KOCHAĆ CIERPLIWOŚCIĄ, CIERPIEĆ MIŁOŚCIĄ
Małżeństwo Jana i Krystyny było sakramentalne.
W dzień ślubu, gdy roztańczony orszak weselny zakręcał już pod mury kościoła Mariackiego w Krakowie, nagle zerwała się letnia wichura. Skąd się wzięła nie wiadomo. Z impetem porwała z głowy panny młodej welon jak liść na wietrze i poniosła go wysoko, aż wirującym ruchem uleciał nad Rynek, by w końcu upaść ciężko w kałużę obok gołębi. Cała rodzina i drużbowie tylko głośno westchnęli.
Burza ustała niespodzianie. Jan rzucił się za welonem, ale nie był w stanie go dogonić. Wyciągnął go z błota. Śnieżnobiały welon spoczął w czarnej kałuży. Krystyna, roztrzęsiona, zawołała:
Jaśku, nie podnoś! Nie założę już tego welonu!
Stare kobiety siedzące przy kościelnym murze zaczęły po cichu szeptać. Mówiły, iż na nowożeńców czekają już tylko burze i przeciwności
W pobliskim sklepiku kupiono więc sztuczny biały kwiat i wpięto go w fryzurę Krystyny. Nowego welonu nie było czasu szukać. Nie można przecież się spóźnić na własny ślub!
Przed ołtarzem, tuż przy wejściu, Krystyna i Jan trzymali w dłoniach świece ślubne. Ślubowali sobie miłość i wierność na wieki. Dla Boga. Ale przed tym, dla ludzi, wzięli ślub cywilny w Urzędzie Stanu Cywilnego i urządzili wesele, iż hej, cała rodzina wspominała je przez rok.
Po trzech latach małżeństwa było już dwoje dzieci: córka Agnieszka i syn Maciek. Mieszkali w bloku na Nowej Hucie, spokojnie, własnym rytmem.
Po dziesięciu latach, gdy dzieci rosły i życie płynęło, do drzwi Jana i Krystyny zapukała tajemnicza dziewczyna.
Krystyna była zawsze gościnna zapraszała każdego, nieważne, czy swojego, czy obcego. Gości traktowała serdecznie, stawiała bigos na stół, nalewała herbaty, zagadywała do rana. Tym razem gość był szczególny pojawiła się, gdy Jana nie było w domu.
Krystyna jednym spojrzeniem oceniła nieznajomą: wysoka, urodziwa, młoda, miła w słowie.
Dzień dobry, jestem Mariola. Jestem przyszłą żoną pani męża przedstawiła się bez mrugnięcia.
O, to ciekawe! Krystyna aż zgłupiała.
I jak długo Janek jest pani narzeczonym? dopytała ironicznie.
Już długo, ale nie mogę dłużej zwlekać. Będę miała z nim dziecko powiedziała Mariola tonem oczywistej prawdy.
Cóż klasyczny polski dramat: żona kochanka nieślubne dziecko. Ale wie pani, Mariolo, my z Jankiem jesteśmy po ślubie kościelnym; mamy dzieci.
Wiem wszystko. Ale my mamy miłość! Na zawsze! Możecie się rozwieść. On już pani nie jest wierny przekonywała Mariola.
Krystyna wstała, już poirytowana:
Nie radzę pani mieszać się w czyjąś rodzinę. Najlepiej odejdźmy od tej rozmowy.
Mariola wzruszyła ramionami, jakby swoje już powiedziała, i wyszła.
Krystyna zatrzasnęła drzwi, aż echo poszło po klatce. Wszystko rozpracowała! Jeszcze zobaczymy, kto tu wygra
Zaczęła przypominać sobie, iż Jan ostatnio mniej czasu spędza z rodziną. Coraz częściej tłumaczył się dodatkowymi nadgodzinami, niespodziewanymi delegacjami do Warszawy czy nagłym hobby wędkarstwo lub polowania, choć wcześniej nie miał takich pasji. Kobieta zawsze czuje niewierność. Czuje zapach rywalki w powietrzu, czuje napięcie w zwykłym powitaniu.
Wieczorem, gdy Jan wrócił z pracy, Krystyna usadowiła go przy stole, nakarmiła ciepłą zupą i schabowym, a potem przeszła do rzeczy.
Jaśku A ty, zakochany jesteś? zaczęła od ważnego pytania.
Jestem odparł cicho Jan.
Była dzisiaj twoja nowa sympatia. To na poważnie? Krystyna bała się odpowiedzi.
Jestem draniem! Bez Marioli nie potrafię żyć! Próbowałem to skończyć, nie wyszło. Puść mnie, Krystynko błagał Jan.
Puszczam odpowiedziała. Darować, prosić, tłumaczyć się dziećmi to nie miało sensu. Życie zweryfikuje.
Jan odszedł do Marioli.
