Klatka po Inkym

twojacena.pl 2 dni temu

Sprzątam nocą w Oceanarium na Wybrzeżu w Gdyni już jedenaście lat i myślałam, iż wiem o tym miejscu wszystko. Mopy, wiadra, zapach chloru w korytarzach i ta cisza po zamknięciu, kiedy słychać tylko filtry pracujące w akwariach. A jednak to, co znalazłam pewnego wrześniowego poranka roku 2019, wywróciło mi ten obraz do góry nogami.

Nazywał się Kosmos. Ośmiornica pospolita, którą przywieziono do nas pół roku wcześniej z hodowli pod Kołobrzegiem, po tym jak jeden z tuneli podwodnych wymagał nowego mieszkańca do ekspozycji "Głębiny Bałtyku". Miał swój zbiornik w bocznym skrzydle, tam gdzie zwykle nie zaglądają zwiedzający, bo droga prowadzi obok magazynu z karmą i pomieszczenia technicznego z pompami.

Tamtej nocy skończyłam zmywać podłogę na piętrze wcześniej niż zwykle, bo w telewizorze w dyżurce leciał mecz reprezentacji i chciałam zdążyć na drugą połowę. Kubek z zimną już herbatą stał na blacie, kiedy poszłam sprawdzić, czy w skrzydle bocznym pogasły światła awaryjne. I wtedy zauważyłam, iż pokrywa zbiornika Kosmosa jest uchylona – nie zerwana, nie wybita, po prostu odsunięta w rogu, jakby ktoś delikatnie ją podważył od środka.

Na podłodze, wzdłuż ściany, ciągnął się mokry ślad. Nie kałuża, nie rozlana woda – raczej wąska smuga, jakby ktoś przeciągnął mokrą szmatą po linoleum. Szła w stronę kratki odpływowej w rogu korytarza, tej samej, którą hydraulik naprawiał trzy tygodnie wcześniej po awarii. Uklękłam i przyjrzałam się kratce. Rura pod nią miała może piętnaście centymetrów średnicy. Prowadziła w dół, do systemu, który łączy się w końcu z kanałem odprowadzającym wodę technologiczną prosto do zatoki.

Zadzwoniłam po kierownika zmiany, pana Tadeusza. Przyjechał w dwadzieścia minut, jeszcze w kurtce narzuconej na piżamę, bo mieszka niedaleko, przy Świętojańskiej. Staliśmy razem nad tą kratką i przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. On w końcu powiedział tylko: "Osiem miesięcy tu pracuję i o czymś takim nie słyszałem". Ja pomyślałam o tym, iż przecież ośmiornice nie mają kości – biolog z akwarium, pani Ania, tłumaczyła to kiedyś grupie dzieciaków ze szkoły, iż taki stwór przeciśnie się przez szczelinę wielkości pięciozłotówki, jeżeli tylko jego dziób się tam zmieści.

Pan Tadeusz sięgnął po telefon, żeby wezwać ekipę techniczną z narzędziami do rozkręcenia rury, ale zatrzymałam jego rękę na klapce aparatu. Powiedziałam, iż jeżeli rozkręcą tę instalację teraz, w środku nocy, na oślep, Kosmos – jeżeli jeszcze tam jest, uwięziony gdzieś w zakolu rury – zostanie zgnieciony albo uduszony przez samo szukanie go. Kłóciliśmy się przez chwilę, on chciał działać, ja mówiłam, żeby zaczekać do rana, kiedy pani Ania powie, czy w ogóle da się bezpiecznie otworzyć tę instalację bez zabicia zwierzęcia. Ostatecznie odłożył telefon na blat i tylko przykręcił kratkę z powrotem, trzema śrubami zamiast dwóch, jakby to mogło jeszcze coś zmienić.

Sprawdziliśmy nagrania z kamery przemysłowej w korytarzu – urządzenie było stare, obraz co kilka sekund się zacinał, ale w pewnym momencie, koło trzeciej nad ranem, widać było coś ciemnego, co przesuwało się przy samej ziemi, blisko ściany, unikając snopu światła z lampy awaryjnej. Trwało to niecałe dwadzieścia sekund, zanim zniknęło poza kadrem.

Rano przyjechała pani Ania i długo stała przy pustym zbiorniku, z dłonią opartą na szklanej krawędzi. Zapytała, o której dokładnie zauważyłam uchyloną pokrywę, a kiedy powiedziałam "kwadrans po drugiej", coś jej się w twarzy zmieniło – policzyła w myślach, ile godzin minęło od tamtej pory, i powiedziała, iż przy takiej temperaturze wody w rurach zwierzę mogło przetrwać w drodze najwyżej sześć, siedem godzin bez dopływu świeżej wody i kontaktu z powietrzem. Byliśmy już poza tym oknem. Poprosiła, żebyśmy na razie nikomu nic nie mówili, dopóki nie sprawdzi dokumentacji i nie zadzwoni do dyrekcji w Warszawie, a potem wzięła latarkę i sama zeszła do pomieszczenia technicznego, gdzie kanał odpływowy łączy się z rurą prowadzącą do zatoki.

Poszłam za nią, choć nie musiałam. Stałyśmy przy adekwatnym wylocie kanału, tam gdzie metalowa rura wychodziła spod nabrzeża prosto do wody portowej, szara od rdzy i oplecona wodorostami. Pani Ania uklękła na betonowym stopniu, zanurzyła rękę w wodzie do połowy przedramienia i przez długą chwilę nic nie mówiła, tylko przesuwała dłonią po wewnętrznej krawędzi rury, jakby czegoś w niej szukała po dotyku, nie wzrokiem. Nie znalazła nic – żadnej resztki, żadnego śladu. Wstała, otrzepała dłoń o spodnie i powiedziała, iż to dobry znak, bo znaczy, iż przeszedł dalej, iż nie zaklinował się w żadnym zwężeniu. Ale w jej głosie było więcej nadziei niż pewności, a ja pierwszy raz od rana pozwoliłam sobie pomyśleć, iż może już go nie ma – iż osiem miesięcy w zbiorniku z podpisaną tabliczką skończyło się gdzieś w ciemnej rurze, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować.

Zapytałam ją wprost, czy on w ogóle przeżyje tę podróż – te rury, ten kanał, zanim dotrze do wody w porcie.

Odpowiedziała, iż jeżeli miał choć trochę szczęścia i temperatura wody się zgadzała, to tak. Że ośmiornice potrafią znaleźć drogę, której nikt im nie pokazał, kierując się czymś, czego nauka do końca nie rozumie.

Zostałam jeszcze chwilę, zanim wróciłam do wiadra i mopa zostawionych na korytarzu piętro wyżej. Popatrzyłam w stronę odpływu, teraz już zakrytego z powrotem metalową kratką, którą pan Tadeusz przykręcił na trzy śruby zamiast dwóch. Nikt więcej Kosmosa nie widział – ani w porcie, ani w sieciach rybaków z Helu, ani nigdzie indziej. Tabliczka z jego imieniem wisiała jeszcze przez tydzień przy pustym zbiorniku, zanim ktoś z obsługi zdjął ją i schował do szuflady w dyżurce, tej samej, w której trzymamy zapasowe klucze i stary kalendarz na biurku.

Idź do oryginalnego materiału