Środa, piąta rano. Budzik na komodzie w Sikawie wibruje raz, potem cichnie sam, bo Bartek Sowiński już go trzyma w dłoni, zanim zdąży zadzwonić drugi raz.
W drugim pokoju kaszle Zosia — ten głęboki, szczekliwy kaszel, który mają dzieci z anginą, kiedy migdałki puchną tak, iż boli przełykać choćby ślinę. Kasia już tam jest, słychać skrzypienie starego fotela, który stoi przy łóżku córki od czasu, gdy była niemowlakiem. Bartek stoi w progu kuchni, w jednej ręce kubek z resztką wczorajszej kawy, w drugiej telefon, na którym pielęgniarka z przychodni napisała wieczorem, iż jeżeli gorączka nie spadnie do rana, trzeba jechać na ostry dyżur przy Kopcińskiego.
Gorączka spadła. Trzydzieści siedem osiem. Można jechać do warsztatu.
Powinien się ucieszyć, a czuje tylko to znajome ściśnięcie w żołądku, które go zawsze budzi wcześniej niż budzik — bo w każdą środę o tej porze musi wybrać: msza w kaplicy przy Julianowskiej, dwadzieścia minut, czy pierwsza kolejka klientów pod warsztatem na Rojnej, którzy stoją już pewnie od kwadransa, bo Grzesiek, mechanik od blacharki, nie ma kluczy od rolety.
Bierze klucze do passata. Nie do kaplicy.
*
Kiedy wjeżdża na Rojną, przed warsztatem stoi już srebrne bmw, a obok niego mężczyzna w skórzanej kurtce, który przestępuje z nogi na nogę i patrzy na zegarek tak demonstracyjnie, iż Bartek widzi to jeszcze zza szyby.
— Umówiłem faktu na dzisiaj, ósma, mówiłeś sam — mówi mężczyzna, zanim Bartek zdąży wysiąść.
— Jest ósma piętnaście, panie Krzysztofie. Korek na Zgierskiej.
— Faktura była na cztery tysiące sto. Teraz pan mi mówi, iż alternator kosztuje osiemset więcej, bo niby oryginał. Ja tu widzę zamiennik w cenniku producenta za trzysta.
Bartek czuje, jak coś mu się zaciska w karku — ta sama fala, którą znał w celi, na Stawkach, wszędzie tam, gdzie ktoś próbował go zrobić w konia. Dłoń zaciska się na kluczach tak, iż metal wbija się w skórę.
— Panie Krzysztofie. Proszę wejść do środka, pokażę panu fakturę od dostawcy.
— Nie mam czasu w pokazówki. Chcę zwrotu ośmiuset złotych albo jadę na policję, bo to jest oszustwo.
Kilka lat temu skończyłoby się to inaczej. Bartek wie to z absolutną pewnością, tak jak się wie smak krwi w ustach po uderzeniu. Ale teraz stoi, ręka rozluźnia się powoli, klucze wypadają z dłoni na beton z metalicznym stukotem, i pochyla się po nie bardzo wolno, jakby dawał sobie dodatkowe trzy sekundy.
— Chodźmy do środka.
Pokazuje mu fakturę od hurtowni, numer części, datę zamówienia sprzed dwóch tygodni. Krzysztof patrzy długo, w końcu mruczy coś o „mogłeś wcześniej powiedzieć” i wychodzi bez przeprosin. Bartek zostaje sam w biurze, siada na krześle Grześka, i dopiero wtedy zauważa, iż ręce mu drżą.
*
Piętnaście lat wcześniej drżały tak samo, tylko z innego powodu.
Cela na Sikawie miała ściany koloru brudnej musztardy i okno pod samym sufitem, przez które w nocy wpadał tylko odblask latarni z podwórca. Bartek leżał na pryczy i słuchał, jak ktoś w sąsiedniej celi wali pięścią w kraty — regularnie, monotonnie, jakby chciał w ten sposób odmierzać czas, bo zegarków tam nie było. Miał dwadzieścia dziewięć lat i złamany żebro, które bolało przy każdym oddechu, bo bójka z łomem skończyła się gorzej dla niego niż dla tamtego drugiego.
Wsunął rękę pod poduszkę, tam gdzie chował rzeczy, których nie chciał, żeby ktoś zobaczył — i wymacał obrazek świętego Judy Tadeusza, ten sam, który matka wsunęła mu do paczki miesiąc wcześniej, razem z kanapkami z pasztetem, które zawsze robiła za dużo tłuste i zawsze on je zjadał, bo to było jedyne, co od niej dostawał, czego nie dało się wykrzyczeć.
Przez lata takie obrazki lądowały w koszu, czasem podarte, czasem po prostu zapomniane pod materacem, aż w końcu ginęły przy przeprowadzce do kolejnej celi. Tym razem wyjął go i trzymał w dłoni, obracając rant, wygładzony już od dotyku wielu innych rąk — bo matka kupowała je zawsze w tym samym kiosku przy kościele, gdzie sprzedawca dawał jej upust, wiedząc, po co je bierze.
