KOCHAĆ CIĘ, ZNOSIĆ CIĘ, ZNOSIĆ KOCHAJĄC
Małżeństwo Jana i Marcjanny było pobłogosławione przez księdza.
W dniu ślubu, kiedy korowód weselny wędrował już w stronę kościoła w Krakowie, nagle nadeszła letnia, szalona burza. Znikąd! Bezlitosny wiatr porwał Marci ślubny welon, który niczym balonik poleciał do góry, zakręcił się w powietrzu, aż w końcu padł wykończony prosto w błotnistą kałużę. Goście jedynie zdążyli wykrzyknąć „O Boże!” zanim chmura zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Jan pognał za welonem, ale dogonić nie zdążył. Śnieżnobiały welon leżał w czarnej kałuży. Marcjanna w rozterce krzyknęła do swojego wybranka:
Janku, nie podnoś go! Tego welonu już nie założę!
Babcie, zawsze z rezerwacją plotkujące przy kościele, natychmiast zaczęły szeptać: teraz cała ich wspólna droga to burze i niepogody…
Szybko wbiegli z Marcią do sklepu na rogu i kupili jej sztuczny biały kwiat, który czym prędzej przyczepiono do fryzury. Na nowy welon nie było czasu nie wypada przecież spóźnić się na własny ślub!
Tak więc „nowożeńcy” stanęli u progu ołtarza, trzymając świece i składając małżeńską przysięgę przed Bogiem. Ale wcześniej, w urzędzie stanu cywilnego w Krakowie podpisali papierki i urządzili wspaniałe wesele dla ludzi
Po trzech latach Marcjanna miała już dwoje dzieci: córkę Jagodę i syna Kacpra. Żyli po swojemu i nie znali smutków.
Po dziesięciu latach do drzwi Janka i Marci zapukała dziewczyna.
Marcjanna zawsze przyjmowała gości, tych zapowiedzianych i tych z przypadku. Każdego ugości ciepło, nakarmi, napoi, jeszcze pocieszy dobrą rozmową. Ale dzisiejsza gościnność miała inny kaliber. Dziewczyna wpadła akurat wtedy, gdy Jana nie było w domu.
Marcjanna spojrzała na przybyszkę kobiecym okiem: zgrabna, uprzejma, śliczna, młoda.
Dzień dobry, jestem Milena. Jestem przyszłą żoną… pańskiego męża przedstawiła się z marszu Milena.
Och, oryginalne! zbaraniała Marcjanna.
A długo już Janek jest u pani na liście narzeczonych? drążyła ironicznie Marcia.
Długo. Ale już nie mogę dłużej czekać. Będziemy mieli z Jankiem dziecko bez cienia wstydu wyrecytowała Milena.
No, klasyka gatunku! Żona, kochanka, nieślubne dziecko…
Dziewczyno, wiedziałaś, iż jesteśmy z Janem po ślubie kościelnym? Mamy dzieci próbowała dotrzeć do „przyszłej żony” Marcjanna.
Wiem o wszystkim. Ale my się kochamy! I to na zawsze! Zresztą, możecie uzyskać unieważnienie ślubu kościelnego Jan nie dotrzymał wierności… Wszystko sprawdziłam, da się zrobić przekonywała Milena.
Moja droga, serdecznie radzę nie wtrącać się w czyjeś życie rodzinne! Poradzimy sobie sami z naszą wiernością i miłością zaczęła się już irytować Marcjanna. Do widzenia!
Milena wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: „Ostrzegłam” i wycofała się szybciej niż rekordzista biegu na sto metrów. Marcjanna z hukiem zatrzasnęła drzwi wejściowe.
„Wszystko wywęszyła… No i co, czarny ptaszku, nie masz szans na mojego Janka!” złościła się Marcjanna.
Zaczęła przypominać, iż Jan ostatnio podchodził do dzieci i do niej samej jakby z dystansem. Tu jakieś nadgodziny w pracy, tu nagłe delegacje, tu nagła miłość do weekendowego łowienia ryb, choć do tej pory wędkę widywał tylko w „Rybaku i złotej rybce”. Wszystko to było w repertuarze Janka. Kobiecy nos zawsze wyczuje rywalkę w powietrzu czuć napięcie i niedomówienia…
Ale Marcjanna odganiała czarne myśli. Może sobie tylko wymyśliła, a mąż w gruncie rzeczy święty?
Wieczorem, kiedy domowy pan wrócił, Marcjanna zaprosiła go na kolację. Bo każda Polka wie: najpierw męża trzeba dobrze nakarmić, potem można rozwiązywać rodzinne (i nierodzinne) problemy.
Jak tylko Jan podziękował za pierogi, Marcia od razu przeszła do rzeczy.
