KOCHAĆ CIERPLIWOŚCIĄ, CIERPIEĆ KOCHAJĄC
Ja, Jan, i moja żona, Małgorzata, mieliśmy ślub kościelny. Dzień naszego ślubu był pełen nadziei, ale jak to w życiu bywa – przyniósł też nieoczekiwane. Gdy razem z orszakiem weselnym podchodziliśmy pod kościół w Krakowie, nagle zerwała się letnia, gwałtowna burza. Nie wiadomo skąd nadeszła z siłą porwała welon Małgosi, który wzbił się w niebo, zakręcił się wirując, po czym opadł bezwładnie prosto w kałużę. Goście tylko wykrzyknęli zaskoczeni. Burza ucichła tak szybko, jak się pojawiła. Rzuciłem się ratować welon, ale nie zdążyłem.
Śnieżnobiały welon leżał teraz w czarnej kałuży. Małgorzata, zszokowana, zawołała do mnie:
Jasiu, zostaw go! Nie chcę zakładać tego welonu!
Babcie siedzące pod kościołem zaczęły szeptać między sobą, wróżąc nam życie pełne burz i nieszczęść…
W najbliższym sklepie kupiono sztuczny biały kwiat, którym upięto Małgosi fryzurę. Po nowy welon nie było czasu. Przecież nie można się spóźnić na własny ślub!
Tak więc staliśmy z Małgosią w przedsionku kościoła, trzymając świece, przysięgając sobie miłość przed Bogiem. Ale przed ślubem kościelnym podpisaliśмy akt małżeństwa w urzędzie stanu cywilnego, urządziliśmy też wesele dla ludzi.
Po trzech latach mieliśmy już dwoje dzieci córkę Zosię i syna Adama. Żyliśmy po swojemu, nie znając większych zmartwień.
Dziesięć lat później, do naszego mieszkania w Nowej Hucie zapukała młoda dziewczyna.
Małgorzata zawsze gości przyjmowała serdecznie, z otwartym sercem i stołem. Tym razem jednak przybyszka była wyjątkowa przyszła, kiedy mnie nie było w domu. Małgosia od razu oceniła ją kobiecym okiem: zgrabna, ładna, bardzo młoda.
Dzień dobry, jestem Milena. Przyszłam, bo… będę żoną pani męża przedstawiła się obca.
Niezwykle interesujące zdziwiła się Małgosia.
Od kiedy to Jan jest pani narzeczonym? kontynuowała Małgosia.
Od dawna. Ale nie mogę już dłużej czekać. Jan zostanie ojcem mojego dziecka wyznała śmiało Milena.
Hm, klasyczna historia żona, kochanka, nieślubne dziecko… Dziewczyno, wiesz, iż mamy ślub kościelny, dzieci? próbowała przemówić do rozsądku Małgorzata.
Wiem. Ale my się kochamy, na zawsze! Możecie się rozwieść. On pana nie kocha! naciskała Milena.
Nie radzę ci wtrącać się do naszej rodziny! zirytowała się Małgorzata. Poradzimy sobie bez twojej pomocy. Do widzenia!
Dziewczyna wzruszyła ramionami i gwałtownie wyszła.
Małgorzata zatrzasnęła drzwi i pomyślała: „Zuchwała dziewczyna! Nie dostaniesz Jana tak łatwo!”. Próbowała jednak wyprzeć czarne myśli może to wszystko tylko pomyłka?
Wieczorem zaprosiła mnie do stołu na kolację dobrze wiedziała, iż po sytym posiłku łatwiej rozwiązać rodzinne problemy.
Po kolacji zapytała wprost:
Janku, zakochałeś się?
Tak odpowiedziałem niepewnie.
Przyszła dziś do ciebie Milena. To poważne?
Jestem nikczemnikiem Nie mogę żyć bez Mileny! Próbowałem to zakończyć, ale nic z tego. Małgosiu, pozwól mi odejść wyznałem z rozpaczą.
Pozwalam… powiedziała cicho.
Odszedłem do Mileny.
