Kiedyś zadzwoniła do mnie ciocia z dalekiej rodziny i zaprosiła na ślub swojej córki — mojej dalekie…

polregion.pl 4 dni temu

Dziś zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła mnie na ślub swojej córki mojej również dalekiej kuzynki, którą ostatni raz widziałam, gdy miała sześć lat. To znaczy ona miała wtedy sześć lat.

Nie jestem szczególnie rodzinna, ale uciec od zaproszenia się nie dało.
Choćby raz na dwadzieścia lat możemy się spotkać, zobacz tylko, żeby cię nie było! zagrzmiała ciotka.
Zaproszenie z gołąbkami i różami od Weroniki i Bartosza przyleciało do mojej skrzynki, a dzień przed terminem dostałam przypomnienie nie było wyjścia, musiałam iść.

No cóż, pomyślałam, sobota z głowy, ale co poradzić?
Zatem w sobotnie popołudnie, z bukietem i kiepskim nastrojem oraz cichym planem wyjścia po godzinie „po angielsku”, pojechałam do restauracji. Weszłam do sali bankietowej, posadzili mnie w gronie wesołych młodych ludzi przyjaciół pana młodego, którzy po kilku kieliszkach zaczęli zachwycać się, jaka z tej ciotki cudowna dziewczyna i iż wcale nie wygląda na żadną starą ciotkę, o nie, i adekwatnie to trzeba się integrować i bawić, ile wlezie. I to właśnie zrobiliśmy.

Panny młodej naturalnie nie poznałam po tylu latach z ciemnowłosej niepozornej dziewczynki przemieniła się w okazałą blondynkę z widocznym dekoltem. W tamtej wersji podobała mi się bardziej.

Szczerze mówiąc, było trochę ponuro: masa chmurnych ciotek z wujkami, pan młody rozglądający się z niepokojem, panna młoda świadoma własnej urody i walorów gdyby nie nasza gwałtownie rozbawiająca się kompania, byłoby jak na stypie. Ciotki patrzyły na nas z największą dezaprobatą.

Przegapiłam pierwszą kolejkę toastów, ale potem zaczęła się druga od razu ode mnie. Wodzirej, zorientowawszy się w mojej roli, zawołał radośnie:
A teraz słowo dla młodych od młodej i pięknej cioci panny młodej!

Z uśmiechem wygłosiłam toast:
Kochani Weronika i Bartosz!
Impreza już wcześniej nie była szczególnie huczna, ale nagle zapanowała absolutna cisza, a wtedy uderzyła mnie jedna rzecz: nigdzie nie widzę swojej ciotki i szczerze wątpię, żebym jej nie poznała po tylu latach.

Pannę młodą nazywają Kinga, wysyczała przez zęby ciotka w różu. A pan młody to Paweł.
Kinga? Jaki Paweł?
O proszę, przyleźli na cudze wesele najeść się i napić za darmo, dorzuciła ciotka. Tak samo na pożegnanie do wojska przyszedł nam jeden taki, ledwo go wyrzuciliśmy. Wstydu i sumienia ludzie nie mają.

I wtedy do mnie dotarło teraz dopiero będzie się działo. Wszyscy patrzyli na mnie jak na drapieżnika, w oczach zaczęły błyszczeć oskarżenia, niektórzy już się podnosili od stołu. Rękawy jeszcze nie były zakasane, ale wszystko do tego zmierzało.

Ale mam zaproszenie! zawołałam (to naprawdę było zawołanie), wymachując nim w powietrzu. Tu przecież wszystko napisane: Weronika i Bartosz, taka a taka restauracja, sala bankietowa…

Wtedy z pomocą przyszedł kelner.
Proszę pani, mamy jeszcze jedną salę na drugim piętrze, może to tam powinna pani być?
Ta, pewnie tam jej miejsce. Darmową kolację sobie upatrzyła. Tu się wpisać, tam się dorzucić, odbiła ciotka w różu. I jak takich beszczelnych ziemia nosi? Awanturnica.

A beszczelność, Ireno, to ponoć drugie szczęście, dorzuciła kolejna, w pistacjowym, już całkiem nieznośna.

Chciałabym zaznaczyć, iż nie wyglądam na margines społeczny ani zawodowego naciągacza. Ale, jak to mówią, każdemu jego osąd. Drużyna przyjaciół pana młodego próbowała mnie bronić, za co została zrugana przez ciotkę w fiolecie:
O, już z facetami flirtuje!
Ciotka w różu dobiła:
Ot, taka zabrała męża naszemu głównemu księgowemu. Tylko odwrócić się trzeba już ci podkłada kłody pod nogi, wstrętne zołzy.

W życiu żadnego męża nie odbiłam, ale poczułam się jak podła intrygantka. choćby zaczęłam przyglądać się panom może ktoś się nada, bo cóż, skoro już i tak zarzuty padły…

Na szczęście kochany kelner pofatygował się do drugiej sali, przyprowadził moją prawdziwą ciotkę, która gwałtownie ogarnęła sytuację, przysięgła, iż mnie zna, przy czym dziwnie oko puszczała raz do mnie, raz we wszystkie strony, jakby chciała powiedzieć, iż problemy z głową miałam od zawsze.

W skrócie: zabrali mnie do drugiej sali, gdzie faktycznie czekała śniada piękność Weronika i nie pamiętam już jaki Bartosz, a mnie długo raczono różnymi mocnymi trunkami.

Dobrze, iż prezentu tamtym nie zdążyłam wręczyć.
Ale żegnali mnie przyjaciele pana młodego… z tamtego, pierwszego wesela.

Idź do oryginalnego materiału