Janku, jesteś zakochany? nie wiedziała, od czego zacząć ta zdradzona żona.
No, tak… nastroszył się Jan.
Dzisiaj przyszła twoja… sympatią. To poważne? wykrztusiła Marcjanna.
Jestem draniem! Bez Mileny nie potrafię żyć! Dusi mnie, jak jej nie ma! Próbowałem zerwać, nic z tego! Puść mnie wolno, Marcia! zaczął błagać Jan.
No to leć… Marcjanna wiedziała, iż szantaże w stylu „przemyśl, mamy dzieci” nie mają sensu. Życie samo pokaże.
Janek wyniósł się do swojej wybranki.
Marcjanna pojechała do kościoła po radę. Ksiądz, wysłuchawszy, pocieszył ją słowami z Biblii: Córko, miłość cierpliwa jest. Nie ustaje nigdy! Masz prawo unieważnić sakrament, bo mąż poszedł w pokuszenie. Ale możesz też przebaczyć, modlić się i czekać. Drogi Pana są nieodgadnione…
Dwa miesiące później Marcjanna poczuła, iż pod sercem nosi dziecko. To było dziecko Jana. Ucieszyła się, uznając, iż to znak: może Jan kiedyś wróci. Z tą myślą przetrwała ciążę.
Na świat przyszedł synek. Mama Marcjanny pierwotnie chciała nazwać go Jan (jak ojciec). „A nuż, córciu, twój Janek jeszcze wróci… W życiu różnie bywa…”
Marcjannie pomagała jej mama, niania na medal. Wszystkie dzieci chowała, karmiła, poiła, bajki opowiadała, a choćby uczyła wierszy Brzechwy na pamięć.
Jan o Jagodzie i Kacprze nie zapominał: zabawki kupował, nad Bałtyk zabrał, pieniądze w kopercie dla Marcjanny przesyłał.
Marcjanna dzieciom surowo kazała nie mówić tacie o nowym braciszku Janku. Ale wiadomo, iż dzieci i tak zrobią swoje: Jagoda wszystko wyśpiewała tacie, będąc u niego z wizytą. Jan założył więc, iż Marcjanna ma już nowego partnera. Serce ścisnęło mu się z żalu, wspomnienia napłynęły, nie mógł sobie wyobrazić, iż to jego własny syn…
Tymczasem Milena, nowa żona, leżała na podtrzymaniu w szpitalu. Jan kursował raz po jabłka, raz po ogórki kiszone, raz po „smaczny” kred, bo Milenie brakowało wapnia i zjadała kred ze smakiem jak batonika. Ale nieszczęście nie chodzi solo: Milena urodziła martwą dziewczynkę. Jedno nieszczęście się nie zdążyło skończyć, a już kolejne zawitało. Druga ciąża zakończyła się poronieniem.
Milena przeżyła to bardzo ciężko chciała zrobić sobie przerwę w staraniach o dzieci. Ale los miał własny plan…
Jan był przy niej cały czas, czuł się odpowiedzialny za wszystkie troski tej rodziny. Każdy miał swoje zmartwienia jak w każdej polskiej rodzinie.
Tymczasem do Marcjanny coraz częściej zaglądał jej były kolega z uczelni, Walerian. Przez całe studia się za nią uganiał, oświadczał od razu po obronie dyplomu. Ale ona nigdy nie widziała w nim męża: za bardzo narzucający się, skrupulatny maminsynek, bez krztyny poczucia humoru, no i-składniowiec jak mało kto. Inne dziewczyny z roku wprost się do niego śliniły, ale jak Marcia spotkała Jana, Walerian poleciał na ławkę rezerwowych.
Pewnej szarej, listopadowej jesieni, Marcjanna jechała autobusem, gapiąc się w okno. Do jej siedzenia dosiadł się mężczyzna:
Wolne? zapytał.
Proszę choćby się nie odwróciła, tylko przesunęła.
Tęsknisz, dziewczyno? nie dawał spokoju.
Marcia westchnęła: „A panu co do tego? Niech pan sobie siedzi po cichu…”
Ale facet nie odpuszczał:
Marciu, to ty? Ile lat cię nie widziałem!
W końcu spojrzała. Walerian?! No niemożliwe! Gdzie cię los poniósł? całkiem się rozweseliła.
Powiedz lepiej, Marcia, jak twoje szczęście? zagadnął podstępnie Walerian.
Waler, wpadnij do mnie! Z żoną się nie pokłócisz, jak znikniesz na trochę? już ciągnęła go za rękaw do wyjścia.
Po drodze Walerian kupił butelkę wina, owoce i całą reklamówkę łakoci dla dzieci.