Krystyna pojechała do dominikanów na Stolarską. Wyspowiadała się staremu ojcu Jakubowi. Ten, po wysłuchaniu historii, pocieszał:
Córko, miłość cierpliwa jest, wszystko przetrzyma! Ale masz prawo się rozwieść, jeżeli mąż zgrzeszył. Lub możesz przebaczyć i modlić się za niego drogi Pana są zagadkowe…
Dwa miesiące później Krystyna poczuła ruch pod sercem to był syn, dziecko Jana. Ucieszyła się, bo uznała to za znak, iż Jan kiedyś wróci. Ta nadzieja trzymała ją przez kolejne miesiące.
Urodził się synek. Mama Krystyny zaproponowała imię Jaś. Może twój Jaś wróci, córko różnie w życiu bywa
Mama Krystyny bardzo się zaangażowała w pomoc; niańczyła dzieci, gotowała rosół, uczyła bajek o Szewczyku Dratewce.
A Jan nie zapominał Agnieszki ani Maćka. Przynosił im zabawki, woził nad Bałtyk, przesyłał wsparcie finansowe w kopertach z podpisem Dla dzieci.
Krystyna zabroniła dzieciom mówić ojcu o nowym braciszku. Ale dzieci to dzieci. Agnieszka wygadała się tacie przy następnej wizycie. Jan podejrzewał, iż Krystyna ma już nowy związek i aż mu się serce ścisnęło na wspomnienie starych dobrych czasów. choćby nie przeszło mu przez myśl, iż to jego własne dziecko!
W tym czasie nowa żona Mariola spędzała czas w szpitalu na ulicy Kopernika, chroniąc ciążę. Jan nosił jej pomarańcze, kiszone ogórki i szukał białej kredy (bo Marioli brakowało wapnia). Ale zakończyło się tragicznie urodziła martwą dziewczynkę. Potem kolejna ciąża zakończyła się poronieniem.
Mariola, przeżywszy tragedie, chciała choć trochę odpocząć, zanim pomyśli znów o dziecku. Los planował inaczej
Jan był przy niej, współczuł jej, czuł się winny za to, iż ich szczęście tak gorzko się kończy.
Do Krystyny zaczęli wpadać goście coraz częściej stary znajomy z liceum, Walerian. Był jej dawnym adoratorem, uparty, nieco nudny, rozpieszczony przez własną mamę, ale dziewczyny ze szkoły się o niego zabijały. Jednak od czasu, gdy Krystyna poznała Jana, Walerian poszedł w cień na jakiś czas.
Pewnego deszczowego, październikowego dnia Krystyna jechała tramwajem przez Planty. Wpatrzona w deszcz za oknem, nie chciała z nikim rozmawiać. Obok usiadł mężczyzna.
Można? zapytał.
Proszę odparła lakonicznie, nie patrząc choćby w jego stronę.
Smutna dziś pani zagadywał.
Krystyna zbyła go milczeniem. Mężczyzna nie dawał za wygraną.
Krystynko, to ja, Walerian! szepnął.
Krystyna ożywiła się, uradowana spotkaniem.
Walerian, zapraszam na herbatę! Nie gniewa się małżonka? szczerze się ucieszyła.
Po drodze kupił bukiet tulipanów i owoce dla dzieci. Przy stole Krystyna rozlała całą swoją opowieść Walerianowi. Wysłuchał spokojnie, nie przerywał, kiwał głową był świetnym powiernikiem. Na koniec pocałowała go w policzek za współczucie. Walerian wrócił do domu, w sercu jasna iskierka.
Wyszło na jaw, iż nigdy się nie ożenił ani dzieci nie miał. Widocznie taki los.
Walerian często odwiedzał Krystynę. Przynosił łakocie dzieciom, kwiaty gospodyni. Ale Krystyna gwałtownie ustaliła granice.
Możesz przychodzić, ale ja czekam na męża. Bez żadnych podtekstów powiedziała szczerze.
Walerian był szczęśliwy choćby w takiej roli lepiej brat w rodzinie niż samotnik w kawalerce.
To już ustalone! Będę dla ciebie jak brat, a dla dzieci jak wujek! oznajmił.
Tymczasem w rodzinie Jana z Mariolą wydarzyły się zmiany na lepsze. Mariola urodziła zdrową dziewczynkę. Nazwali ją Bogumiła, żeby była bliżej Boga.
Mariola całkowicie oddała się macierzyństwu, wymarzonemu i tak ciężko wyczekanemu.
Często wracała myślami do rozmowy z Krystyną. Wiedziała już, iż zdobyte szczęście na cudzym nieszczęściu jest jak barszcz bez soli same łzy.
Dopiero po narodzinach Bogumiły, Mariola zrozumiała ból, jaki sprawiła Krystynie. Najchętniej padłaby na kolana przed nią i błagała o przebaczenie!
Jan pokochał córeczkę kupował jej zabawki, nocą kołysał do snu, kąpał, przewijał. Mariola nie mogła się napatrzeć na tak opiekuńczego tatę.
Czas płynął dalej, Wisła płynęła z prądem, lat przybywało
Minęło pięć lat. Dzieci dorosły, a dorośli jeszcze bardziej.
Wtedy zdarzyło się nieszczęście: Mariola ciężko zachorowała, mając zaledwie trzydzieści lat. Jan szalał ze strachu szpitale, lekarze, leki za setki złotych
Mariola żegnała się z życiem. Przygotowywała się na wieczność.
