Kiszonki z duszą lepiej służą zdrowiu

liderzyinnowacyjnosci.com 2 dni temu

„Królowa kiszonek” Emilia Sznajder nie zaczynała od biznesplanu, tylko od potrzeby dzielenia się czymś, co w jej rodzinie było tak naturalne jak chleb na stole. Dziś udowadnia, iż kiszonki mogą być nie tylko sposobem na zdrowie, ale też nośnikiem pamięci, emocji i lokalnej tożsamości. W cyklu „10 pytań do…” opowiada o drodze od rodzinnej tradycji do świadomie budowanej marki.

Gdyby miała Pani opisać swoje kiszonki w trzech słowach — jakie by to były?

To nie jest proste, ale pierwsze skojarzenie to tradycja, zdrowie i lokalność. Każde z nich wymaga jednak dopowiedzenia. Tradycja to nie marketing, tylko ciągłość pokoleniowa. To konkretne receptury, które przetrwały dekady i nie zostały „ulepszone” przez współczesny pośpiech. To także sposób pracy zgodny z rytmem natury. Naturalna fermentacja, czas, brak przyspieszaczy, to są rzeczy, których nie da się oszukać. A lokalność to nie tylko miejsce produkcji, ale całe zaplecze: gleba, woda, mikroklimat, ludzie. Więc te trzy słowa są proste, ale za nimi stoi konkretna filozofia działania. I klienci to wyczuwają — choćby jeżeli nie potrafią tego od razu nazwać.

Pamięta Pani moment, kiedy pomyślała: „ok, to już nie tylko tradycja, to też mój biznes”?

Właściwie całkiem niedawno. Przez ostatnie 10 lat chciałam się po prostu dzielić naszym przepisem na zdrowie, na proste, kwaśne smaki. Motorem napędowym było przede wszystkim poczucie, iż kontynuuję pokoleniową tradycję rodzinną. Misja i serce ważniejsze od biznesu. W momencie kiedy odnieśliśmy nasz lokalny sukces, wyszliśmy poza pole uprawne, poza naszą małą wioskę – spojrzenie biznesowe, poukładanie procesów, zatrudnienie nowych pracowników, jest naturalną konsekwencją i warunkiem poczucia bezpieczeństwa. Świetnie się więc składa, bo prowadzenie firmy daje mi olbrzymią satysfakcję.

Czy w domu kiszonki jada się codziennie, czy już czasem ma się ich… trochę dość?

To jest niesamowite, ale nie mamy ich dość. I pamiętam to też z dzieciństwa, gdy naprawdę pójście do pracy w polu nie było moim szczytem marzeń, a zbiory ogórków codziennie przez całe wakacje nigdy nie zniechęciły mnie do konsumpcji ogórków kiszonych. Surówka z kiszonej kapusty nigdy nie stała się nudna. Do tej pory pamiętam smak soku kapuścianego prosto z beczki, wyciskany chochlą.. i teraz też codziennie jemy coś kiszonego. Każdy lubi coś innego i je kiedy chce. Nie ma w tym celebracji, wspólnego spożywania z namaszczeniem. Jemy – przy okazji, bo zawsze coś kiszonego jest w lodówce. Tak po prostu. Dopiero brak kiszonek uzmysławia, iż coś jest nie tak. Największą euforią dla mnie był moment, kiedy córki zaczęły wyjeżdżać na kolonie i zachwycone opowiadały, iż nareszcie najedzą się frytek i pizzy do woli. Po kilku dniach dzwoniły z prośbą o przesłanie kurierem paczki kiszonek, bo brakuje im tego smaku. A potem dzwoniły z opowieściami, iż ich pokój stał się popularny i wszystkie dzieci wyjadają ogórki i proszą o więcej! I takie momenty są warte wszystkiego.

Co według Pani najbardziej zaskakuje ludzi, kiedy pierwszy raz próbują firmowych produktów?