Za stołem Marcjanna się wygadała. W końcu znalazła ramiona, na których mogła wypłakać wszystkie żale. Walerian się spisał: słuchał uważnie, potakiwał, choćby nie przerywał. Na koniec Marcia pocałowała go w policzek tak z wdzięczności.
Okazało się, iż Walerian wciąż jest kawalerem, dzieci nie ma taki już los.
Walerian zaczął regularnie odwiedzać dom Marcjanny. Każdemu z dzieci przynosił słodycze, a Marcjannie obowiązkowo kwiatek.
Marcjanna jednak postawiła sprawę jasno: Możesz przychodzić, ile chcesz, ale czekam na męża. Żadnych podchodów.
Dla Walka to i tak było szczęście lepiej niż gnić samotnie pod lampą nocną. Oświadczył nawet: To będę cię traktował jak siostrę, a dzieci jak własne siostrzenice i siostrzeńców!
I tak już został w jej codzienności…
A u Jana i Mileny też zaszły zmiany: Milena w końcu urodziła zdrową dziewczynkę, której nadali imię Bożenka. Żeby była błogosławiona, z Bożej ręki…
Milena wpadła bez reszty w macierzyństwo. Często wspominała rozmowy z Marcjanną. Wiedziała już, iż cudze szczęście kradzione nie daje radości, tylko gorycz.
Dopiero, gdy urodziła się Bożenka, zaczęła rozumieć, jaką tragedię sprowadziła na dom Marcjanny. Miała ochotę rzucić się Marci do stóp i przepraszać do końca życia!
Jan rozkochał się w Bożence. Obdarowywał ją zabawkami, w nocy biegał do łóżeczka, usypiał, kąpał. Milena patrzyła na to z zachwytem.
Czas biegł swoim rytmem…
Minęło pięć lat.
Dzieci już podrosły, dorośli jeszcze bardziej.
Pewnego dnia Milena poważnie zachorowała. Miała zaledwie trzydzieści lat. Jan nie mógł usiedzieć w miejscu szpital, lekarze, drogie zabiegi, lekarstwa…
Milena powoli żegnała się z życiem. Była gotowa na… niebo.
Jan, jak mógł, pocieszał i wspierał żonę. Z dnia na dzień odchodziła coraz bardziej…
Kiedy lekarze odesłali ją do domu bez szans, Milena z trudem wyszeptała Janowi:
Zawieź mnie do twojej prawdziwej żony. Proszę!
Jan się zdziwił, ale nie protestował.
Marcjanna wiedziała już od córki Jagody, iż Milena jest śmiertelnie chora dzieci przez cały czas czasem wpadały do taty.
Dlatego gdy Jan zadzwonił z prośbą o spotkanie, nie odmówiła.
Jan wniósł Milenę na rękach do dawnego domu.
Wszyscy byli w komplecie. Czekali na wyjaśnienia.
Marcjanna, założywszy ręce na piersi, wskazała głową łóżko. Jan złożył Milenę najdelikatniej jak kryształową wazonik.
Zostawcie mnie z Marcjanną, proszę wyszeptała Milena.
Wszyscy wyszli.
Marcia podeszła, przyjrzała się uważnie, pomyślała z przekąsem: W trumnie wyglądałaby lepiej.
Usiadła na brzegu łóżka.
Przepraszam cię, Marcjanno zaczęła Milena przez łzy. Doszła mnie Boża kara… Proszę cię: przygarnij Bożenkę. Poza Janem, nikogo nie mam. Obiecaj, iż razem z Janem ją wychowacie…
Marcjanna delikatnie ujęła jej rękę:
Mileno! To nie Bóg karze, sami sobie gotujemy los! Już dawno ci wybaczyłam. O Bożenkę się nie martw, nie zostawimy jej. Poza tym: zostańcie z Janem tutaj. Wam jest ciężko, a dom wielki, dla wszystkich się miejsce znajdzie! Obiecuję: wyjdziesz z tego! Bóg wszystko może! Tylko się nie poddawaj!
W domu Marcjanny, jak w bajkowej chacie, dla wszystkich było miejsce i cień.
Wszyscy pielęgnowali Milenę, a najbardziej… Walerian. Od pierwszego dnia był przy jej łóżku. Potrafił znaleźć adekwatne słowo, prowadził z nią długie rozmowy o życiu krzepiące jak rosół. Słowo potrafi przecież zranić, ale i zagoić. Walerian nie zauważył nawet, kiedy się w Milenę zakochał. A Bożenkę nazywał swoją bożą stokrotką.
Milena chciała żyć! I walczyła!
Marcjanna dała jej odrobinę nadziei, a Milena chwyciła się tej iskierki jak tonący brzytwy.
