Chłopiec miał popielate oczy. Jego oczy. Dziewczynka zmarszczyła nosek w geście, który Samuel znał z polaroidów trzymanych w szufladzie biurka w sopockim apartamencie. Toruń, maj, wesele Kamila Borkowskiego w Pałacu nad Stawem. Dwa tygodnie wcześniej Samuel podpisał umowę przejęcia trzech stacji paliw pod Gdańskiem za dwa miliony sześćset tysięcy złotych i nie poczuł nic. A teraz nie mógł ruszyć ręką.
— Sam… to twoje? — usłyszał gdzieś z boku głos Kamila.
Ale nie odpowiedział, bo Lidia Bielska właśnie zrobiła krok w przód. Trzymała bliźnięta na biodrach, po jednym z każdej strony, i szła między stolikami, a orkiestra przestała grać gdzieś w połowie taktu. Kelner z tacą szampana cofnął się pod ścianę. W sali nad jeziorem, gdzie nad głowami gości wisiały żyrandole z kryształków odbijających światło w kolorze miodu, zrobiło się tak cicho, iż słychać było brzęk łyżeczki upadającej na parkiet.
Samuel zawsze wygrywał. Tak o nim mówiono przynajmniej — w branży deweloperskiej, w lokalnej gazecie biznesowej, w rozmowach na zapleczu, których nikt z nim nie prowadził wprost, bo za bardzo cenił prywatność. Miał niewielką firmę deweloperską w Trójmieście, trzy stacje paliw i matkę, która co roku na Wszystkich Świętych pytała, czy zamierza umrzeć sam.
Dwa lata temu — dokładnie szesnaście dni po tym, jak Lidia wyprowadziła się z ich wspólnego mieszkania na Mokotowie — Samuel wysłał jej jednego SMS-a. Jednego. „Nie musisz wracać po resztę rzeczy, wyślę kurierem.” Duma, która wtedy wydawała mu się kręgosłupem, teraz miała smak żelaza na końcu języka.
Lidia zatrzymała się trzy metry od niego. Sukienka kobaltowa, prosta, zapięta pod szyją. Ciemne włosy upięte klamrą z masy perłowej — tę klamrę kupił jej na jarmarku w Kazimierzu Dolnym, kiedy jeszcze jeździli tam na weekendy starym audi po ojcu.
— Dobry wieczór — powiedziała.
Jej głos nie drżał. To go przeraziło najbardziej.
Samuel otworzył usta, ale zamiast słów wydobył się dźwięk przełykanego powietrza. Chłopiec wyciągnął rączkę w stronę Samuela, małą piąstkę zaciśniętą na rękawie marynarki Lidii. Na jego nadgarstku błyszczała srebrna bransoletka z grawerem imienia — Antoś — której Samuel nie zdążył oddać po jednej z kłótni. „Dla Krasnala”, tak ją nazywał, kiedy zamawiał, jeszcze nie wiedząc, iż imię wybierze bez niego.
— Ile mają? — to był jedyny sensowny dźwięk, jaki zdołał z siebie wykrztusić.
— Dziewięć miesięcy — odpowiedziała Lidia. — Urodziły się w listopadzie, dwa dni po Święcie Niepodległości.
Wesele Kamila i Beatki zamarło. Ktoś przy stoliku numer siedem szepnął „to sam Zawadzki”, jakby to tłumaczyło cokolwiek. Kamil — ten sam, który jeszcze przed chwilą składał przysięgę — stał obok Samuela z kieliszkiem w dłoni i nie wiedział, gdzie podziać oczy. Beatka podeszła do Lidii powoli, jakby bała się spłoszyć ptaka.
— Pokazać wam, gdzie można przewinąć? — zapytała szeptem, choć żadne z dzieci nie płakało.
Lidia pokręciła głową i wtedy zrobiła coś, czego Samuel nie przewidział. Położyła obie dłonie na ramionach swoich dzieci, ale nie odwróciła wzroku od niego. Ani na sekundę.
— Nie przyszłam psuć wesela — powiedziała. — Przyszłam, bo Kamil twierdzi, iż jesteś gotów posłuchać.
