Kłoski – Opowieść o polskim chlebie, tradycji i sile rodzinnych więzi

newsempire24.com 4 dni temu

KŁOSY

Około dwudziestu pięciu lat temu, kiedy byłem jeszcze młody i niedoświadczony, lekarz rejonowy, mimo moich protestów, skierował mnie do oddziału internistycznego.
Wtedy miałem dwadzieścia trzy lata, a moja żona, Jadwiga dwadzieścia sześć. Jadzia pracowała jako inżynierka w biurze projektowym, a ja kończyłem studia na uniwersytecie. Byliśmy małżeństwem już dwa lata, ale dzieci jeszcze nie planowaliśmy pieluchy i śpioszki nie były dla nas wtedy tematem.

Uważałem siebie za wzorowego i porządnego męża, niemal bez wad. Za to w Jadwidze dostrzegałem z każdym dniem coraz więcej ciemnych plam. Nie podobało mi się, iż według mnie za dużo czasu poświęcała na swój rower, zamiast na mnie. Byłem przekonany, iż zdołam ją zmusić do zmiany tych cech, które mi nie pasowały. Okazało się jednak, iż to ja musiałem się zmienić, nie ona.

Po ciężkiej i nerwowej sesji mój organizm się poddał zaczął mnie mocno boleć żołądek. Było mi niedobrze, nie mogłem jeść ani pić.

Synku powiedział mi siwowłosy doktor Władysław Przybysz, poprawiając okulary w rogowych oprawkach dbaj o zdrowie od młodości, a odzież oszczędzaj już od nowości. I choćby mi nie próbuj się sprzeciwiać, Grzesiu. Musisz się porządnie przebadać i podleczyć. Wszystkiego sam nie przeskoczysz, ja umywam ręce resztę zostawiam moim szanownym koleżankom i kolegom.

Podał mi skierowanie i, pociągając nosem i wycierając łzy na korytarzu, poszedłem załatwiać formalności na oddział.

W sali było nas czterech dwie panie po pięćdziesiątce, wiekowa babcia nie do określenia, w białej bawełnianej chustce w groszki i ja sam. Babcię zwano Zofia Janina, a imion dwóch pozostałych pań już nie pamiętam.

Absolutnie nie miałem ochoty z nikim rozmawiać byłem obrażony na cały świat, a najbardziej na swoją żonę, która tak wtedy myślałem chciała mieć mnie z głowy i nie nalegała, żebym leczył się na wolności, tylko pozwoliła lekarzowi wysłać mnie do szpitala.

Z podkulonymi kolanami wtuliłem się w ścianę na wąskiej metalowej pryczy i rozważałem wszystkie swoje krzywdy, mentalnie obwiniając o nie wszystkich wokół.

Zabierz stąd te słoiki i plastikowe miseczki nie będę tego jadł fukałem na żonę, gdy po raz kolejny przynosiła mi torby z jedzeniem.

Grzesiu, no ale jak to, pan doktor mówił, iż gotowany dorsz jest teraz najlepszy dla ciebie przekonywała troskliwie Jadzia spróbuj chociaż trochę, proszę. I choćby ziemniaczków, choć odrobinę.

I nie proś mnie odpalałem się złością nie chcę. Dorsza oddaj kotu pod blokiem, chociaż pewnie i on nie zje takiego świństwa.

Jadzia ciężko wzdychała i wychodziła przybita, a ja chciałem ją jeszcze dobić okrutniejszymi słowami.

Nie przychodź już więcej rzucałem, ilekroć ją widziałem.

A Jadzia i tak mnie odwiedzała, przed i po pracy, nie zważając na moje marudzenie. Codziennie rano na mojej szafce stało świeże jedzenie, które przygotowywała własnoręcznie, starannie zawinięte w flanelowy koc, żeby nie stygło. Nie doceniałem ani jej cierpliwości, ani czułości.

Kiedy tylko miała na to czas, ugotowała mi całe zestawy potraw. Dziś wiem, iż nie było jej ze mną łatwo, ale wtedy nie myślałem o takich drobiazgach.

Leki doustne, zastrzyki i kroplówki nie dawały efektu. Nikłem w oczach wychudłem, policzki mi zapadły, sine worki pojawiły się pod oczami. Przeszedłem szereg badań i padła diagnoza przewlekłe zapalenie żołądka. Pewnie ktoś powie, iż to nic wielkiego, ale dla mnie okazało się to próbą wytrzymałości.

Po wszystkich zaleceniach lekarza kładłem się na skrzypiącym łóżku i gapiłem się w sufit. Nikt się do mnie nie zbliżał, bo czułem się jak czysta negacja. Wiedziałem to, ale nie znajdowałem sił, by coś zmienić.

Pewnej nocy dwie współlokatorki wzięły przepustkę do domu, zostałem tylko ja oraz babcia Zofia Janina.

Śpisz, Grzesiu? zagadnęła cicho seniorka.

Nie śpię. Boli brzuch odburknąłem mrukliwie, obracając się do ściany.

Wiesz, Grzesiaczku zaczęła babcia ja się tu kładę trzy razy w roku, tak prewencyjnie. Mam to, co ty, zwykłe zapalenie żołądka, które można kontrolować w domu.