Przez połowę mojego życia nie kupowałam innych kiszonek, bo są w domu, więc byłam przekonana, iż to nic nadzwyczajnego, iż wszystko smakuje pewnie podobnie. Dopiero przeprowadzka po studiach do Warszawy była okazją do przetestowania rynku. Bo przecież nie będę jechać 370 km do domu za każdym razem gdy poczuję ochotę na kiszoną kapustę. I wtedy zrozumiałam różnicę i chciałam się tym podzielić z innymi. Teraz prowadząc degustacje, częstując ludzi naszymi smakami słyszę mnóstwo ciepłych i pozytywnych słów, iż pyszne, kwaśne, smakuje zdrowiem.

Najbardziej zaskakujące są jednak takie szczególne momenty: To jest jak podróż w czasie. Czasem aż mam ciarki, np. gdy starsza pani ze wzruszeniem w oczach, z takim zatrzymaniem i mówi, to smakuje jak u jej babci.. Gdy starszy pan przypomina sobie jak był małym chłopcem i z dziadkiem razem kisili. I to są bezcenne chwile, emocje, przeżycia – które się dzieją przy misce naszej kiszonej kapusty.

Świetne są też odkrycia dzieci, ich szczere, mocne reakcje, na ten kwaśny i wyrazisty smak. Najpierw się boją spróbować, potem krzywią, a za chwile proszą o więcej i mówią „proszę pani ja myślałam, iż ja nie lubię kiszonek. A się okazało, iż jednak lubię!”

Ostatnim zaskoczeniem i wielką ulgą była wycieczka dyplomatów z Korei, która podeszła do naszego stoiska w Warszawie z entuzjazmem próbując naszego kimchi. Byłam zestresowana, bo przecież kimchi to ich tradycyjna kiszonka, a my robimy wersję polską, choćby nie z kapusty pekińskiej. I okazało się, iż bardzo im posmakowały nasze kimchi. Nie spodziewałam się, bo ja choćby nie byłam w Korei, i nasze kimchi to taka mieszanka kiszonych warzyw inspirowana kimchi a nie oryginalne receptury. A tu zachwyt, iż bardzo dobre, bo kwaśne, bo czuć, iż długo kiszone, iż na pierwszym planie czuć powolny, spontaniczny proces fermentacji a nie tylko przyprawy.

Czy zdarza się, iż ktoś próbuje „podkraść” Waszą recepturę albo dopytuje o sekret smaku?

Niemal codziennie mam telefon z prośbą o pomoc w kiszeniu, na festiwalach i jarmarkach również. Co więcej – ja sama organizuję warsztaty kiszenia, jestem też zapraszana na wykłady albo do programów telewizyjnych. I z wielką euforią się tym dzielę. Kiszonki to nasze dobro narodowe. Im więcej ludzi będzie jadło kiszone tym będziemy zdrowsi. Zachęcam wszystkich do kiszenia i udowadniam, iż to bardzo proste i przyjemne. I zupełnie nie martwię się przy tej okazji o przyszłość mojego biznesu. Taka otwartość buduje lojalność, więź, i w efekcie, jak ktoś już zje swoje zapasy i ma ochotę na więcej, to szuka w sklepach właśnie moich produktów.

Kiszenie to cierpliwość — czy to cecha, której nauczyła się Pani dzięki tej pracy?

Absolutnie tak. Kiszenie a przede wszystkim praca rolnika to cierpliwość. Najpierw trzeba przygotować glebę, potem posiać, podlewać, wyrywać chwasty, potem zbierać, kisić i czekać. Powolna, samoczynna fermentacja. Tym się różnimy od firm kiszących przemysłowo, które kiszą w kilka dni na szybko, ze starterami, zakwaszaczami, czy wysoką temperaturą. U nas proces kiszenia jest niezmienny od 65 lat, to niespiesznie budzące się do życia bakterie probiotyczne, które w swoim rytmie namnażają się i kiszą. Z jednej strony jest to lekcja cierpliwości a z drugiej też działania. Praca przynosi efekty, warto działać, próbować, nie poddawać się i co roku piszemy nową historię, każdy sezon to nowe otwarcie.