Samuel poczuł, jak mu tężeją plecy. W sali, w której miało być toast za młodą parę, nagle każdy gość zamienił się w widza teatru jednego aktora. On — człowiek, który dwa razy w życiu widział, jak bank cofa mu kredyt, i ani razu nie poprosił ojca o złotówkę — stał teraz bezbronny przed kobietą, którą sam wyrzucił z domu w niedzielę po obiedzie, bo powiedziała, iż nie chce z nim jechać na narty do Zakopanego. Co za absurd. Nie o narty wtedy chodziło. Chodziło o to, iż ona chciała porozmawiać o przyszłości, a on chciał jechać w góry i udawać, iż wszystko jest dobrze.
— Masz rację — powiedział Samuel i zebrał z podłogi kawałki kieliszka. Nie dlatego, iż trzeba było; zrobił to, żeby dać sobie zajęcie. Szkło przecięło mu dłoń pod kciukiem, ale nie syknął. — Nie powinno mnie tu być.
— Nie o to mi chodzi — odrzekła Lidia i jej twarz drgnęła. Nie ze złości. Ze zmęczenia, które Samuel znał ze zdjęć robionych o świcie, kiedy wracała z nocnych dyżurów w szpitalu. Lidia była położną. To mu nagle uderzyło do głowy — własne dzieci odebrała najpewniej w obcym mieście, wśród koleżanek z pracy, które ukrywały przed nim prawdę przez prawie rok.
Zapytał o to później, już na zewnątrz. Odeszli od pałacu w stronę drewnianego pomostu nad stawem. Lidia niosła chłopca, on — dziewczynkę, bo wyciągnęła do niego ręce i nie potrafił odmówić. Woda pachniała mułem, a z knajpy na drugim brzegu niosła się muzyka z głośnika. Samuel czuł na ramieniu ciepło małej główki pachnącej mydłem z Ziai. I bał się oddychać zbyt gwałtownie.
— Czemu nic nie powiedziałaś? — zapytał.
— Dałam ci szansę. Dziewięć miesięcy temu, tamtej nocy, kiedy wróciłam po garnki. Staliśmy w kuchni, pamiętasz? — Myła w rękach papierowy ręcznik, obracała go w palcach, jakby to pomagało mówić. — Powiedziałam, iż muszę ci coś zostawić, a ty rzuciłeś, żebym zostawiła cokolwiek i nie patrzyła na ciebie, proszę.
Nie patrzył. Wtedy, przy zlewie, w mieszkaniu, które sam zaprojektował. Uciekł do pracy, bo akurat otwierał nową stację w Lublinie i przekonywał siebie, iż Lidia odejdzie na zawsze, jeżeli teraz pobiegnie za nią. Przez dwa lata leżał w łóżku i układał w głowie przeprosiny, których nigdy nie wysłał, bo skoro nie przychodziła do niego — musiała nie chcieć.
— Jakie nazwisko noszą dzieci? — zapytał, patrząc na bransoletkę, którą chłopiec obracał na nadgarstku.
— Bielscy. Moje — odparła Lidia spokojnie, bez cienia oskarżenia. — Nie wpisałam cię do aktów, bo nie wiedziałam, czy w ogóle zechcesz wiedzieć, iż istnieją. Ale nie zamknęłam też drzwi. Dlatego dziś tu jesteśmy.
Na pomoście zrobiło się zimno, ale żadne z nich nie wracało do środka. Beatka zostawiła im koc i termos z herbatą, stawiając go na skrzynce na wędki. Kamil stał w oknie pałacu i palił papierosa. Samuel widział jego sylwetkę na tle żółtych okien. Wtedy pochylił się do Lidii.
— Ten grawer zamówiłem kiedyś dla ciebie — powiedział. — Bransoletkę. Zanim wyjechałaś. Myślałem, iż jak ją dostaniesz, to zrozumiesz, iż chcę naprawić wszystko, tylko nie umiem tego powiedzieć wprost. Nigdy jej nie oddałem. A potem dałem grawerowi zlecenie na drugą, dla syna, bo nie wiedziałem, co innego zrobić z tamtym pomysłem.
