Trzydzieści dwa nieodebrane połączenia — tyle wyświetliło mi się na ekranie, kiedy w końcu oddzwoniłam do Roberta. Stałam wtedy na korytarzu Szpitala Bródnowskiego, w ręku kubek automatowej kawy, której choćby nie zdążyłam wypić.
— Weronika, co jest, kurwa, tak pilne? — warknął. W tle słychać było fale i brzęk kieliszków. — Jestem w środku rozmów z kontrahentem, nie mogę teraz gadać.
Rozmowy z kontrahentem. Tak nazwał urlop na Zanzibarze z Patrycją z działu marketingu.
Nie powiedziałam mu wtedy, iż jego matka, Danuta, leży na SOR-ze podłączona do kroplówki i respiratora. Nie powiedziałam, bo już wiedziałam, iż to nic by nie zmieniło.
Danutę poznałam siedemnaście lat temu, kiedy Robert przywiózł mnie na obiad do jej mieszkania na Pradze. Gotowała żurek według przepisu swojej babci i od razu zapytała, czy umiem robić pierogi z kapustą. Nie umiałam. Nauczyła mnie tego samego wieczoru. Przez te wszystkie lata to ja woziłam ją na kontrole do przychodni przy Kondratowicza, ja siedziałam z nią w poczekalni onkologicznej, kiedy wykryli guza, ja przynosiłam jej rosół, gdy Robert akurat "miał ważne spotkanie".
Tamtej nocy, pod jarzeniówkami izby przyjęć, trzymałam jej wychudzoną dłoń i wybierałam numer syna po raz kolejny. Znowu poczta głosowa.
— Przepraszam, Danusiu — wyszeptałam. — Nie mogę się do niego dodzwonić.
I wtedy jej palce zacisnęły się na moich. Mocno, jak na kogoś, kto ledwo oddychał. Usta poruszyły się pod maską tlenową, głosu nie było, ale po siedemnastu latach znałam ten ruch warg na pamięć.
*Przestań płakać. Już czas.*
Ostatkiem sił wsunęła mi coś do dłoni. Coś małego i zimnego. Chwilę później aparatura zaczęła jednostajnie piszczeć.
Otworzyłam pięść. Mały mosiężny kluczyk z wybitym numerem 12 i literami PKO na uszku.
Pielęgniarka, która przyszła wyłączyć monitor, spojrzała na mnie i tylko powiedziała cicho: "Niech pani zostanie z nią jeszcze chwilę, nikt panią nie goni". Ten drobny gest obcej kobiety w za dużym fartuchu zapamiętam chyba na dłużej niż niejedną rozmowę z Robertem.
Pogrzeb zorganizowałam sama. Zadzwoniłam do zakładu pogrzebowego przy Ostrobramskiej, wybrałam trumnę, załatwiłam mszę w kościele św. Floriana, gdzie Danuta chodziła co niedzielę. Robert nie odbierał. Jego siostra, Aldona, przyjechała z Wrocławia i przez całą stypę patrzyła na mnie z pretensją, jakbym to ja była winna nieobecności jej brata.
— Mogłaś go bardziej naciskać — rzuciła nad talerzem z barszczem. — W końcu jesteś jego żoną.
Nie powiedziałam jej wtedy, iż dzwoniłam trzydzieści dwa razy. Nie powiedziałam, bo i tak by nie uwierzyła, iż jej ukochany brat pił drinki na plaży, kiedy matka umierała.
Wieczorem po pogrzebie wynajęłam pokój w małym hotelu przy Dworcu Wschodnim — nie chciałam wracać do naszego mieszkania na Saskiej Kępie, do pustych ścian i jego rzeczy porozrzucanych po całej sypialni. Podłączyłam stary tablet Roberta do wi-fi, ten, który zostawił kiedyś u mnie do naprawy i o którym zupełnie zapomniał. Poczta wciąż była zalogowana.
Dziesiątki powiadomień. Jedno zatrzymało mój wzrok na dłużej, niż powinno.
**Zanzibar Beach Resort — obciążenie karty: 8 400 zł.**
Data i godzina transakcji pokrywały się co do minuty z momentem, w którym monitor przy łóżku Danuty zamilkł.
Była też wiadomość od Aldony, wysłana do Roberta, o której nie wiedziała, iż przypadkiem trafiła też na jego drugą skrzynkę zsynchronizowaną z tabletem: "Robert, moja koleżanka pisze, iż widziała cię na lotnisku w Zanzibarze z jakąś blondynką. Mama pyta, kiedy przyjedziesz. Odezwij się, bo zaczynam się bać, iż coś kręcisz".
Więc Aldona coś podejrzewała. I mimo to na stypie oskarżała mnie.
Zamówiłam do pokoju rosół z automatu przy recepcji, w plastikowym kubku, bez smaku, i zjadłam go w całości, siedząc na łóżku z nogami podkulonymi pod siebie. Za oknem przejeżdżały pociągi, co jakiś czas budynek lekko drżał. Nie płakałam już. Łzy się skończyły gdzieś między kostnicą a kremacją.
Rano wzięłam kluczyk, ubrałam się i pojechałam na Marszałkowską, do oddziału PKO, gdzie znajdowały się skrytki depozytowe. Danuta nigdy o żadnej skrytce nie wspominała — przez siedemnaście lat ani słowem. Ale teraz rozumiałam, dlaczego czekała właśnie na mnie, a nie na syna.
