Nazywam się Ryszard Boguta, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech pracuję jako dozorca w kamienicy przy ulicy Sienkiewicza w Bydgoszczy. Znam wszystkich lokatorów lepiej, niż oni sami by chcieli. Wiem, kto pije po nocach, kto płaci czynsz gotówką z koperty, żeby nie było śladu, i kto przychodzi do starszej pani z drugiego piętra tylko wtedy, gdy pachnie spadkiem.
Pani Danuta Wierzbicka mieszkała u nas od trzydziestu ośmiu lat. Mieszkanie trzypokojowe, stare meble, na ścianie w salonie duży portret rodzinny w drewnianej ramie — ona, jej mąż, syn, synowa i dwie wnuczki, zrobiony chyba jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, bo wszyscy tam mieli fryzury jak z tamtych czasów. Ostatni rok jej życia to była gruźlica kości i chemioterapia, która już nic nie dawała. Karetka przyjeżdżała do niej częściej niż listonosz.
Odwiedzała ją tylko jedna osoba — wnuczka Kinga. Studentka pielęgniarstwa, może dwadzieścia sześć lat, chuda, zawsze w tych samych dwóch bluzach. Przychodziła po zajęciach, czasem zostawała na noc, spała na fotelu obok łóżka. Ja wieczorami wynosiłem śmieci i widziałem światło w jej oknie o drugiej, trzeciej w nocy. Syn pani Danuty, pan Grzegorz, zjawił się może trzy razy przez cały rok — raz na dziesięć minut, bo, jak sam powiedział przy windzie, "musiał podpisać coś u notariusza w sprawie testamentu, więc wpadł przy okazji". Synowa przysłała raz kwiaty kurierem — goździki w celofanie, metka z ceną sto dwadzieścia złotych choćby nie oderwana. Druga wnuczka, Ola, nie pokazała się ani razu. Słyszałem, jak tłumaczyła to Kindze przez telefon w klatce schodowej: "Babcia już i tak nikogo nie poznaje, po co mam sobie psuć weekend".
A pani Danuta poznawała. Jak przynosiłem jej pocztę, pytała mnie o pogodę, o to, czy w piwnicy znowu cieknie rura. Do samego końca miała jasny umysł.
Zmarła w piątek nad ranem, dwudziestego drugiego maja. Kinga siedziała przy niej całą noc. Widziałem to, bo akurat miałem dyżur — zima się skończyła, ale rury i tak trzeba było sprawdzać co noc, bo instalacja w tej kamienicy ma tyle lat co ja. Rano Kinga wyszła na klatkę, blada, i powiedziała mi tylko: "Odeszła koło piątej. Ostatnie słowa to było, żebym po jej śmierci zajrzała za portret w salonie". Zapytałem, jaki portret. Pokazała mi go — ten sam, z lat dziewięćdziesiątych, wisiał tam, odkąd pamiętam.
Pogrzeb był tydzień później, na cmentarzu Nowofarnym. Syn i synowa przyjechali czarnym audi, oboje w markowych czarnych płaszczach, które chyba kupili specjalnie na tę okazję, bo metki jeszcze pachniały sklepem. Ola płakała, ale tylko wtedy, gdy ktoś na nią patrzył — zauważyłem, bo stałem z boku, przy bramie, tak jak zawsze staję, kiedy odprowadzam któregoś z naszych lokatorów. Kinga stała z boku, w tej samej znoszonej kurtce, i nie odezwała się do nikogo.
Po pogrzebie wszyscy zebrali się w mieszkaniu pani Danuty. Ja akurat wymieniałem żarówkę na klatce, więc słyszałem przez uchylone drzwi, jak notariusz, pan Sadowski, czytał testament. Mieszkanie dostał syn. Oszczędności i lokaty — synowa. Biżuteria — Ola. A Kindze zostawiła szkatułkę z drewna cedrowego i jej zawartość.
Usłyszałem śmiech Oli aż na klatce. "Sześć miesięcy wycierałaś jej usta i dostałaś pudełko?" Synowa dodała coś o tym, iż babcia wiedziała, kto potrafi zarządzać prawdziwym majątkiem. A syn kazał Kindze wynieść się z mieszkania jeszcze tego samego wieczoru, bo w tym tygodniu wystawiają lokal na sprzedaż.
