„Kiedyś to było” Lidii Czub i Mikołaja Nowosada w Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi

magazynszum.pl 1 godzina temu

Gdyby narzekanie na jakość dzisiejszych produktów, zachowanie młodych ludzi lub tempo współczesnego życia było sportem, wielu z nas sięgnęłoby po podium tej konkurencji. Czy jest to wynik konfliktu nostalgii z adaptacją? Czy może narzekanie to nasz mechanizm obronny pomagający zachować ciągłość tożsamości w kontakcie ze światem, który zmienia się szybciej niż jesteśmy w stanie go emocjonalnie przetworzyć?

Utwierdzanie się w przekonaniu, iż miniony czas i zdarzenia, które w nim zaszły, były bardziej autentyczne, to w głównej mierze ułuda. Wciąż szukamy przeciwwagi dla mało satysfakcjonującej i bardziej skomplikowanej teraźniejszości. Uwielbiamy stosować utarty zwrot „kiedyś to było”, manifestując tym samym tęsknotę i rozliczne sentymenty, które koloryzują nasze wspomnienia.

Namysł nad tym „co było, a nie jest” m.in. zajmuje twórczo Lidię Czub i Mikołaja Nowosada, autorów, którzy, korzystając z rozmaitych mediów artystycznych, opowiadają o doświadczaniu codzienności i emocjach z tym związanych. Wystawa dwojga laureatów Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi w 42. Konkursie im. Władysława Strzemińskiego – Sztuki Piękne, gra z nostalgią i ironią typową dla wszystkich pokolenia. Przyjęty przez twórców koncept nie jest jednak jedynie westchnieniem za niepowtarzalnym klimatem tego, co już minęło, czy komentarzem społecznym dotyczącym idealizowania ubiegłych dekad. Dobrze zapamiętane przez autorów wieczorne spacery, treningi na siłowni lub długie, egzystencjalne rozmowy przy papierosie, nie zawsze były tak lekkie i niewinne, jak proponuje retrospektywna, optymistyczna iluzja.

Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, widok wystawy, fot. Mikołaj Zacharow
Mikołaj Nowosad, „NŻ na żądanie 3”, 2026, obiekt, 100x150x170 cm, Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, fot. Mikołaj Zacharow
Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, widok wystawy, fot. Mikołaj Zacharow
Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, widok wystawy, fot. Mikołaj Zacharow

Osobiste obserwacje zachęciły Lidię i Mikołaja do stworzenia projektu wielomedialnego, w którym zestawieniu ulega cyfrowa teraźniejszość z analogowymi wspomnieniami i realnym doświadczeniem. Dwie sale ekspozycyjne Galerii Bałuckiej autorzy poświęcili na opowieść o inspirujących stronach ich egzystencji w przestrzeni prywatnej i publicznej. Dodatkowo wybrali prace namawiające do podjęcia interakcji i sprawdzenia cienkiej granicy między tym, co wspólne, a tym, co intymne.

Na początku zostajemy zaproszeni do strefy publicznej – obszaru, w którym zwykle króluje anonimowość, kusi przywdziewanie sytuacyjnych masek, rządzi pośpiech i konsumpcja, czyli sytuacje, które są nie bez znaczenia dla kształtowania naszej osobowości. Prezentowane w pierwszej sali ekspozycyjnej elementy, m.in. zaczerpnięte z przestrzeni sklepowych czy transportu miejskiego, w rękach twórców nie są zwykłymi przedmiotami, ale nośnikami znaczeń: wyznacznikami statusu, nastroju, intencji, ale także wyzwalaczami wspomnień. W tej sferze obiekty, takie jak perfumy o zapachu papierosów Lidii Czub, mogą działać niczym dobrze zapamiętana, wonna wizytówka w kontaktach z rówieśnikami, a napięcia werbalne czy wizualne w wideo Alpha King Mikołaja Nowosada, okażą się niezbędne do budowania opowieści o dawnych, nocnych, bulwarowych przechadzkach i związanych z nimi wspomnieniach.