Jakie znaczenie ma dla Pani fakt, iż gospodarstwo prowadzi już trzecie pokolenie rodziny?

To dla mnie wielka duma i wzruszenie, bo to nasze dziedzictwo. Mój brat – Michał powiedział kiedyś, bo my kiszenie mamy w naszym DNA. I coś w tym naprawdę jest. Oprócz powtarzalnej pracy i często nieprzewidywalnej natury – ciągle jest niegasnący entuzjazm, poczucie, iż warto i taka radość. W 2025r. nasze gospodarstwo dotknęły dwa żywioły, w czerwcu potężne gradobicie zniszczyło ponad 90% plonów, a w październiku wielki pożar strawił najnowszą i największą halę. Ale mając za swoimi plecami mądrość i doświadczenia starszych pokoleń, wiemy, iż wszystko minie, iż oni też mieli swoje przejścia i kolejnego roku znów siali, zbierali i kisili. I to daje ogromną moc.

Czy ma Pani swój ulubiony produkt z oferty?

Najbardziej lubię kimchi z marchewki, zakwas z buraka i oczywiście klasyki ogórki kiszone i kapustę kiszoną. To jest właśnie w tym wszystkim najlepsze, iż jest tyle do wyboru, iż można coś lubić bardziej, albo danego dnia mieć ochotę na coś nowego. Nasi klienci również opowiadają, iż kochają jeden smak a inny zupełnie im nie podszedł, a z kolei inni wolą dokładnie na odwrót.

Co sprawia Pani największą satysfakcję — produkcja, kontakt z klientami czy może rozwijanie firmy?

W naszej rodzinnej firmie podzieliliśmy się obowiązkami według talentów i tym co kto lubi najbardziej. Produkcją i maszynerią rolniczą zajmuje się mój brat Michał, bratowa Ludmiła – pracownikami i zbiorami, a ja kontaktem z klientami i rozwojem firmy. Największą satysfakcję daje mi kontakt z ludźmi. Rozmowy, degustacje, kooperacja ze sklepami, organizowanie eventów, budowanie rynku poprzez edukację warsztaty kiszenia i targi– to dotychczas moja ulubiona część pracy. Teraz czuję, iż nowe wyzwania przede mną, czyli uporządkowanie i ustrukturyzowanie biznesu, tak by zapewnić jego stabilny, bezpieczny rozwój.

I na zakończenie, o czym marzy Emilia Sznajder?

W głębi duszy jestem aktywistką i wszystko co robię, choćby w tej kiszonej kapuście ma głębszy dla mnie wymiar. Marzę o tym, by rolnik czuł się dumny, iż jest rolnikiem, by mieszkaniec wsi chodził z podniesioną głową, by dziewczyny na wsi nie bały się uczyć jeździć traktorem, by kobiety prowadziły pewnie swoje biznesy, a nie lękiem, iż świat nie traktuje ich poważnie. To są moje osobiste doświadczenia i przeżycia, ale jak się okazuje nie jestem jedyna. Dlatego moim marzeniem i miejscem na ziemi jest moja Stodoła za Winklem, powstający kiszonkowy skansen i zagroda edukacyjna, gdzie już prowadzę warsztaty, spotkania z dziećmi, młodzieżą, kobietami, młodymi rolnikami, seniorami, kołami gospodyń, pracownikami korporacji. Podczas wspólnego kiszenia, przy słoiczkach, przy robocie – rozmawiamy o lokalnej żywności, kodach kreskowych, obiegu pieniądza, podatkach, świadomych wyborach konsumenckich, o zaletach pracy rolnika, o suwerenności żywnościowej kraju, o niezależności, o ochronie przyrody, o Dolinie Baryczy. Z lekkością, przyjemnością, o rzeczach ważnych. O tym, iż codziennie kształtujemy nasz mikroświat. Marzę, by to miejsce mi się pięknie rozwijało i było dla mnie nie tylko źródłem biznesowej satysfakcji ale i takim oddechem, ukojeniem i spokojem.

Rozmawiał Zbigniew Grzeszczuk

Idź do oryginalnego materiału