Kobieta osadzona – poruszająca opowieść o losach więźniarki w polskim systemie penitencjarnym

newsempire24.com 1 tydzień temu

Stary autobus, śmierdzący benzyną i głośno klekoczący, odjechał zostawiając ją samą na przystanku. Rozejrzała się wokół tu się prawie nic nie zmieniło. Ta sama rozjeżdżona droga, pełna tłustego, czarnego błota. Te same krzaki ochlapane błotem przez przejeżdżające auta. W oddali rozciągała się wioska, wąską wstążką przytulona do ściany lasu. W migotliwym półmroku widać było żółte kwadraciki świecących okien, szczekały psy, a gęsi głośno się sprzeczały.

No tak, sześć lat minęło, a tu wszystko stoi jak dawniej, pomyślała Mariola. Albo prawie wszystko. Tylko po prawej, na wzgórzu, już nie było rzędu maszyn rolniczych pod słabymi latarniami. Tam teraz czaił się tylko mrok. Mariola nie wiedziała, co się stało z gospodarstwem Woźniaków pewnie spadkobiercy wszystko sprzedali.

Przeszła na główną ulicę wsi, ściągnęła chustkę niżej na czoło, by być niedostrzegalną. Miała wrażenie, iż z każdego okna patrzą na nią potępiające spojrzenia. Czuła się, jakby mogła za chwilę dostać kamieniem. Ale nie miała już dokąd pójść tylko tu czekał na nią rodzinny dom, więc wróciła mimo nienawiści sąsiadów. To przez nią, pół wsi, sześć lat temu, straciło pracę.

Od tamtej pory bardzo się zmieniła nie przypominała już tej radosnej dziewczyny kręcącej biodrami, która rozkochała w sobie twardego Lecha Woźniaka. Mariola, niegdyś zgrabna szatynka o dużych, niebieskich oczach, mieszkała sama w starym domu na skraju parowu. Lech był wtedy uważany za półboga prawie wszyscy pracowali u niego. Gdy się do niego wprowadziła, wierzyła, iż złapała Pana Boga za nogi.

Ale rzeczywistość była inna. Lech uważał się za majętnego pana. Dla niego Mariola była tylko dziewczyną do zabawy, czymś między służącą a ozdobą. Najpierw odsunął ją od przyjaciółek, potem zakazywał nosić to, co uważał za zbyt odważne, makijaż oczywiście też był zakazany. Jej świat niepostrzeżenie zamienił się w niekończące się zakazy i nakazy.

Siedziała w czterech ścianach, gotowała mu zupy, sprzątała pokoje. O pracy zawodowej nie było mowy. Lech ciągle podejrzewał ją o zdrady, oskarżał o rzeczy wyssane z palca. Mariola próbowała jeszcze udowadniać swoją lojalność, ale gwałtownie zrozumiała, iż to nie w niej problem. Jakkolwiek by się nie naginała, Lech zawsze był niezadowolony. Gdy w końcu doszło do przemocy, uciekła do swojego domku, mając nadzieję wszystko wymazać z pamięci.

Ale los miał dla niej inne plany. Lech pojawił się już następnego dnia. Mariola myła podłogę w kuchni, drzwi stały otwarte, w domu pachniało świeżością. Lubiła to monotonne, uspokajające zajęcie. Nagle Lech z impetem kopnął wiadro. Woda rozlała się po kuchni, tworząc prawdziwe jezioro. Mariola wiedziała, iż po wiadrze, przyjdzie jej kolej.

Tego, co działo się dalej, nie pamięta jej pamięć, jakby chcąc ją ochronić, wymazała tamten dzień. Ocknęła się dopiero, gdy na podwórku stała policja, zadawali jej pytania, ktoś trzymał przed jej nosem worek z kuchennym nożem. Za płotem tłoczyli się sąsiedzi, w kuchni wszystko było przewrócone, firanki zerwane, a na środku podłogi leżał Lech.

Zajechała chłopa! słyszała zza płotu. Mniej by ogonem kręciła, to by żył! Czego jej brakowało? Żyła lepiej niż my wszyscy! Dobrego człowieka zgubiła! I co będzie z nami? Przez niego była robota! Wieś szemrała: Co teraz poczniemy? Za co żyć?

Dostała sześć lat w więzieniu zwykła odsiadka. Nie było lekko, ale i nie tak okropnie, jak się bała. Po ludziach poznanych w zakładzie poprawczym, nauczyła się słuchać i okazać serce, więc gwałtownie znalazła przyjaźnie. Ale tamta urocza dziewczyna, pewna siebie, została gdzieś za kratami. Przyszła siwizna, zaokrągliły się policzki, przestała dbać o wygląd. Nigdy by nie przypuszczała, iż skończy za murem. Myślała, iż do więzienia trafiają tylko najgorsi. A przecież wszyscy mówią od wyroku i od żebraczego losu nikt nie jest wolny. Życie potrafi się rozsypać w sekundę. Teraz była zawodową więźniarką.

