Dwadzieścia jeden lat znajomości mieści się w jednym numerze telefonu, który trzeba usunąć jednym ruchem kciuka. Wiem to, bo zrobiłam to dokładnie sześć tygodni temu, siedząc w poczekalni przychodni na Krupówkach, czekając na wynik morfologii.
Nazywam się Halina Wróblewska, mam pięćdziesiąt cztery lata, prowadzę pracownię krawiecką przy ulicy Kościuszki w Zakopanem — tę samą, którą po mężu przejęłam osiemnaście lat temu, kiedy Kacper miał zaledwie osiem lat. Owdowiałam wcześnie. Zostałam z synem, maszyną do szycia Singer po teściowej i kredytem na lokal, który spłacałam do zeszłego roku. Kacper dziś ma dwadzieścia siedem lat, pracuje w firmie budowlanej w Krakowie, przyjeżdża co drugi weekend.
Moją najbliższą przyjaciółką od dwudziestu jeden lat była Renata Kubik. Poznałyśmy się w kolejce po zasiłek pogrzebowy — obie chowałyśmy mężów tego samego miesiąca, ona swojego przy budowie obwodnicy, ja swojego po zawale. Renata ma pięćdziesiąt jeden lat, prowadzi kwiaciarnię przy dworcu autobusowym, i przez dwie dekady nie było niedzieli, żebyśmy nie usiadły razem przy herbacie z cytryną, którą parzyła w tym samym dzbanku z odpryskiem na uszku. Znała Kacpra, odkąd nosił kalosze w żółte kaczuszki. Przynosiła mu na urodziny scyzoryki, potem — kiedy dorósł — dobre wino. Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego zostawali czasem sami w kuchni po moim wyjściu do warsztatu. To była Renata. Prawie siostra.
W czerwcu Kacper zadzwonił i powiedział, iż chce mnie zabrać na kolację do Willi pod Reglami, bo ma "coś ważnego". Ubrałam się w niebieską sukienkę, którą uszyłam sobie na jego maturę, i całą drogę autobusem numer jeden myślałam, iż w końcu pozna mnie z dziewczyną, o której od miesiąca mówił zdawkowo. Zamiast tego przy stole, pod lampą z kutego żelaza, sięgnął po dłoń Renaty.
— Mamo. Kochamy się.
Roześmiałam się. Naprawdę, głośno, aż kelner odwrócił głowę. Myślałam, iż to jakiś żart z okazji moich urodzin, które miały być za tydzień. Renata nie roześmiała się razem ze mną. Trzymała serwetkę tak mocno, iż materiał zrobił się w jej palcach szary.
— Jesteśmy razem od dwóch lat, mamo. Nie wiedzieliśmy, jak ci powiedzieć.
Widelec, którym akurat nabierałam kawałek pstrąga, zawisł w powietrzu i tak już został — na talerzu, na środku obrusa, zimny. Nie pamiętam, żebym coś powiedziała. Pamiętam za to, iż policzyłam w głowie: dwa lata temu Renata miała pięćdziesiąt lat, a mój syn dwadzieścia pięć. Że dwa lata temu przynosiła mu na urodziny to wino i siedziała z nim do jedenastej, kiedy ja już spałam, bo o szóstej otwierałam pracownię. Że dwa lata temu jeździłyśmy razem do Rabki na targi kwiatowe i ona wracała później niż ja, bo "musiała jeszcze coś załatwić w mieście".
Poprosili o moje błogosławieństwo. Powiedziałam, iż muszę wyjść, i wyszłam — zostawiłam ich przy stole, poszłam pieszo przez cały Krupówki, mimo iż kapcie od sukienki obcierały mi pięty, i nie odebrałam telefonu ani od syna, ani od Renaty przez jedenaście dni.
Ślub odbył się we wrześniu, w tej samej Willi pod Reglami, gdzie mi powiedzieli. Siedziałam w pierwszym rzędzie, bo Kacper poprosił, a ja — mimo wszystkiego — wciąż byłam jego matką i nie umiałam wyobrazić sobie dnia jego ślubu bez siebie w kadrze. Renata miała na sobie kremową suknię, którą — jak się później dowiedziałam od krawcowej z Nowego Targu — zamówiła u konkurencji, żebym przypadkiem nie zobaczyła projektu wcześniej. Uśmiechałam się przez całą ceremonię tak długo, iż po powrocie do domu bolała mnie szczęka.
