbowała przemówić jej do rozsądku Marcjanna.
Wiem o wszystkim. Ale nas łączy miłość! I to też na zawsze! Możesz unieważnić ślub, twój mąż cię zdradził. To możliwe przekonywała Celina.

Słuchaj, dziewczyno, szczerze ci radzę nie wtrącać się w cudze sprawy. Poradzimy sobie z wiernością i miłością bez twoich porad Marcjanna zaczynała się irytować. Do widzenia.

Celina wzruszyła ramionami i gwałtownie wyszła.
Marcjanna zatrzasnęła drzwi.
No, już sobie wszystko wyśledziła… Cwana lisica! Nie dostaniesz Pawła! gniewała się w myślach.

Zaczęła sobie przypominać, iż Paweł faktycznie ostatnio zachowywał się inaczej wobec dzieci i wobec niej dłużej zostawał w pracy, nagłe delegacje, nowe hobby, wyjazdy na ryby, choć nigdy wcześniej ich nie miał. Kobieta zawsze wyczuje konkurencję. Pojawia się wtedy w powietrzu napięcie, coś niewypowiedzianego

Jednak Marcjanna odsuwała złe myśli. Może tylko jej się wydaje, może Paweł nie był niewierny?

Wieczorem, gdy Paweł wrócił do domu, Marcjanna przygotowała kolację wiedziała, iż do trudnych rozmów najlepiej przystępować, gdy mąż zje coś smacznego i sycącego.

Kiedy Paweł podziękował jej za kolację, Marcjanna rozpoczęła rozmowę:
Pawle, czy ty się zakochałeś? nie wiedziała, jak ugryźć ten trudny temat.
Zakochałem się Paweł od razu się spiął.
Dzisiaj odwiedziła mnie twoja kochanka. To poważne? bała się usłyszeć odpowiedź.
Jestem draniem. Bez Celiny nie mogę żyć! Próbowałem zerwać kontakt! Nic nie wyszło! Proszę, pozwól mi odejść, Marcjano! błagał Paweł.

Pozwalam Marcjanna wiedziała, iż próżno odwoływać się do sumienia, prosić ze względu na dzieci. Życie osądzi.

Paweł odszedł, zostawiając rodzinę dla Celiny.

A Marcjanna pojechała do kościoła porozmawiać z księdzem. Ten wysłuchał jej bólu, po czym łagodnie przemówił:
Córko, prawdziwa miłość jest cierpliwa i nie ustaje! Tak pisze Pismo. Możesz unieważnić ślub, bo twój mąż cię zdradził, nie zapanował nad swoimi żądzami. Możesz też przebaczyć, modlić się i czekać na niego. Drogi Pana są niezgłębione

Dwa miesiące później Marcjanna odkryła, iż jest w ciąży. To był syn Pawła. Ucieszyła się uznała to za znak, iż może Paweł kiedyś się opamięta i wróci.

Narodził się synek. Mama Marcjanny nalegała, by nazwać go Jan. “Może, córeczko, twój Paweł wróci. Różnie życie się układa…”

Na szczęście, mama Marcjanny bardzo jej pomaga opiekuje się dziećmi, gotuje, uczy je.

Paweł nie zapomniał o Antoninie ani Borysie. Przywoził im zabawki, zabierał nad Bałtyk, przekazywał Marcjannie pieniądze w kopercie.

Marcjanna zabroniła dzieciom mówić tacie o narodzinach ich brata Janka. Ale gdzież dzieci posłuchają?

Antonina w końcu wszystko wygadała Pawłowi podczas wizyty. Paweł uznał, iż Marcjanna znalazła sobie innego mężczyznę. Serce mu się ścisnęło, wróciły wspomnienia o szczęśliwych latach. Nie podejrzewał, iż to jego biologiczny syn…

W tym czasie nowa żona Pawła, Celina, leżała w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. Paweł nosił jej owoce, ogórki kiszone, szukał kredy po aptekach, bo Celinie brakowało wapnia i chrupała ją z rozkoszą. Ale ciąża zakończyła się tragicznie Celina urodziła martwą dziewczynkę. Zaraz potem kolejna ciąża, ale znów poronienie.