W banku okazało się, iż jestem wpisana jako osoba upoważniona do skrytki od trzech lat. Danuta zrobiła to bez wiedzy Roberta.
W środku leżała szara teczka z dokumentami i mała książeczka oszczędnościowa. Akt własności kamienicy przy ulicy Zamenhofa — trzypiętrowej, wynajmowanej od lat firmie ubezpieczeniowej, o której istnieniu Robert nigdy nie wspomniał, bo najwyraźniej sam o niej nie wiedział. Do tego testament, sporządzony u notariusza przy Puławskiej osiemnaście miesięcy wcześniej, zapisujący całą nieruchomość oraz sto dwadzieścia tysięcy złotych oszczędności — mnie. Nie synowi. Mnie.
Był też list, napisany drżącym charakterem pisma Danuty.
*"Weroniko, jeżeli to czytasz, to znaczy, iż mnie już nie ma, a on znowu gdzieś zniknął, kiedy był potrzebny. Widziałam, jak się o mnie troszczysz przez te wszystkie lata, i widziałam, jak on znika, gdy trzeba się zaangażować. Nie chcę, żeby to, na co pracowałam całe życie, trafiło w ręce kogoś, kto nie potrafił choćby odebrać telefonu od matki. Zrób z tym, co uważasz za słuszne. Kocham cię jak własną córkę."*
Siedziałam w tej salce depozytowej z teczką na kolanach chyba z dwadzieścia minut, zanim urzędniczka delikatnie zapukała, pytając, czy wszystko w porządku.
Robert wrócił do Warszawy cztery dni po pogrzebie, opalony, w nowej koszuli, którą na pewno kupił na miejscu. Zastał mnie w salonie, siedzącą przy stole, na którym leżała teczka z dokumentami od notariusza — już moim, umówionym na tydzień wcześniej — oraz koperta z papierami rozwodowymi, które przygotowałam w trzy dni, korzystając z prawniczki poleconej mi kiedyś przez koleżankę z pracy.
— Weronika, co tu się dzieje? — zapytał, stawiając walizkę przy drzwiach. — Dlaczego nikt mi nie powiedział o pogrzebie? Aldona pisze mi jakieś dziwne rzeczy…
— Dzwoniłam do ciebie trzydzieści dwa razy, Robert. W noc, kiedy umierała twoja matka.
Zbladł pod tą swoją zanzibarską opalenizną.
— Byłem… byłem na ważnej konferencji, sygnał był słaby, ja…
— Grand… — zaczęłam, po czym się poprawiłam, bo przecież to nie był Hawaje, tylko Zanzibar, a ja już byłam zmęczona jego kłamstwami tak bardzo, iż choćby się nie pomyliłam naprawdę, tylko chciałam zobaczyć, czy on się wytłumaczy. — Zanzibar Beach Resort. Osiem tysięcy czterysta złotych. W momencie, kiedy zatrzymało jej się serce.
Nie znalazł słów. Otworzył usta, zamknął, usiadł ciężko na kanapie, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
— To nie tak, jak myślisz, to była Patrycja z pracy, po prostu razem lecieliśmy na ten wyjazd firmowy i…
— Twoja matka zostawiła mi kamienicę przy Zamenhofa i sto dwadzieścia tysięcy złotych — przerwałam mu. — Wiedziała, na kim może polegać.
Patrzył to na mnie, to na teczkę, jakby dopiero teraz rozumiał, iż stracił nie tylko matkę, ale i wszystko, co po niej zostało.
— Weronika, możemy to jakoś… porozmawiać, ja zmienię się, obiecuję, tylko nie rób nic pochopnego…
Wstałam, zdjęłam obrączkę — tę samą, którą nosiłam od siedemnastu lat — i położyłam ją na kopercie z papierami rozwodowymi, dokładnie tam, gdzie już wcześniej podpisałam swoją część.
— Podpisz to do piątku. Prawniczka będzie czekać w kancelarii przy Wilczej, godzina jedenasta. jeżeli się nie zjawisz, sprawa i tak pójdzie do sądu, tylko wtedy poczekasz dłużej i zapłacisz więcej.
Wyszłam z mieszkania na Saskiej Kępie z jedną walizką i teczką dokumentów. Nie obejrzałam się na balkon, na którym kiedyś we dwoje piliśmy kawę. Zamiast tego pojechałam prosto na Zamenhofa, obejrzeć kamienicę, która teraz była moja, żeby porozmawiać z zarządcą i ustalić, kiedy mogę wejść do środka.
Robert zjawił się w kancelarii w piątek, spóźniony dwadzieścia minut, z podkrążonymi oczami. Podpisał wszystko bez słowa sprzeciwu — chyba w końcu zrozumiał, iż nie ma nic, czym mógłby się jeszcze targować.
Miesiąc później firma ubezpieczeniowa wynajmująca kamienicę podpisała ze mną nową umowę najmu na kolejne pięć lat. Podniosłam czynsz o piętnaście procent — rynkowa stawka, nic więcej. Za pierwsze pieniądze, które wpłynęły na moje nowe konto, kupiłam sobie mieszkanie na Mokotowie, niedaleko parku, w którym można spacerować wieczorami bez pośpiechu.
Zdjęcie Danuty postawiłam na komodzie w salonie, obok wazonu z suszonymi kwiatami, które sama zebrała rok wcześniej na działce. Czasem, wracając wieczorem z pracy, mówię jej dzień dobry, zanim zdejmę buty. Nikt tego nie widzi, nikt mi tego nie musi potwierdzać.











