Wspinaczka w najwyższych górach świata przez lata była symbolem odwagi i odkrywania nieznanego. Dziś jednak coraz częściej mówi się o problemach, które pojawiły się wraz z rosnącą popularnością Himalajów. Adam Bielecki opisuje kulisy zmiany i pokazuje, dlaczego wielu doświadczonych alpinistów zaczyna szukać wyzwań poza najbardziej znanymi ośmiotysięcznikami.
REKLAMA
Zobacz wideo Taki widok na Tatry musisz zobaczyć choć raz w życiu
Himalaje coraz bardziej przypominają turystyczny szlak. Adam Bielecki mówi wprost o rosnącej liczbie śmieci
Problem zanieczyszczenia w najwyższych górach świata jest według Bieleckiego coraz bardziej widoczny. Wiele popularnych dróg na ośmiotysięczniki przypomina dziś miejsce intensywnego ruchu turystycznego. Pozostawione namioty, zużyte butle tlenowe czy fragmenty lin to widok, który nie należy do rzadkości. Zdaniem himalaisty skala odpadów w Himalajach wciąż rośnie, a akcje sprzątania są jedynie niewielką próbą rozwiązania znacznie większego problemu. W jego opinii pojedyncze ekspedycje nie są w stanie oczyścić takich miejsc jak Everest, ponieważ liczba pozostawionego sprzętu jest ogromna.
Bielecki wskazuje przykład Alaski i góry Denali jako modelowego rozwiązania. Każdy wspinacz otrzymuje tam specjalne worki na odpady, które po zejściu z góry są ważone. jeżeli ktoś odda zbyt mało śmieci, grożą mu wysokie kary finansowe. Takie zasady sprawiają, iż mimo dużego ruchu turystycznego góra pozostaje czysta.
Problem dotyczy nie tylko samych szczytów. W dolinie Solokhumbu w Nepalu zaczęto obserwować zanieczyszczenie źródeł wody pitnej. Ogromna liczba turystów i wspinaczy oddających mocz oraz pozostawiających fekalia w okolicach obozów doprowadziła do wzrostu stężenia bakterii coli i amoniaku w wodach gruntowych. To sprawia, iż korzystanie z części lokalnych strumieni staje się niebezpieczne dla mieszkańców.
Komercjalizacja zmieniła zasady gry w najwyższych górach. Ratowanie ludzi bywa trudniejsze niż kiedyś
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w Himalaje docierali głównie doświadczeni wspinacze. W bazach spotykały się zespoły złożone z najlepszych alpinistów, którzy w razie wypadku mogli wspólnie stworzyć ekipę ratunkową. w tej chwili na niektórych szczytach przebywają setki osób, ale tylko nieliczni mają umiejętności pozwalające prowadzić akcję ratunkową. Wielu uczestników wypraw to klienci agencji, którzy korzystają z pomocy przewodników i sami nie są w stanie działać samodzielnie.
- Mam takie przekonanie, iż gdybym pojechał na jakiś ośmiotysięcznik, na drogę normalną w sezonie, to skończę na akcji ratunkowej. Statystyka jest nieubłagana. o ile jest tyle ludzi na górze, no to ktoś się wpakuje w kłopoty. I teraz, żeby mu pomóc, to musisz mieć po pierwsze umiejętności, a po drugie wolność. Chodzi o przestrzeń na to, żeby podjąć taką decyzję i na przykład porzucić swój cel, zmienić swój plan i pójść mu pomóc. No i takich ludzi tam brakuje - tłumaczy w rozmowie z kanałem "Szczytomaniak" Adam Bielecki.
Prowadzi to do paradoksu. W górach znajduje się dużo ludzi, jednak w sytuacji kryzysowej kilka osób może faktycznie pomóc. Jak tłumaczy Adam Bielecki, przewodnicy są odpowiedzialni za swoich klientów, a uczestnicy komercyjnych wypraw często nie posiadają odpowiednich kompetencji. W rezultacie ratowanie życia wciąż spoczywa na barkach niewielkiej grupy profesjonalnych wspinaczy. Himalaista przypomina też, iż w Nepalu czy Pakistanie nie funkcjonują służby ratunkowe na wzór m.in. polskiego GOPR.
Korki na K2 i znikające namioty. wydarzenia, które zmieniły podejście Bieleckiego
Przełomowym momentem dla himalaisty była wyprawa na K2 w okresie letnim. Zamiast sportowej rywalizacji zobaczył tam zjawiska, które wcześniej znał tylko z opowieści. Podczas ataku szczytowego wspinacze potrafią ustawić się w długiej kolejce na jednej linie poręczowej, co w razie wypadku może doprowadzić do tragedii wielu osób jednocześnie. Dla Bieleckiego było to brutalne zderzenie z rzeczywistością współczesnego himalaizmu.
Podczas tej samej wyprawy pojawiły się również inne problemy. Z obozów znikał sprzęt pozostawiony przez wspinaczy, a w namiotach znajdowano ślady po osobach, które korzystały z nich bez zgody właścicieli. Takie doświadczenia sprawiły, iż himalaista zaczął poważnie zastanawiać się nad zmianą swoich górskich celów.
Niższe góry mogą dawać większą przygodę. Wspinacz odkrył zupełnie inny wymiar alpinizmu
Momentem przełomowym była wyprawa na mniej znany siedmiotysięcznik w Nepalu. Tam zespół Bieleckiego działał całkowicie samodzielnie. Musieli sami wybrać miejsce na bazę, zaplanować drogę i zdecydować o sposobie wspinaczki. Wspinacz przyznaje, iż właśnie na takich mniej znanych szczytach odnalazł przygodę, której wcześniej szukał na ośmiotysięcznikach. Brak tłumów i konieczność samodzielnego podejmowania decyzji sprawiają, iż wspinaczka odzyskuje swój pierwotny charakter.
Dziś Adam Bielecki coraz częściej wybiera styl alpejski, czyli lekkie i szybkie działanie bez rozbudowanych obozów i kilometrów lin poręczowych. Taki sposób wspinania pozostawia też znacznie mniejszy ślad w środowisku. Angażuje się także w program Polski Himalaizm Sportowy. Jak przyznaje himalaista, za jego pośrednictwem młodzi wspinacze mogą otrzymać wsparcie finansowe oraz mentalne od starszych kolegów.