Chce mi babcia wykład o diecie robić? warknąłem daruj sobie, wszystko sam wiem.

Nie zrozumiałeś mnie, Grzesiu odparła spokojnie. Nie chciałam cię urazić. Przypominasz mi mnie sprzed… pięćdziesięciu paru lat. Też byłam czasem zgryźliwa i uparta…

Zacząłem przysłuchiwać się jej słowom i odwróciłem się ku niej. Babcia siedziała na łóżku i patrzyła na mnie życzliwie. Po raz pierwszy patrzyłem na nią inaczej. Niska, drobna, z wielkim garbem, przypominała krasnoludka z baśni, ale od niej biło takie ciepło! Jasnoniebieskie oczy świeciły spokojem, jakby promieniowała światłem…

Pamiętam, iż często ktoś do niej zachodził z sąsiednich sal. Pracownicy i pacjenci, kobiety i mężczyźni wszyscy coś jej opowiadali, a ona słuchała z życzliwą uwagą, nie przerywając. Kiedy ich opowieści się kończyły, Zofia Janina cicho im odpowiadała, a oni potakiwali. Jedni wychodzili ze łzami w oczach, inni z uśmiechem.

Przy wypisie dziękowali jej drobnymi upominkami paczką herbatników, butelką kefiru, rzadką wówczas czekoladą albo słoiczkiem przecieru dla dzieci. Każdego gorąco ściskała i dziękowała. Kiedy szli, wycierała łzy chusteczką.

Grzesiu, jeżeli chcesz, opowiem ci pewną historię z mojego życia wyszeptała z uśmiechem.
Oczy jej jednak pozostawały smutne, zobaczyłem w nich ogromny żal i melancholię, aż zrobiło mi się wstyd za swoje zachowanie.

Zmarszczki na jej twarzy wygładziły się nagle, wyglądała przez moment jak przestraszone dziecko.
Przepraszam za swoją szorstkość, pani Zofio odparłem z chęcią posłucham pani opowieści.

Zjedz najpierw trochę zupy z pulpecikami pokazała mi na słoik zawinięty w kocyk.

Sięgnąłem po niego, planując się wykrzywić, ale po pierwszym kęsie… ustąpił ból żołądka! Zjadłem ponad połowę i ze zdumieniem stwierdziłem, iż mi smakuje!

No i co, wybredny, zjadłeś? spytała łagodnie. Smakowało?

Bardzo przyznałem.

Dużo od razu nie jedz, bo żołądek nie wytrzyma, za długo był głodny. Jedz teraz mało, ale regularnie. I pamiętaj szanuj innych, zwłaszcza żonę, ona cię kocha. Nie odpychaj jej. Starczy o tym a teraz moja historia.

Na chwilę zamilkła, popijając czaj z aluminiowego kubka i mocząc w nim sucharka.
Wychowałam się w dużej rodzinie pod Krakowem, dzieci mieliśmy siedmioro. Najstarszy brat, Ignacy, zmarł wcześnie na gruźlicę, mała Marysia na tyfus w wieku siedmiu lat.
Ojciec pracował w fabryce, mama szyła i prowadziła dom. Prawie cała wioska nosiła ubrania jej roboty.

Uczyłam się dobrze i po liceum poszłam do seminarium nauczycielskiego. Jako młoda nauczycielka wróciłam do domu rodzinnego. Zalecali się do mnie chłopaki z wioski wszystkich odtrącałam.

Phi! wyśmiewałam przed mamą kto to jest Franek? Stajenny? Nie pójdę za niego, nie chcę żyć z kimś, komu ciągle ręce pachną obornikiem. A Zbyszek, sąsiad? Pijak. Wojtek, który grał na akordeonie zawadiaka. Staszek-pasterz, choćby czytać nie umie. Nie z nim mi po drodze! Wolę całe życie pozostać panną niż być żoną takiego prostaka!

Rodzice nie mogli mi nic narzucić.

Któregoś dnia do naszej podkrakowskiej wsi, z miasta przysłali nowego dyrektora szkoły przystojnego, wysokiego, jasnowłosego. Dzieci go uwielbiały, był spokojny i oddany. Po lekcjach pomagał słabszym za darmo.
Wkrótce wzięliśmy ślub.

Zofia Janina wstała, poprawiła mi poduszkę pod głową i ruszyła z opowieścią dalej:

Mama mawiała: Miluniu, nie pokazuj mężowi swojego charakteru, bądź dla niego łagodna, dumę zostaw za drzwiami, doceniaj, iż to dobry człowiek!

Ale ja zawsze wiedziałem lepiej.
W szkole pracowałem z mężem, Leonem. Po trzech latach urodziła się nasza pierwsza córka, Wiktoria. Dziewczynka była słaba, chore serce; zmarła mając jedenaście lat, tuż przed wojną. Druga córka, Barbara, była cudną, inteligentną i uzdolnioną kobietą, z twarzy sama mama.