Walenie w kraty obok nie ustawało. Bartek pomyślał wtedy, po raz pierwszy jasno, konkretnie, bez żadnej ucieczki w gniew: umrę tak, w takiej celi, albo w następnej, albo pod czyimś nożem na klatce schodowej, i nikt poza matką choćby tego porządnie nie zauważy. Ta myśl nie przyszła z lękiem. Przyszła z czymś gorszym — z obojętnością, z jakiej rodzi się prawdziwe dno.
Zacisnął palce na obrazku. Nie wyrzucił go. Nie modlił się nawet, bo nie znał żadnej modlitwy poza tą jedną, którą matka powtarzała nad nim jak zaklęcie w dzieciństwie, kiedy wracał posiniaczony ze szkoły. Powiedział ją teraz, po cichu, w ciemności, do sufitu pomalowanego musztardowo, i było to jedyne zdanie, jakie wypowiedział tej nocy do kogokolwiek.
Rano oddał puste opakowanie po kanapkach strażnikowi, a obrazek zostawił pod poduszką. Nie wiedział jeszcze, iż coś się zmieniło. Wiedział tylko, iż następnego dnia zrobił to samo, i kolejnego też.
*
Warsztat pana Ryszarda znalazł trzy miesiące po wyjściu, nie z ogłoszenia, tylko dlatego, iż sąsiad z klatki, elektryk, powiedział mu, iż szukają rąk do blacharki gdzieś pod Zgierzem. Ryszard obejrzał go od stóp do głów, spytał, czy pije, powiedział, iż jak raz się upije w robocie, to koniec, i podał rękę.
Przez pierwsze miesiące Bartek pracował w milczeniu, wściekły na cały świat, łomotał młotkiem w blachę mocniej niż trzeba, aż Ryszard kazał mu przestać, bo panele się odkształcają. W każdą niedzielę Ryszard znikał na dwie godziny i wracał spokojniejszy, pachnący kadzidłem, i nigdy nic nie mówił o tym, gdzie był, dopóki Bartek sam nie zapytał, głównie z ciekawości, czy nie ma kobiety.
— Msza — powiedział wtedy Ryszard, wycierając ręce w szmatę usmarowaną smarem. — Ty nie masz problemu z gniewem, chłopie. Ty masz problem z tym, iż nie wiesz, po co rano wstajesz.
Bartek nie odpowiedział wtedy nic. Ale w następną niedzielę pojechał z nim, głównie z ciekawości, bo nie miał nic lepszego do roboty, a w warsztacie i tak nie było zleceń. Usiadł w ostatniej ławce kaplicy przy Julianowskiej, gotowy wyjść w każdej chwili. Nie wyszedł.
Cisza w środku była inna niż cisza w celi. Tamta dusiła. Ta pozwalała mu usłyszeć własne myśli bez towarzyszącego im od razu gniewu, pierwszy raz odkąd pamiętał.
*
Kasia przyjechała do warsztatu rok później ze starą corsą, w której rozrząd rozsypał się na trasie, i zostawiła numer, myśląc, iż chodzi o odbiór auta. Na pierwszej randce, w barze mlecznym przy Piotrkowskiej, nad talerzem kopytek z sosem grzybowym, powiedziała mu bez cienia groźby w głosie, iż jeżeli kiedykolwiek wróci do starych nawyków, spakuje się jednego dnia i nie zostawi adresu.
Pobrali się cztery lata później. Dziś ma czterdzieści cztery lata, dwie córki, trzy warsztaty i szarego passata kombi, którym jeździ, bo mu wystarcza, nie dlatego, iż go na nic innego nie stać.
*
Wieczorem tej samej środy, kiedy Zosia śpi już z opadniętą gorączką, a Kasia ogląda w kuchni jakiś serial z telefonu opartego o suszarkę do naczyń, Bartek siedzi w passacie na podjeździe, silnik wyłączony, i patrzy na obrazek świętego Judy Tadeusza przyklejony do deski rozdzielczej, w tym samym miejscu, gdzie przykleił go piętnaście lat temu, kiedy kupił swój pierwszy samochód po wyjściu.
Rant obrazka jest teraz wytarty od słońca, kolory wyblakłe, twarz świętego ledwo widoczna. Bartek nie zdejmuje go, żeby wymienić na nowy, chociaż mógłby kupić dziesięć takich w kiosku przy kościele.
Wyjmuje kluczyki ze stacyjki, ale zostaje jeszcze chwilę, z ręką na obrazku, nie modląc się, tylko myśląc o Krzysztofie i o tym, jak blisko było rano do czegoś, czego nie dałoby się cofnąć. Potem wysiada i idzie do domu, gdzie Kasia zostawiła mu talerz na kuchence, przykryty drugim talerzem, żeby nie wystygło.