Kiedy ksiądz kończył już błogosławieństwo, Kacper podszedł do mnie, pochylił się i powiedział cicho, tak żeby słyszała tylko ja:
— Mamo, pozostało coś, czego ci nie powiedzieliśmy.
Serce zatrzymało mi się na ułamek sekundy w tym samym miejscu, gdzie zawisł kiedyś widelec nad pstrągiem.
— Renata jest w ciąży. Piąty miesiąc. Bałaś się bardziej o wiek, więc czekaliśmy, aż będzie już bezpiecznie, żeby ci powiedzieć.
Popatrzyłam na brzuch, który suknia skrywała fałdami — i rzeczywiście, teraz to widziałam, ten brzuch, który przez cały wrzesień tłumaczyłam sobie stresem przedślubnym Renaty. Moja najlepsza przyjaczka w ciąży z moim synem, w wieku, w którym inne kobiety liczą lata do emerytury. Nie krzyknęłam. Nie zemdlałam, jak w filmach. Podeszłam do bufetu, wzięłam kieliszek prosecco, wypiłam duszkiem i poszłam do toalety zwymiotować.
Przez kolejne tygodnie robiłam to, co zawsze — otwierałam pracownię o szóstej, przyjmowałam zamówienia na obrębienie zasłon i przeróbki spodni, wieczorami siedziałam sama w mieszkaniu nad warsztatem. Ale coś się we mnie zmieniło. Zaczęłam liczyć, ile razy przez te dwadzieścia jeden lat pożyczyłam Renacie pieniądze na kwiaciarnię, kiedy nie miała na czynsz. Trzynaście tysięcy złotych w sumie, bez odsetek, bez umowy, bo przecież przyjaciółce się ufa. Zaczęłam też liczyć, ile razy zapraszałam ją na Wigilię, kiedy Kacpra nie było w domu, żeby nie siedziała sama.
W październiku poszłam do notariusza przy ulicy Chramcówek i odzyskałam trzynaście tysięcy złotych, przedstawiając stare przelewy z konta, które przez lata trzymałam bez celu, bo "kto wie, może się przydadzą". Renata próbowała negocjować, mówiła, iż to były prezenty, nie pożyczki. Pokazałam jej wiadomość SMS sprzed ośmiu lat, w której pisała: "oddam do wiosny, obiecuję". Zapłaciła w dwóch ratach, ostatnią przelała w grudniu, bez słowa komentarza w tytule przelewu.
Wiosną urodziła się dziewczynka. Nazwali ją Zofia. Kacper przysłał mi zdjęcie z porodówki w Nowym Targu, napisał tylko: "Mamo, jesteś babcią". Nie odpisałam od razu. Usiadłam przy maszynie Singer, tej samej po teściowej, i uszyłam dla wnuczki becik — z materiału, który kupiłam jeszcze przed ślubem, na wszelki wypadek, chociaż wtedy sama nie wiedziałam, po co go kupuję.
Pojechałam do szpitala trzeciego dnia. Zostawiłam becik pod drzwiami sali, nie wchodząc do środka. Renata wyszła na korytarz, chciała coś powiedzieć — o tym, jak bardzo się bali mojej reakcji, jak długo ukrywali to uczucie, bo wiedzieli, iż będzie mnie bolało. Podniosłam rękę, żeby przestała mówić.
— Becik jest dla Zosi. Nie dla ciebie.
Odwróciłam się i poszłam do windy. Numer telefonu Renaty usunęłam tego samego wieczoru, siedząc już nie w poczekalni, tylko w domu, przy kuchennym stole, na którym stała ta sama filiżanka z odpryskiem na uszku — bo w grudniu, przy ostatniej racie, zostawiła ją u mnie i nikt po nią nie wrócił. Z synem rozmawiam do dziś, co drugą niedzielę, przez telefon albo przy kawie w mojej pracowni, kiedy przyjeżdża sam, bez żony. O wnuczce pytam. O Renatę — nigdy.











