Kije przy szlaku w Bieszczadach

twojacena.pl 3 dni temu

Grażyna Sokołowska miała sześćdziesiąt trzy lata i kolano, które od dwóch lat odmawiało posłuszeństwa na dłuższych podejściach. Mieszkała w Ustrzykach Dolnych, prowadziła małą pracownię krawiecką przy rynku i co niedzielę, kiedy tylko pogoda pozwalała, jeździła swoim starym Fiatem Pandą pod Połoninę Wetlińską. Nie żeby miała kogoś, z kim mogłaby o tym porozmawiać — mąż zmarł jej sześć lat temu, syn mieszkał w Rzeszowie i dzwonił raz w tygodniu, zwykle w niedzielę wieczorem, kiedy ona wracała już zmęczona i pachnąca żywicą.

Tamtej niedzieli, dwudziestego trzeciego sierpnia, przy wejściu na szlak koło Brzegów Górnych stało coś nowego — drewniana skrzynia, a w niej z tuzin kijów trekkingowych, wystruganych manualnie, każdy inny, każdy z wypalonym numerem na uchwycie. Obok kartka: „Weź, jeżeli potrzebujesz. Odłóż, kiedy wracasz. Dla następnego."

Grażyna wzięła kij numer siedem. Szedł jej się z nim lżej niż kiedykolwiek — dotarła aż do Przełęczy Wyżniańskiej, czego nie robiła od trzech lat. Odłożyła kij do skrzyni, pomachała jakiemuś chłopcu z plecakiem, który akurat po niego sięgał, i pojechała do domu zjeść rosół.

Nie wiedziała, iż skrzynię postawił Tomasz Baran, leśniczy z nadleśnictwa Stuposiany, którego ojciec przed śmiercią przez ostatni rok chodził o takim właśnie kiju — i iż tydzień wcześniej ktoś ze wsi, niejaki Ryszard Wal, prowadzący pensjonat po drugiej stronie doliny, złożył w gminie pismo, żeby skrzynię usunąć, bo „szpeci wjazd i psuje widok na jego reklamę agroturystyki wiszącą na słupie dwadzieścia metrów dalej".

Tomasz o piśmie nie wiedział. Dowiedział się dopiero, gdy wójt, pani Halina Ćwiek, zadzwoniła do niego w środę rano i powiedziała wprost: „Ryszard grozi, iż pójdzie do starostwa, jeżeli tego pudła stamtąd nie zabierzesz do piątku". Tomasz się roześmiał, bo pomyślał, iż to żart — ale Halina nie żartowała. Ryszard rzeczywiście miał znajomości w starostwie, jeszcze z czasów, gdy razem z bratem wicestarosty budowali wiatę na targowisku, i lubił z tych znajomości korzystać, kiedy coś stawało mu na drodze do interesu.

W piątek rano Tomasz pojechał pod szlak wcześniej niż zwykle, jeszcze przed mgłą. Skrzynia stała na miejscu, ale bez trzech kijów — ktoś je zabrał w nocy, prawdopodobnie sam Ryszard, bo jego biały Duster stał zaparkowany przy zjeździe na pensjonat, silnik jeszcze ciepły. Tomasz nie wszedł w konfrontację od razu. Usiadł na pieńku obok skrzyni, zapalił papierosa, którego zwykle sobie odmawiał, i czekał.

Ryszard wyszedł z pensjonatu koło ósmej, w kraciastej flanelowej koszuli, z kubkiem kawy, i zobaczył Tomasza siedzącego przy skrzyni jak wartownik.

— Czekasz na mnie?

— Na kije. Trzy brakuje.

— Nie wiem, o czym mówisz.

— Numer cztery, osiem i dwunasty. Wypaliłem numery sam, więc wiem dokładnie, których nie ma.

Ryszard postawił kubek na płocie, jakby to miało dodać mu powagi.

— Ta skrzynia stoi dwadzieścia metrów od mojej tablicy reklamowej. Turyści zatrzymują się tutaj, grzebią w drewnie, a potem idą dalej i nie patrzą już na mój szyld. To zabiera mi klientów.

— To zabiera ci klientów? Skrzynia z darmowymi kijami?

— Ludzie myślą, iż to jakaś gminna atrakcja, iż tu się kończy interesujące miejsce. Nikt nie idzie już pytać o nocleg.

Tomasz zgasił papierosa o obcas.

— Kije są dla ludzi z kolanami jak u mojego ojca. Nie dla twojego szyldu.

W tym momencie na parking wjechał Fiat Panda Grażyny — wracała po kij, bo w niedzielę zapowiadali deszcz i chciała sprawdzić, czy skrzynia jest osłonięta. Zobaczyła dwóch mężczyzn stojących naprzeciw siebie i trzy puste miejsca w rzędzie kijów, tam gdzie w niedzielę leżał komplet.

— Coś się stało? — zapytała, wysiadając.

— Nic się nie stało — odparł Ryszard, unikając jej wzroku.

— Brakuje trzech kijów — powiedział Tomasz. — A pan Wal właśnie tłumaczył mi, dlaczego cała skrzynia powinna zniknąć.

Grażyna podeszła bliżej, otworzyła torebkę, wyjęła telefon.

— Ja jestem z zarządu koła seniorów w Ustrzykach. Trzydzieści osiem osób korzysta z tej skrzyni od niedzieli, wiem to, bo sama rozesłałam wiadomość na grupę. jeżeli skrzynia zniknie, zadzwonię do starostwa i powiem, iż pensjonat Zacisze utrudnia dostęp do szlaku publicznego seniorom i osobom niepełnosprawnym. A potem zadzwonię do telewizji w Rzeszowie, bo akurat znam tam dziewczynę z działu lokalnego.

Ryszard spojrzał na telefon w jej ręku, potem na Tomasza, potem na swój pensjonat, gdzie na ganku stała już jego żona, która wyszła zobaczyć, co za hałas.

— Kije są w szopie za domem. Wziąłem je, bo… bo chciałem zobaczyć, ile kosztuje ich zrobienie. Chciałem może zrobić coś podobnego przy swoim wjeździe, żeby ludzie kojarzyli mój pensjonat z czymś dobrym, a nie…

Nikt mu nie uwierzył, ale nikt też nie chciał ciągnąć tego dalej. Tomasz poszedł z nim do szopy, przyniósł trzy kije, wstawił je z powrotem do skrzyni na adekwatne miejsca według numerów.

Trzy tygodnie później, we wrześniu, obok skrzyni pojawiła się druga tabliczka, tym razem wykonana przez samą Grażynę na maszynie do haftu, którą trzymała w pracowni: „Ten szlak jest dla wszystkich. Kto zabiera, temu ubywa dla drugiego człowieka." Ryszard nigdy się do niej nie odniósł ani słowem, ale gdy jesienią stawiał przy swoim zjeździe własną skrzynkę z parasolami na wypadek deszczu, na kartce napisał tylko: „Weź, jeżeli potrzebujesz. Zwróć, kiedy wracasz." Bez podpisu, bez logo pensjonatu.

Idź do oryginalnego materiału