Leon często wyjeżdżał do miasta na narady, przywoził mi tkaniny, z których mama szyła mi nowe sukienki. Byłam w wiosce największą elegantką! Ale zawsze coś mi nie pasowało zbyt ciemna wełna, za jaskrawy wzór. Mężowi nie mogłem dogodzić!

W trzydziestym trzecim przyszła bieda. Racje dzieliliśmy na tyle części, żeby starczyło do końca miesiąca. Do dziś nie wyrzucam pestek z dyni ani arbuza.

Na dzień dla wszystkich była najwyżej para ziemniaków, trochę kaszy, cebula, marchewka, garść pestek dyni i słonecznika i łyżka smalcu, szklanka razowej mąki. Wszystko zawiązywałem w woreczki i chowałem. Dzięki tej gospodarności uniknęliśmy losu tych, którzy zjedli wszystko w kilka dni. Potem: głód i koniec…

Za wsią rosło pole pszenicy, którego pilnowano dniem i nocą. Pragnienie zdobycia choć kilku kłosów było ogromne, ale strach przed więzieniem jeszcze większy.

Pewnej nocy z Leonem wyszliśmy po kłosy głód i widok naszych chudych dzieci aż rozdzierał serce. W końcu wymknęliśmy się na pole i zaczęliśmy zrywać kłosy.
Usłyszeliśmy nagle tętent końskich kopyt to był dozorca na furmance! W panice rzuciliśmy wszystko i uciekliśmy w krzaki po drugiej stronie pola. Na szczęście nas nie zauważył.

Wracając do domu, zauważyłem, iż nie mam spódnicy opadła mi wśród strachu i zniecierpliwienia!

Zofia Janina przegryzła suchara z rodzynkami, a ja chłonąłem każde jej słowo.

Byłem wypłakany jak dziecko. Wiedziałem, iż jeżeli znajdą na polu moją spódnicę, która w całej wsi była rozpoznawalna, grozi mi więzienie! Obudziłem dzieci; całą noc płakaliśmy we troje.
Dość już tego! powiedział Leon spać wszyscy!
Nie zmrużyłem oka całą noc, już widziałem siebie w pace, a dzieci jako sieroty.

Nad ranem Leon jak obiecał znalazł moją spódnicę. Ocalił mnie od więzienia…

Zofia Janina odstawiła kubek, przykryła mnie porządnie kołdrą i mówiła dalej:

Od tamtej pory nauczyłem się szanować męża z całego serca. Nie pozwalałem sobie już na złe słowo na jego temat.

I co było dalej? zapytałem cicho.

Dalej? Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, ale dzięki opatrzności nasza rodzina nie zginęła z głodu. Po jakimś czasie sytuacja zaczęła się poprawiać. W czterdziestym pierwszym roku wybuchła wojna. Mój Leon został ochotnikiem i poszedł na front. Zostaliśmy z Basią sami. niedługo Niemcy zajęli naszą wieś. Za odmowę współpracy spalili nasz dom. Moja córka…
Głos Zofii Janiny zadrżał.

Skrzywdzili ją. Basia nie przeżyła tej gwałty. Ja byłam wtedy w ciąży, poroniłam. Mieliśmy mieć syna…

Płakała głośno. Wstałem i objąłem ją delikatnie.

Tak przesiedzieliśmy, przytuleni, do świtu. O czym rozmawialiśmy? Nie pamiętam.

Gdy słońce zaczęło świecić, babcia powiedziała:

W czterdziestym trzecim przyszło zawiadomienie, iż Leon zaginął bez wieści, prawdopodobnie zginął. Po wojnie jeździłam po całej Małopolsce, pracując w szkołach, aż przeszłam na emeryturę. Wtedy zaprosiła mnie do siebie siostrzenica do swojego małego mieszkania w Krakowie. Do szpitala chodzę raz na jakiś czas tu mnie podleczą, a i Krysi nie zawadzam za bardzo. Krysia uwielbia słodycze, a ja jej kupuję czekoladki z każdej emerytury. Dziecięco się wtedy cieszy!

Patrzyłem na tę niesamowitą kobietę, zdumiony, jak w tak drobnym ciele mieści się tyle siły, dobroci i ciepła. Przeszła w życiu piekło, a nie stała się zgorzkniała jeszcze pociesza innych. Ja ciągle byłem z czegoś niezadowolony, chociaż miałem wszystko: kochającą żonę, bliskich…

Powoli czułem się coraz lepiej. Zacząłem jeść, minęły bóle.

Po roku urodził nam się z Jadwigą syn Michałek, po czterech latach wymarzona córeczka. Nazwaliśmy ją Zofia.

Od tego czasu patrzę na świat inaczej. Doceniłem, jakiego mam dobrego człowieka obok siebie. Wiele musiałem w sobie zmienić! Gdy czasem kłócę się z Jadzią, przypomina mi się opowieść Zofii Janiny o kłosach i historia tego, z jaką czułością żona się wtedy mną opiekowała. Kiedy ja zacząłem dawać innym wsparcie, sam poczułem się szczęśliwszy!

Myślę sobie nieraz: może wtedy chorowałem właśnie przez swój zły charakter? Co o tym sądzicie?

Idź do oryginalnego materiału