Jan dbał o nią, próbował ją pocieszać, być przy niej. Ale Mariola słabła z dnia na dzień.
W końcu, gdy lekarze wypisali ją do domu, Mariola poprosiła:
Zawieź mnie do twojej żony. Proszę!
Jan zdziwił się ale nie sprzeciwił.
Krystyna wiedziała już wszystko od córki Agnieszki, która czasem odwiedzała tatę. Gdy Jan poprosił o spotkanie, nie odmówiła.
Przywiózł Mariolę do ich dawnego mieszkania w wieżowcu w Nowej Hucie. Była tak słaba, iż Jan zaniósł ją na rękach.
Wszyscy siedzieli w ciszy, czekając na wyjaśnienia.
Krystyna wskazała na łóżko wzrokiem. Jan ostrożnie położył Mariolę na jasnej narzucie i poprawił poduszkę.
Proszę was, zostawcie mnie z Krystyną wyszeptała Mariola.
Wszyscy wyszli cicho.
Krystyna usiadła na brzegu łóżka. Jeszcze ładnie wygląda, choć już śmierć za plecami, pomyślała.
Mariola zaczęła płakać.
Krystyno, przebacz Dotarła do mnie kara Boża. Chcę cię o coś prosić zabierz Bogumiłę do siebie! Została mi tylko ona, Jan… i ty. Obiecaj, iż ją wychowacie
Krystyna ujęła jej dłoń.
Mariolo, nie Bóg nas karze sami sobie zadajemy ból! Już dawno ci przebaczyłam. O Bogumiłę się nie martw, nie zostawimy jej. Mieszkajcie z nami. Dom duży, miejsca starczy. Będziesz zdrowa, zobaczysz! Trzeba wierzyć i nie bać się!
Dom Krystyny był jak baśniowy dwór dla wszystkich znalazło się miejsce.
Cała rodzina doglądała Marioli, najbardziej Walerian. Od pierwszego dnia czuwał przy jej łóżku, mówił odpowiednie słowa i prowadził rozmowy, rozjaśniające ciemność smutku o życiu, o sensie, o nadziei.
Nie zauważył nawet, jak w Mariolę się zakochał. A w Bogumiłę wprost się zapatrzył, nazywał ją Bożym goździkiem. Dziewczynka rzeczywiście była cudem.
Mariola chciała żyć! Walczyła! Krystyna dodała jej ducha, nadziei, Mariola chwyciła się tej słomki i już nie wypuściła.
Przeszło pół roku męki i leczenia. W końcu Mariola znów mogła sama wyjść na balkon, poddychać zapachem jasnych bzów. Coraz częściej śmiała się, patrząc w niebo. Powoli wracało zdrowie.
Mariola myślała o Walerianie. Jana kochała przez cały czas ale był mężem innej! Tę lekcję zapamiętała raz na zawsze Nie patrz łakomym wzrokiem na cudzą miskę! Walerian to dobry człowiek, przyjął jej córkę jak własną, ją pokochał. Żyje się i w takich rodzinach miłość jednego starczy za dwóch. Mariola postanowiła, iż zrobi wszystko, by uczucie Waleriana nie gasło, a rosło i wtedy miłości wystarczy dla wszystkich.
Zdrowiała powoli, ale nieustannie!
Wreszcie, podczas rodzinnego obiadu, Mariola ogłosiła:
Krystyno, Jaśku, my z Bogumiłą i Walerianem wyjeżdżamy. Dziękujemy za dach, za miłość, której nigdy się nie spodziewałam! Nigdy nie spotkałam takich ludzi i pewnie już nie spotkam! Kłaniam się nisko!
Jan i Krystyna wymienili spojrzenie. Oboje od dawna wiedzieli, iż pomiędzy Walerianem i Mariolą rodzi się uczucie. Miłość.
Już wcześniej Jan odbył z Krystyną poważną rozmowę.
Krystynko, cokolwiek będzie z Mariolą, ja chcę być z tobą! Jesteś najwspanialszą kobietą! Przyjmiesz mnie jeszcze? Musimy razem wychować nasze troje dzieci!
Myślisz, iż nie przyjmę? Jeszcze sama będę cię przepraszać, iż nie byłam lepszą żoną! Życie to najlepsza nauczycielka kto nie chce, tego i tak nauczy! objęła i pocałowała go w policzek.
Ale Bogumiła zostaje naszą córką zauważył Jan. Zawsze będzie tu mile widziana.
Walerian, Mariola i Bogumiła pakowali już walizki.
Przy drzwiach Mariola podeszła do Jana.
Kochaj Krystynę mocniej niż życie! Nigdy jej nie rani! Zawsze będę o tobie pamiętać, Jaśku! pożegnała się.
Bądź szczęśliwa, Mariolo odpowiedział cicho Jan.
Odtąd życie płynęło dalej swoim nurtem, jakby wszystko było cichą, surrealistyczną piosenką rozbrzmiewającą nad Wisłą, gdzie każde serce wciąż szukało swego domu.