Kinga nic nie powiedziała. Wyszła, minęła mnie na schodach, podziękowała za żarówkę, jakby nic się nie stało. Ja wtedy pomyślałem, iż to biedne dziecko dostało kopa od własnej rodziny w dniu pogrzebu babci, i tyle.
Wieczorem, kiedy już zamykałem bramę na klucz — rodzina pojechała gdzieś świętować, widziałem, jak wsiadali do tego audi koło ósmej — zauważyłem światło w oknie pani Danuty. Wróciłem sprawdzić, bo klucze od mieszkania miała tylko rodzina, a ja nie wiedziałem, iż komuś je zostawili. To była Kinga. Miała swój własny klucz, jak się okazało — dała jej go babcia jeszcze rok wcześniej, na wszelki wypadek.
Zapukałem, bo się zaniepokoiłem. Otworzyła mi, w ręku trzymała ten portret — zdjęty ze ściany, oparty o kolano. Za nim, w miejscu, gdzie powinna być tylko gołą ścianą, widniał metalowy sejf, wpuszczony w mur, dokładnie taki, jakie montuje się w starych kamienicach, kiedy jeszcze nie było banków na każdym rogu. Nie wiedziałem, iż tam jest — dwadzieścia trzy lata pracuję w tym budynku, a nigdy nie słyszałem, żeby ktoś w tym mieszkaniu miał sejf w ścianie.
Kinga miała kod. Babcia podyktowała jej go przez telefon dwa tygodnie wcześniej, zapisany na kartce z kalendarza, którą trzymała w portfelu. W środku leżały akty własności do trzech działek pod Koronowem, wyciągi bankowe z konta, o którym nikt w rodzinie nie wiedział, kopie czeków i przelewów, dwa pendrive'y i zapieczętowana koperta z jej imieniem, napisanym drżącą ręką.
Nie zaglądałem do środka koperty — to nie moja sprawa, powiedziałem tylko, iż jak coś, to jestem na dole, gdyby czegoś potrzebowała. Ale zapamiętałem, co powiedziała, kiedy trzymała tę kopertę w rękach i patrzyła na pierwszą linijkę listu. Przeczytała ją na głos, chyba choćby nie do mnie, tylko do siebie: "Kingo, wszystko, co oni myślą, iż odziedziczyli, zostało ukradzione mnie".
Nie wiem, co dokładnie było w tych dokumentach — Kinga zabrała je nazajutrz do adwokata na ulicy Gdańskiej, tego samego, u którego jej babcia kiedyś sporządzała pełnomocnictwo. Ale trzy tygodnie później syn pani Danuty przyszedł do mnie po klucz zapasowy, bo — jak powiedział — "musi coś sprawdzić w mieszkaniu przed sprzedażą". Powiedziałem mu, iż zamek już wymieniony, na polecenie właścicielki lokalu. Zapytał, jakiej właścicielki. Odpowiedziałem, iż tego nie wiem, ja tylko dozorca.
Stał wtedy pod drzwiami z tym swoim audi zaparkowanym w nieprawidłowym miejscu, dzwonił do kogoś, krzyczał coś o pełnomocnictwie i sądzie rodzinnym. Synowa przyjechała pół godziny później, w tych samych czarnych szpilkach co na pogrzebie, i też stała pod zamkniętymi drzwiami.
Kinga przeprowadziła się do tego mieszkania miesiąc później. Widziałem, jak wnosi swoje rzeczy — niewiele, dwa kartony i ten cedrowy kuferek. Portret rodzinny zawiesiła z powrotem na ścianie w salonie, dokładnie w tym samym miejscu. Zapytałem ją kiedyś, dlaczego go nie zdjęła na dobre, skoro tyle się przez niego wydarzyło. Powiedziała tylko, iż babcia by tego chciała — żeby wisiał tam, gdzie zawsze, bo to jedyne zdjęcie, na którym wszyscy jeszcze się do siebie uśmiechali.