Małgorzata poszła po radę do księdza. Wysłuchał jej uważnie i poradził:
Córko, miłość jest cierpliwa, wszystko znosi. Możesz się rozwieść, masz prawo twój mąż popadł w grzech. Ale możesz mu też wybaczyć, modlić się i czekać. Drogi Pana są niepojęte…
Po dwóch miesiącach Małgorzata zorientowała się, iż jest w ciąży. Dziecko było moje. Ucieszyła się, bo potraktowała to jak znak: Jan kiedyś wróci. Myśl ta przynosiła jej ukojenie.
Urodził się chłopczyk. Teściowa zaproponowała imię Jaś. Może twój Jan jeszcze wróci W życiu bywa różnie. Pomoc babci była nieoceniona, zawsze była przy Małgorzacie i wnukach.
Nie zerwałem kontaktu z Zosią i Adamem. Przynosiłem zabawki, zabierałem na wakacje do Gdańska, zostawiałem pieniądze w kopercie złotówki, ile mogłem. Małgorzata surowo kazała dzieciom nie mówić mi o narodzinach Jasia, ale czy dzieci posłuchają? Zosia przy pierwszej okazji wyjawiła wszystko.
Myślałem, iż Małgorzata znalazła nową miłość. Głęboko mnie to zabolało przypomniałem sobie nasze dawně szczęście. choćby nie przyszło mi do głowy, iż to mój syn.
W tym czasie Milena przebywała na oddziale patologii ciąży. Biegałem między sklepami i szpitalem a to cytrusy, a to ogórki kiszone, a to szukałem pysznej kredy, bo Milenie brakowało wapnia i z zapałem ją chrupała. Niestety, los nie był łaskawy Milena urodziła martwą córeczkę, a kolejna ciąża zakończyła się poronieniem.
Milena ciężko to przeżyła, chciała odpocząć od planów rodzicielskich, ale los znów zaskoczył…
Zacząłem wtedy coraz częściej myśleć o swoich dzieciach z Małgorzatą.
Tymczasem w Małgosię odwiedzał coraz częściej jej dawny kolega Walerian. Na studiach był choćby jej adoratorem, ale dla Małgosi był zawsze za bardzo dociekliwy, mało zabawny, za bardzo pod pantoflem mamy. Był jednak popularny wśród koleżanek. Gdy Małgosia poznała mnie, Walerian został odsunięty na długie lata.
Pewnego deszczowego jesiennego popołudnia Małgorzata jechała autobusem, zamyślona. Do jej miejsca dosiadł się mężczyzna.
Można się przysiąść?
Proszę odpowiedziała, nie odwracając się.
Smutno pani? zagaił.
Westchnęła, chcąc go zbyć. Mężczyzna nie dawał za wygraną.
Małgosiu! odezwał się w końcu znajomo.
Walerian? Sto lat cię nie widziałam! Skąd się wziąłeś? ucieszyła się.
Po drodze zaprosiła go do siebie, a Walerian po drodze kupił wino i słodycze dla dzieci. Wieczorem, przy kolacji, Małgorzata opowiedziała mu całą historię. Musiała się komuś wygadać a Walerian umiał słuchać, nie przerywał. Na koniec pocałowała go w policzek z wdzięczności.
Walerian nie założył rodziny. Zaczął odwiedzać Małgosię, zawsze przynosząc coś dla dzieci, kwiaty dla niej. Ustaliła zasady: Przyjeżdżaj, ale ja wciąż czekam na męża. Nic więcej. Dla Waleriana to i tak było szczęście, lepsze niż samotność.
Tymczasem w moim nowym domu los znów się odmienił: Milena urodziła zdrową, śliczną córeczkę nazwaliśmy ją Bożenka, w podziękowaniu Bogu za wszystko.
Milena zatopiła się w macierzyństwie, ale często wspominała rozmowę z Małgosią. Zrozumiała, iż cudze szczęście przynosi tylko gorycz Nie ruszaj cudzego! powtarzała sobie.
Ja pokochałem Bożenkę, tuliłem ją, kąpałem, cieszyłem się każdym jej gestem.
Mijały lata.
Po pięciu latach Milena poważnie zachorowała, miała zaledwie trzydzieści lat. Biegałem z nią po szpitalach, płaciłem za drogie leki i leczenie. Milena żegnała się z życiem, słabła z każdym dniem.