Celina ciężko przeżyła kolejne utraty. Chciała zrobić przerwę z dziećmi, ale los zdecydował inaczej…

Paweł był przy niej, uważał, iż wina za wszystkie nieszczęścia leży po jego stronie. Każdy miał swoje smutki…

Do Marcjanny zaczął zaglądać jej dawny kolega ze studiów, Waldemar. W czasach studenckich bardzo się starał o jej względy. Prosił o rękę zaraz po obronie. Nigdy nie rozważała Waldemara jako kandydata na męża był pedantyczny, bez poczucia humoru, maminsynek, w dodatku zbyt nachalny. Chociaż dziewczyny z roku o jego względy zabiegały ona powiedziała mu stanowczo nie, gdy pojawił się na horyzoncie Paweł. Waldemar odpuścił ale tylko na chwilę.

Pewnego deszczowego jesiennego dnia Marcjanna jechała autobusem przez Katowice, patrząc zamyślona za okno. Obok niej przysiadł się mężczyzna.

Czy mogę się tu dosiąść? spytał.
Proszę choćby nie odwróciła głowy, odsunęła się z kurtuazją.
Smutna dziś pani zagadnął znów.
Marcjanna wzdychnęła znacząco, dając do zrozumienia, iż nie ma ochoty na rozmowę.
On jednak nie ustąpił.
Marcjanno, cześć! Dlaczego taka smutna?
W końcu spojrzała na niego zdziwiona.
Waldek? Boże, wieki cię nie widziałam! Gdzie jesteś, co robisz? ożywiła się momentalnie.
Ale ty opowiadaj o sobie! Szczęśliwa z mężem? pytał powoli Waldemar.
Waldek, zapraszam cię do siebie! Żona nie będzie zazdrosna, jeżeli się spóźnisz? złapała go za rękę i poprowadziła do wyjścia.

Po drodze Waldemar kupił wino, owoce i coś dla dzieci.
Przy kolacji Marcjanna opowiedziała mu wszystko. Musiała komuś się wygadać do końca. Waldemar okazał się wdzięcznym słuchaczem. Potakująco kiwał głową, nie przerywał. Pod koniec Marcjanna ucałowała go w policzek. Waldemar odszedł do domu z pogodą na sercu.

Okazało się, iż nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci. Taki los.

Waldemar zaczął częściej wpadać do Marcjanny. Zawsze przynosił coś dla dzieci, jej kwiaty.
Marcjanna gwałtownie postawiła sprawę jasno:
Możesz przychodzić, ale czekam na męża. Nie pozwolę sobie na żadne swobody.

To też było dla Waldemara szczęściem większym niż samotność w domu. Tak powiedział: “Będę cię traktował jak siostrę. A dzieci jak siostrzeńców.”
I tak został…

A tymczasem w rodzinie Pawła zaszły pozytywne zmiany. Celina urodziła zdrową, śliczną dziewczynkę. Nazwali ją Bożenka żeby była blisko Boga

Celina w pełni oddała się macierzyństwu, choć często wspominała rozmowę z Marcjanną “skradzione szczęście słono kosztuje”. Poczuła, jak wielką krzywdę uczyniła Marcjannie i jej dzieciom. Po narodzinach Bożenki chciała paść przed Marcjanną na kolana, by prosić o wybaczenie.

Paweł bardzo pokochał Bożenkę. Obsypywał ją zabawkami, po nocach zabawiał, kołysał i uwielbiał kąpać. Celina nie mogła się napatrzeć na tak troskliwego tatę.

Czas płynął…

Minęło pięć lat.
Wszystkie dzieci dorosły, a dorośli zdążyli jeszcze bardziej dojrzeć.
Niestety, Celina poważnie zachorowała. Miała zaledwie trzydzieści lat. Paweł robił, co mógł: szpitale, lekarze, drogie terapie, leki

Celina żegnała się z życiem, gotowała się na śmierć, a Paweł starał się ją pocieszać i wspierać, choć widział jak z dnia na dzień gasła…
Kiedy lekarze wypisali ją do domu, umierającą, Celina ledwo szepnęła do Pawła:
Zawieź mnie, proszę, do twojej żony. Proszę!

Paweł był zdziwiony, ale nie sprzeciwił się. Marcjanna wiedziała już od córki Antoniny, iż Celina bardzo choruje, bo dzieci utrzymywały kontakt z ojcem.
Gdy Paweł zadzwonił z prośbą o spotkanie, Marcjanna nie odmówiła.

Paweł wniósł Celinę w ramionach do domu Marcjanny, posadził na łóżku, wygodnie ułożył.
Cała rodzina zebrała się w salonie, oczekując wyjaśnień.
Marcjanna skrzyżowała ręce, przez chwilę mierząc Celinę wzrokiem, a następnie wskazała na łóżko. Paweł ostrożnie położył chorą i poprawił poduszki.

Proszę, zostańcie z Marcjanną same poprosiła cicho Celina.