Szła skryta pod chustką, z duszą na ramieniu, czy jej dom w ogóle jeszcze istnieje. Może ktoś już rozebrał go na opał… Ale na samym skraju parowu, wśród dwóch rozłożystych brzóz, stały wyraźnie zarysy jej rodzinnego domu. Z parowu czuć było wilgoć, w dole szemrał strumień i pohukiwały żaby. Ile razy przez te lata wyobrażała sobie ten powrót, ile razy śniła o znajomych miejscach. Za parowem zaczynał się las pełen grzybów: kozaki, maślaki, podgrzybki… Miała ochotę natychmiast polecieć z koszykiem!

Przemknęła przez furtkę, znalazła klucz w schowku pod deską. I już za chwilę była w środku, przygotowana na to, iż uderzy ją smród stęchlizny, ale nic takiego się nie stało. Przełączyła światło, po kuchni rozlało się ciepłe, żółte światło. Wszystko było posprzątane, na parapecie rosła pelargonia obsypana różowymi kwiatami. Mariola patrzyła na nią bez słowa, nie rozumiejąc nic. Przeszła przez wszystkie pokoje nic nie tknięte, wszystko na swoim miejscu. Ktoś wyraźnie doglądał domu podczas jej nieobecności.

Mariolka! Maaariolka! rozległo się ze sieni i do domu wbiegła sąsiadka, Genowefa. O ho! westchnęła zamiast przywitania. Aleś ty się zmieniła… Patrzę, światło się pali, to od razu przyszłam. Przyniosłam ci coś do zjedzenia, pewnie głodna jesteś po drodze… Postawiła na stole słoik mleka i bochenek świeżego chleba owinięty ręcznikiem.

Dziękuję… uśmiechnęła się Mariola. To wy pilnowałyście domu?

A któż by miał pilnować, jak nie ja? odpowiedziała Gienia. Dom bez opieki długo nie postoi…

Dzięki. Naprawdę wielkie dzięki! szepnęła Mariola, łzy kręciły jej się w oczach.

No, pójdę już. mruknęła Genowefa. Chłopy jeszcze na ciebie mają żal. Jak się mój dowie, iż tu byłam, to nie odpuści.

Marioli aż ulżyło na duszy, iż ktoś ją jeszcze wspiera. Przelała sobie do szklanki mleka, jeszcze ciepłego, kiedy do drzwi nieśmiało zapukał chłopiec, na oko trzynastoletni. Niezgrabnie podał jej paczkę.

Ma…mama kazała przekazać! wydusił i już był na zewnątrz. Mariola choćby nie wiedziała, kto to był przez te lata dzieci zdążyły urosnąć i bardzo się zmienić. Z paczki rozchodził się zapach swojskiej kiełbasy tak mocny, iż aż pociekły jej ślinki.

Wpadła do niej bez zapowiedzi Baśka i od razu rzuciła się w objęcia. Kiedyś, przed Lechem, trzymały się razem. Mariola rozpłakała się:

Myślałam, iż nikt nie będzie chciał już ze mną rozmawiać!

Daj spokój, Mariolka! powiedziała Baśka. Jeszcze jest coś takiego jak kobieca solidarność! Wiemy, co się wydarzyło, nie musisz się tłumaczyć. Chłopy nie zrozumieją naszych spraw, dlatego mają żal. Genowefa mi powiedziała, iż wróciłaś. Wpadłam na chwilę przyniosłam ci trochę warzyw i sałaty z ogródka. Ty dzisiaj odpocznij, a jutro pogadamy do woli!

Mariola wzruszyła się tak bardzo, iż nie mogła przełknąć kęsa. Zrozumiała, iż niepotrzebnie miała za złe sąsiadkom kobiety zrozumiały i wspierały ją. Położyła się w świeżo pościelonym łóżku, ledwo przymykając oczy, gdy w okno zastukał ktoś natarczywie. Po sylwetce w ciemności poznała od razu to był Staszek, nieformalny sołtys, facet, przed którym wszyscy mieli respekt.

Nie wychodź powiedział krótko. Pogadamy przez okno. My, chłopy, ustaliliśmy, iż głupio się dąsać. Kobiety tam swoje wiedzą, my swoje ale to nie twoja wina, co się stało. Ciężko bez pracy, ale Lech sam sobie winien. I mówiąc szczerze… no, przemilczę przy tobie pewne rzeczy. Zrzuciliśmy się z chłopakami masz tu trochę grosza na początek. Bierz, nie marudź! rzucił zawiniątko przez okno i zniknął w mroku.

Mariola nie wiedziała, co powiedzieć, łzy znowu zakręciły jej się w oczach. Może życie jeszcze da jej drugą szansę, skoro choćby tu ktoś ją w końcu zrozumiał…

Idź do oryginalnego materiału