Lidia zdjęła but i stąpnęła boso na mokre deski pomostu. Woda obmyła jej stopę. Spojrzała na taflę stawu, gładką jak szkło, i zaczęła mówić o porodzie. O sali numer cztery w szpitalu przy Curie-Skłodowskiej, o tym, iż rodziła dwoje dzieci z myślą, iż nie będą miały ojca, bo matka za bardzo kochała mężczyznę, który nie umiał kochać otwarcie. O tym, iż pierwsze słowo chłopiec powiedział „mama”, a córka do tej pory nie mówi wcale. O tym, iż ma konto w banku spółdzielczym w Gdyni, a nie tamtym, w którym Samuel trzyma ich dawny wspólny rachunek, wciąż z obydwoma nazwiskami, bo nigdy nie miał odwagi go zamknąć.
— Czego ode mnie chcesz? — zapytał, kiedy skończyła.
— Nie wiem.
To była pierwsza uczciwa odpowiedź tej nocy.
Do pałacu wrócili po jedenastej. Orkiestra grała teraz „Przetańczyć z tobą chcę całą noc”, a Kamil zdążył poprosić teścia o chwilę ciszy dla gości. Nikt nie podszedł do nich, choć wszyscy na nich patrzyli. Samuel zdjął marynarkę i owinął nią bliźnięta, choć siedzieli w ogrzanej sali. Lidia nie zaprotestowała.
Następnego ranka, w hotelowym pokoju z widokiem na Wisłę, Samuel obudził się na podłodze obok łóżeczka, które hotelarze wnieśli na jego prośbę o trzeciej nad ranem. Lidia spała na łóżku, a dzieci leżały między nimi, jakby od zawsze było to ich miejsce. Za oknem Toruń budził się powoli, tramwaj dzwonił gdzieś zza zakrętu. Samuel patrzył na sufit i liczył pęknięcia farby, żeby nie myśleć o niczym innym.
Potem wstał, ubrał się, złożył koc i wyszedł do recepcji, gdzie poprosił o kartkę papieru.
Napisał na niej dwa zdania: iż w poniedziałek jedzie do notariusza w sprawie uznania ojcostwa, i iż tego samego dnia zamknie wspólne konto, które przez dwa lata trzymał otwarte jak dowód, iż może jeszcze wróci. Nigdy nie wróciła. Złożył kartkę we czworo i wsunął pod poduszkę Lidii, obok głowy śpiącej córki.
Zastała go w hotelowej restauracji, gdy wracał z recepcji. Siedziała przy stoliku z dziećmi, patrzyła przez okno na rzekę, a przed nią stały dwa kieliszki soku pomarańczowego. Kartkę trzymała w dłoni, złożoną tak, jak ją zostawił.
— Przeczytałaś — powiedział, siadając.
— Tak.
— I?
— Zobaczymy, czy w poniedziałek naprawdę tam pojedziesz.
Chłopiec złapał Samuela za rękaw i zaśmiał się, a dziewczynka wyciągnęła rączki w jego stronę i powiedziała coś, co zabrzmiało jak „ta-to”. Lidia spojrzała na córkę, potem na niego, i skinęła głową, jakby potwierdzała coś, co obie z córką ustaliły wcześniej beze słów.
Kelner postawił przed nimi rachunek. Za śniadanie, za nocleg, za przenośne łóżeczko — dziewięćdziesiąt cztery złote. Samuel wyjął portfel, zapłacił gotówką, a napiwek zostawił w monetach, które wysypały się z kieszeni, kiedy schylał się po upuszczoną zabawkę. Lidia patrzyła, jak zbiera drobniaki po podłodze, i nie pomogła mu. Ale się uśmiechnęła.
Kamil czekał na nich przed pałacem z bukietem białych róż, który ukradł z dekoracji weselnej.
— Trzymaj — rzucił do Samuela. — Nie umiesz oddać kobiety bez sceny.
Samuel wziął kwiaty i podał je nie Lidii, tylko córce, która natychmiast wsadziła jeden płatek do buzi. Lidia zaśmiała się głośno, po raz pierwszy tego ranka, i wyjęła płatek dziecku z ust dwoma palcami, ostrożnie, jakby to była najważniejsza rzecz, jaką miała dziś do zrobienia.
— We wtorek — powiedziała, patrząc na Samuela znad główki córki. — Nie w poniedziałek. We wtorek mam dyżur, ale w poniedziałek zawiozę dzieci do mamy i pojadę z tobą do notariusza. Sama.
Samuel skinął głową i po raz pierwszy od dwóch lat nie czuł potrzeby, żeby coś jeszcze dodać.