Głośny i wieloelementowy obszar odpowiadający temu, co publiczne, prowadzi do drugiego pomieszczenia wystawy, zaaranżowanego niczym wnętrze pokoju. Intencją autorów było stworzenie tu przestrzeni kojarzonej z domowym zaciszem i bezpieczeństwem, miejsca nawiązującego do prywatnej sfery życia, którą dobrze znamy, i w której kształtuje się nasza tożsamość. Uporządkowane lokum, z kanapą, biurkiem i innymi osobistymi przedmiotami – w kontrze do tego, czego już doświadczyliśmy na ekspozycji – prezentuje się niczym fundament stabilizacji i kontroli. W tym wnętrzu realizacje Lidii opowiadają o bezbronności snu czy sile dotyku i pragnieniu normalizacji cielesności, jak w przypadku pracy Więzy rodzinne, zaś Mikołaja m.in. przypominają etap budowania pewności siebie poprzez trening na siłowni i kontakt z rówieśnikami, czy przywołują doświadczenie gorzkiej zabawy, jak w obiekcie bleeeeee – miniaturowym parku rozrywki, który budzi niepokój i dyskomfort zamiast radości. Aranżacja pokoju i zgromadzone w nim prace namawiają do zrzucenia warstwy wymuszonego entuzjazmu czy dystansu społecznego, pod którą człowiek potrafi ukrywać swoje prawdziwe emocje. Interesująca w drugiej sali wydaje się także gra z kontekstem, namawiająca widzów do uważnego, estetycznego poszukiwania obiektów artystycznych wśród innych, codziennych przedmiotów usytuowanych w tym pomieszczeniu.

Lidia Czub, „Na coś trzeba umrzeć”, 2026, perfumy konceptualne, 6x2x9 cm, Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, fot. Mikołaj Zacharow
Lidia Czub, „Anonimowe portrety”, 2025, rzeźby z włosów, 150x100x50 cm, Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, fot. Mikołaj Zacharow
Lidia Czub, „Czas snu”, 2025, fusing szkła, pióra, 40x40x70 cm i wideo 2′36″, Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, fot. Mikołaj Zacharow
Lidia Czub, Mikołaj Nowosad, „Kiedyś to było”, widok wystawy, fot. Mikołaj Zacharow

Kontrastem dla przemyślanego charakteru przestrzeni prywatnej wystawy pozostaje brak struktury dominujący w pomieszczeniu stawiającym na pragmatyzm otoczenia. Interesujące, iż wystawa, mimo tych przeciwieństw, wydaje się upłynniać granice intymności, a wybrane prace niwelować próg dzielący sale. Zestawienie w narracji projektu tego, co prywatne z tym, co ogólnodostępne uwidacznia przenikanie publicznej estetyki do domowego zacisza. Obserwacja ta prowokuje pytanie: czy w dzisiejszym świecie, w którym wzrasta poczucie chaosu i utraty kontroli, jakakolwiek przestrzeń pozostaje jeszcze w pełni „nasza”?

Lidia Czub i Mikołaj Nowosad traktują nostalgię jak wspólny język. Niekiedy uciekając w estetykę retro-futuryzmu, form analogowych czy prac, w których istotny jest fizyczny dotyk. Szukają w ten sposób autentyczności w świecie zdominowanym przez algorytmy, presję sukcesu i permanentne wypalenie. Ponad budowanie swojej artystycznej tożsamości na poczuciu niedopasowania, aktywnie szukają inspiracji w najdrobniejszych elementach otoczenia i emocjach, by stworzyć coś własnego i wartościowego dla innych. Pozostaje nam trzymać kciuki za to, by Lidia i Mikołaj realizowali tylko takie prace – projekty, które po latach, świadomie wspomną słowami „kiedyś to było!”.

Dominika Pawełczyk

Idź do oryginalnego materiału