Minęło pół roku leczenia. Milena powoli zaczęła sama wychodzić na dwór, cieszyć się słońcem, oddychać wiosennym powietrzem, wypowiadać cicho modlitwę pod nosem. Życie powolutku wracało do jej ciała. Jak mówią: spod świętego wyszła. Choroba ustępowała…
Coraz częściej myślała o Walerianku. Do Jana uczucie nie zgasło, ale Janka zostawiała Marcjannie nie należy wchodzić drugi raz na tę samą grabie! Tę lekcję już znała. A Walerian? Dobry, czuły człowiek. Dziecko zaakceptował jak swoje, Milenę pokochał. Są i takie związki. Miłość jednego wystarcza dla dwojga. Milena obiecała sobie, iż zrobi wszystko, żeby uczucie Waleriana nie zgasło a wręcz przybyło.
Wreszcie nadszedł dzień, gdy Milena podczas rodzinnego obiadu oznajmiła:
Marcjanko, Janku! My z Bożenką i Waleriankiem się pakujemy. Dziękujemy za dach nad głową, opiekę, życzliwość miłość, o której choćby nie śmiałam marzyć! Tacy ludzie, jak wy, już się dzisiaj nie rodzą. Pokłon wam do ziemi!
Jan i Marcjanna spojrzeli na siebie.
Wiedzieli już między Walerianem i Mileną rodzi się coś pięknego. Miłość.
Jan długo przed tą rozmową miał z Marcjanną niełatwe wyznanie.
Marciu, niezależnie, co będzie z Mileną, chcę wrócić do ciebie! Twoje serce nie ma dna ani końca! Przyjmiesz mnie? Mamy nasze trzy dzieci!
A jak myślisz, Janku? Przyjmę! I jeszcze przepraszam, iż żoną idealną nie byłam bo się na inną załapałeś! Życie to najlepszy nauczyciel: nie chcesz, a się nauczysz! śmiała się Marcjanna, wtulając się w męża.
A co z Bożenką, Janek? Przecież to twoja córka!
Bożenka zawsze będzie dla mnie córką i zawsze będzie mile widziana w moim domu!
Walerian, Milena i Bożenka szykowali się do wyjazdu.
Milena, już ubrana w płaszcz, przywołała do siebie Jana:
Kochaj Marcjannę! Kochaj ją nad życie! Nie rób jej krzywdy. Będę cię pamiętać, Janku wyznała i pożegnała się.
Bądź szczęśliwa, Mileno odpowiedział JanDrzwi zamknęły się za Mileną, ale w domu nie zapadła cisza. Bożenka, machając wesoło rączką, jeszcze pożegnała dzieci Marcjanny, jakby wiedząc, iż to nie jest pożegnanie na zawsze, tylko do zobaczenia. Walerian, z Bożenką na ręku, ukłonił się z wdzięcznością wszystkim i poprowadził Milenę przez bramę na nową drogę.
W środku jakby po wielkiej burzy, powietrze pachniało świeżością. Marcjanna z Janem spojrzeli na swoje dzieci, które przytuliły się do nich blisko, jakby chciały mieć pewność, iż rodzice zawsze będą razem. Kacper rozbawiony rzucił się Jankowi na szyję, Jagoda ucałowała mamę i szeptała: Tęskniłam za tobą, tato.
Jan ukląkł obok Marcjanny, objął ją ramieniem i powiedział cicho, tak by usłyszało tylko jej serce: Dziękuję, iż jesteś. choćby wtedy, gdy mnie zabrakło.
Marcjanna uśmiechnęła się przez łzy, na których mieniły się światła z kuchennej lampy. Mocniej ścisnęła jego dłoń, a potem popatrzyła na swoje dzieci i dom ten cały świat, który pomimo burz, nie runął, tylko zakwitł nową miłością.
Tej nocy, kiedy wszyscy już zasypiali, Marcjanna patrzyła w okno, za którym śnieg sypał cicho na dachy, zakrywając choćby stare ślady bólu. Westchnęła z czułością i wdzięcznością do życia bo właśnie ono, niespodziewanie i czasem okrutnie, pokazuje, jak bardzo potrafi zadziwić.
I choćby jeżeli czasem trzeba znosić, by móc kochać warto kochać, by umieć znosić.
A ich dom już zawsze wypełniał się nowymi historiami i czułym śmiechem tych, którzy zostają, i łagodnym śladem tych, którzy zmieniają kierunek, ale na zawsze pozostają w sercu.
Bo życie choć czasem przewrotne najpiękniej smakuje, gdy dzieli się je z innymi, przebaczając, kochając i zaczynając od nowa.







