Na świecie nie brakuje opuszczonych miejsc, które z biegiem lat obrosły legendami. Jedne straszą ciszą tak gęstą, iż aż dzwoni w uszach, inne ciężarem historii, której nikt już nie chce pamiętać. Są też takie, gdzie ma się wrażenie, iż ktoś przez cały czas tam jest. Miasta duchów rozsiane są po wszystkich kontynentach, ale tylko nieliczne mają w sobie coś niepokojącego, coś, co każe zwolnić krok i odruchowo obejrzeć się przez ramię.
REKLAMA
Bodie należy właśnie do nich. To miasteczko nie umarło w klasycznym sensie. Ono zatrzymało się w pół oddechu, w chwili, gdy odwrócono od niego wzrok. Domy stoją tak, jakby ich lokatorzy wyszli tylko na moment. Przedmioty czekają na dłonie, które nigdy po nie nie wrócą. A sami "mieszkańcy"? Według lokalnych opowieści wciąż tu są. Cicho, cierpliwie, jakby nie pogodzili się z tym, iż życie toczy się dalej.
Zobacz wideo "Gdybym skupiał się na tym, co robi konkurent, przegrałbym". Rafał Brzoska w "Z bliska"
Czy warto odwiedzić opuszczone miasto Bodie? To niezwykłe miejsce
Bodie leży w północno-wschodniej Kalifornii, po tej surowszej stronie gór Sierra Nevada, z dala od turystycznych tras i wielkich miast. To miejsce, do którego nie trafia się przypadkiem. Trzeba chcieć zjechać z asfaltu, przejechać kilka kilometrów szutrem i pozwolić, by krajobraz stopniowo wyciszył wszystko, co znane. Na wysokości ponad 2550 metrów powietrze staje się ostrzejsze, świat jakby mniej gościnny, a kolory bardziej surowe. Tutaj nie znajdziesz Kalifornii, jaką znasz z folderów biur podróży.
Samo miasteczko wygląda jak scenografia, której nikt nie zdążył zwinąć po zakończonym filmie. Drewniane domy, pochyłe werandy, witryny sklepów z wyblakłymi napisami. Nic nie jest tu zrobione pod turystów. Bodie funkcjonuje w stanie kontrolowanego rozpadu. Wszystko zostało dokładnie tam, gdzie zostawili to ostatni mieszkańcy. Butelki na półkach, łóżka w sypialniach, książki na stolikach... Czas się tu wyraźnie zatrzymał.
To miejsce nigdy nie miało być trwałe. Powstało gwałtownie i gwałtownie, bo tak działała gorączka złota. Gdy w drugiej połowie XIX wieku w okolicznych wzgórzach odkryto cenny kruszec, Bodie wyrosło w błyskawicznym tempie. Z kilku baraków zamieniło się w pełnoprawne miasto z tysiącami mieszkańców, bankami, szkołą i własną gazetą. Problem w tym, iż całe jego istnienie opierało się na jednym założeniu - iż złoto nigdy się nie skończy. Przyszłość przyniosła jednak coś innego.
Złoto, grzech i codzienność na krawędzi. Tak Bodie powoli chyliło się ku upadkowi
W czasach swojej świetności (1876-1880) Bodie było miejscem brutalnym, głośnym i bezlitosnym. Miastem, w którym pieniądz zmieniał właściciela szybciej niż zmienia się pogoda w górach. Działało tu kilkadziesiąt saloonów, kasyna, domy publiczne i nieformalna dzielnica rozrywki, która przyciągała ludzi z całych Stanów. Obok nich funkcjonowały szkoły, kościoły i warsztaty rzemieślnicze, a ten kontrast był wpisany w codzienność.
Życie toczyło się szybko, często zbyt szybko. Przemoc była normą, a gazety potrafiły pisać o strzelaninach z niemal reporterską rutyną. Jednocześnie to właśnie tu pojawiły się pierwsze oznaki nowoczesności: elektryczność, linia kolejowa, rozwinięta infrastruktura. Bodie było paradoksem. Miastem jednocześnie prymitywnym, jak i nowoczesnym.
Z czasem jednak złoto zaczęło znikać, a wraz z nim sens pozostawania w tym miejscu. Kopalnie przestawały być opłacalne, inwestorzy wyjeżdżali, a miasto zaczęło się kurczyć. Dopełnieniem upadku były pożary i ekstremalne zimy, które tylko przyspieszyły upadek. W połowie XX wieku Bodie praktycznie opustoszało. Ostatni mieszkańcy wyjechali, zostawiając po sobie świat zamknięty w ciszy.
Bodie Hill, miasto duchów. KaliforniaFot. istockphoto.com/ autor Jen Peng
Czym jest klątwa Bodie w Kalifornii? Są tacy, którzy odczuli ją na własnej skórze
Dziś Bodie funkcjonuje jako park historyczny i jedno z najlepiej zachowanych miast duchów w Stanach Zjednoczonych. Nie zostało odrestaurowane w klasycznym znaczeniu tego słowa. Budynki są zabezpieczane przed dalszym niszczeniem, ale nie odnawiane ani upiększane. Dzięki temu miejsce zachowało autentyczność, której nie da się odtworzyć w muzealnej scenerii.
Spacer po nim bardziej przypomina wejście w zatrzymany kadr niż typowe zwiedzanie. Cisza ma tu ciężar, a wnętrza domów sprawiają wrażenie porzuconych w pośpiechu. Na półkach stoją puszki sprzed dekad, na ścianach wiszą zdjęcia, w szufladach leżą drobne przedmioty codziennego użytku. To detale, które sprawiają, iż granica między "kiedyś" a "teraz" się rozmywa.
Z miejscem od lat wiążą się też opowieści o tzw. klątwie Bodie. Według lokalnych relacji każdy, kto zabierze stąd jakikolwiek przedmiot, naraża się na pecha. Pracownicy parku regularnie otrzymują przesyłki z kamykami, fragmentami drewna czy szkła, do których dołączone są listy z przeprosinami i opisami serii niefortunnych zdarzeń. Oficjalnie oczywiście nikt nie potwierdza istnienia klątwy, ale fakt, iż takie paczki naprawdę wracają do miasteczka, działa na wyobraźnię.
Wielu mówi też o obecności duchów, inni widzą w tym wyłącznie grę wyobraźni. Niezależnie od interpretacji, Bodie nie potrzebuje legend, by robić wrażenie. Wystarczy, iż trwa dokładnie takie, jakie zostało zostawione - zawieszone między tym, co było, a tym, co już nie wróci. I to właśnie ta niejednoznaczność sprawia, iż turyści chcą tu przyjechać i poczuć klimat tego miejsca. Lubisz opuszczone miejsca? Zapraszamy do udziału w sondzie oraz do komentowania.