Wszyscy wyszli z pokoju.
Marcjanna podeszła do Celiny.
W trumnie niejeden lepiej wygląda, pomyślała.

Przysiadła na brzegu łóżka.

Przebacz mi, Marcjanno, jeżeli możesz! Spadła na mnie kara Boża… Chcę cię prosić o jedno: weź Bożenkę do siebie! Oprócz Pawła, nie mam nikogo… Obiecaj, iż wychowacie ją z Pawłem błagała Celina, płacząc gorzko.

Marcjanna ujęła jej dłoń:
Celino, nie Pan Bóg nas każe to my sami siebie karzemy. Już dawno wybaczyłam! Nie martw się o Bożenkę nie zostanie sama. Zostańcie oboje u mnie! Tobie i Pawłowi będzie lżej. Dom duży, dla wszystkich starczy miejsca.
Wszystko będzie dobrze, zobaczysz! Bóg ma swoje plany, nie trać nadziei i nie bój się! pocieszała ją Marcjanna.

W domu Marcjanny jak w starej bajce dla wszystkich było miejsce.
Cała rodzina troskliwie opiekowała się Celiną. Najbardziej zaangażował się Waldemar. Od pierwszego dnia miał do Celiny szczególny stosunek, nie odstępował jej praktycznie na krok, prowadził z nią długie rozmowy, które okazywały się kojące i zbawienne. Większość o życiu. “Jedno słowo może złamać człowieka, drugie uleczyć.” Waldemar choćby nie zauważył, kiedy zakochał się w Celinie, a Bożenkę traktował jak własną córkę, nazywał ją swoją “pajacykówką”. Dziewczynka była rzeczywiście wyjątkowa!

Celina chciała żyć! Walczyła! Marcjanna tchnęła w nią nadzieję i duszę. Celina “uchwyciła się” tej wątłej słomki i nie chciała już puszczać.

Minęło pół roku walki, leczenia i zabiegów. Celina mogła już samodzielnie schodzić na podwórze, spacerować, cieszyć się powietrzem, wystawiać bladą twarz do słońca, coś sobie powtarzać pod nosem i uśmiechać się do życia. Życie powoli wracało do jej ciała.
Celina myślała o Waldku. Pawła nie przestała kochać, ale był już cudzym mężem! Zasada nie ruszać tego, co nie twoje zapadła jej głęboko w serce. A Waldemar dobry człowiek, on ją pokochał, dziecko zaakceptował. Takie rodziny też się zdarzają miłości jednego wystarczy dla dwojga. Celina postanowiła zrobić wszystko, by nie pozwolić zgasnąć tej miłości. Musiała tylko wyzdrowieć!

Leczenie przynosiło efekty!

Przyszedł dzień, gdy przy rodzinnym obiedzie Celina oznajmiła:
Marcjanno, Pawle razem z Bożenką i Waldemarem opuszczamy wasz dom. Dziękuję wam za dach nad głową, opiekę i dobro, jakiego nigdzie indziej nie zaznałam! Nie spotkałam i nie spotkam już ludzi takich jak wy! Kłaniam się wam nisko!

Paweł i Marcjanna spojrzeli na siebie.

Wiedzieli już, iż pomiędzy Celiną a Waldemarem rodzi się niezwykłe uczucie MIŁOŚĆ.

Na długo przed tym Paweł miał z Marcjanną trudną rozmowę:
Marcjanko! Cokolwiek się stanie z Celiną, chcę i muszę być z tobą! Jesteś nieskończenie wspaniałomyślna! Przyjmiesz mnie? Trzeba nam pomagać trójce naszych dzieci! Klęczę przed tobą, wybacz!
A jak myślisz, Pawle? Przyjmę! Sama cię przeproszę! Może niezbyt dobrą żoną byłam, skoro z inną uciekłeś. Life to nauczyciel najlepszy nie chcesz, a się nauczysz! ściskała i całowała Marcjanna zagubionego męża.

A Bożenka? Jesteś jej ojcem! dopytywała Marcjanna.
Bożenka zawsze będzie moją córką! Nigdy jej nie zostawię. U mnie zawsze ma dom otwarty odparł Paweł.

Waldemar, Celina i Bożenka przygotowywali się do wyprowadzki.

Celina podeszła do Pawła, będąc już gotowa do wyjścia.
Kochaj Marcjannę ponad życie! Nie krzywdź jej więcej. Będę o tobie pamiętać, Pawle! pożegnała się Celina.
Bądź szczęśliwa, Celino szepnął Paweł.

Idź do oryginalnego materiału