W końcu poprosiła mnie:
Zawieź mnie do swojej żony. Proszę cię!
Zdziwiłem się, ale spełniłem prośbę. Małgorzata już wiedziała, iż Milena umiera Zosia jej powiedziała. Gdy zadzwoniłem z prośbą o spotkanie, nie odmówiła.
Wniosłem Milenę na rękach do dawnego domu. Cała rodzina czekała na wyjaśnienia. Małgosia skinęła głową, żebym położył ją na łóżku, wygodnie podparłem poduszkami.
Pozwólcie, iż zostanę z Małgosią na chwilę poprosiła Milena.
Gdy zostawiłem je same, Małgosia podeszła do niej. W trumnie leży się piękniej przemknęło jej przez myśl. Usiadła na brzegu łóżka.
Przepraszam cię, Małgosiu! Chcę cię o coś prosić. Weź Bożenkę do siebie! Nie mam nikogo oprócz was. Obiecaj, iż wychowasz ją z Janem szlochała Milena.
Małgosia ujęła jej dłoń.
Milena! Nie Bóg karze, tylko my siebie. Już dawno ci wybaczyłam! O Bożenkę się nie martw, nie zostawimy jej. A wy zamieszkajcie u mnie. Tak będzie lepiej i dla ciebie, i dla Jana. Dom duży, dla wszystkich starczy miejsca. Obiecuję: wyzdrowiejesz!
Tak więc w domu Małgorzaty, jak w prawdziwym polskim domu, wszyscy znaleźli miejsce. Wszyscy zajęli się Mileną choćby Walerian, który od razu bardzo się o nią troszczył i niemal nie odstępował jej na krok. Rozmawiał z nią długo, wspierał. choćby nie zauważył, jak się w niej zakochał; Bożenkę nazywał bożym kwiatuszkiem. Milena chciała żyć i walczyła o zdrowie.
Minęło pół roku leczenia, rozpaczy i nadziei Milena w końcu zaczęła wychodzić na podwórko, łapała promienie słońca na wychudzoną twarz, powoli wracała do życia.
Myślała dużo o Walerianie Jana już nie mogła kochać, był nie dla niej. Swoją lekcję zrozumiała: cudzy mąż to nie twój mąż! Ale z Walerianem byłaby szczęśliwa, Bożenkę pokochał jak własną.
Wreszcie, przy rodzinnym obiedzie, Milena ogłosiła:
Małgosiu, Janku! Z Bożenką i Walerianem wyprowadzamy się. Dziękuję za wszystko za dom, za opiekę i serce. Takich ludzi jak wy nie spotkałam nigdy przedtem i już nie spotkam. Dziękuję wam!
Ja i Małgorzata spojrzeliśmy na siebie i wiedzieliśmy, iż między Walerianem i Mileną rodzi się prawdziwe uczucie.
Już wcześniej porozmawiałem z Małgosią:
Małgosiu! Niezależnie od losu Mileny chcę być z tobą! Tego, ile masz w sobie wielkoduszności, nie da się opisać. Przyjmiesz mnie z powrotem? Przy tobie chcę wychowywać nasze dzieci. Będę błagał o wybaczenie!
Myślę, iż przyjmę. I ja powinnam cię przeprosić musiałam być złą żoną, skoro szukałeś szczęścia gdzie indziej! Życie jest mądrzejsze niż my wszyscy
A co z Bożenką? martwiła się Małgosia.
Bożenka to też moja córka. Zawsze będzie dla niej miejsce w moim domu, nie zostawię jej zapewniłem.
Gdy Walerian, Milena i Bożenka żegnali się z nami w progu, Milena przywołała mnie jeszcze na bok:
Kochaj swoją Małgosię, Janku! Bardziej niż życie! Ja będę was pamiętać… pożegnała się czule.
Bądź szczęśliwa, Mileno odpowiedziałem.
Tego, co przeżyłem, nie zapomnę nigdy. Życie nauczyło mnie, iż prawdziwa miłość to nie tylko uczucie, ale i cierpliwość, przebaczenie oraz troska o innych, choćby gdy boli. Czasem trzeba coś stracić, żeby docenić wartość tego, co się miało i zrozumieć, kto naprawdę jest naszym domem.
