Kiedy wróciłem, drzwi były otwarte. Pierwsza myśl ktoś włamał się do domu. „Pewnie liczył, iż trzymam tu jakieś pieniądze albo cenne rzeczy”, pomyślałem.
Mam na imię Zbigniew Nowakowski, mam sześćdziesiąt dwa lata. Od pięciu lat mieszkam sam. Żony już nie ma, a dorosłe dzieci mają własne rodziny i dawno wyprowadziły się na swoje. Póki nie ma mrozów, przebywam w niewielkim domku pod Warszawą, a na zimę wracam do miasta do mojego dwupokojowego mieszkania. Jednak gdy tylko robi się cieplej, przenoszę się znów za miasto.
Bardzo cenię sobie takie spokojne, wiejskie życie. Tu mogę złapać oddech świeżym powietrzem, dbam o mały sad i warzywnik. Niedaleko stąd ciągnie się las, gdzie latem rosną grzyby i jagody.
Tak się złożyło, iż musiałem pilnie wyjechać z domu na cały tydzień. Gdy wróciłem, drzwi były szeroko otwarte. Pierwsza myśl ktoś się włamał. „Pewnie liczył, iż chowam tu złotówki albo biżuterię”, myślałem. Tymczasem śladów włamania nie było, wszystko stało na swoim miejscu. Tylko na stole leżał talerz nigdy nie zostawiam brudnych naczyń, wyjeżdżając, zwłaszcza na długo.
Zrozumiałem, iż ktoś tu mieszkał przez moją nieobecność. Fala złości mnie ogarnęła. Wszedłem do pokoju i zobaczyłem chłopca smacznie śpiącego na kanapie. W tej chwili wszystko stało się jasne.
Chłopiec obudził się i popatrzył na mnie jeszcze zaspanym wzrokiem. Nie wyglądał na przestraszonego, tylko usiadł i powiedział:
Przepraszam pana bardzo, iż tak wszedłem.
Od razu zauważyłem, iż to dobrze wychowane, skromne dziecko. Zrobiło mi się żal chłopaka.
Od kiedy tu mieszkasz? spytałem.
Od dwóch dni.
Jesteś głodny? Co jadłeś?
Miałem drożdżówki. Zostało trochę, może pan chce?
Wyciągnął w moją stronę torebkę z resztkami suchych już drożdżówek.
Jak masz na imię?
Jasio.
A ja jestem Zbigniew Nowakowski. Dlaczego jesteś sam? Zgubiłeś się? Gdzie rodzice?
Moja mama często zostawiała mnie samego. A jak już wracała, zawsze była zła i na mnie się wyżywała. Powtarzała, iż jestem dla niej problemem, iż beze mnie byłaby szczęśliwsza. Dwa dni temu znowu na mnie krzyczała. Nie wytrzymałem i uciekłem z domu.
Może już cię szuka?
Na pewno nie. Już nieraz uciekałem, czasem nie było mnie po tydzień. choćby nie zauważała, iż mnie nie ma. Bez niej jej lżej. Jak wracałem, nie czułem, by się cieszyła.
Okazało się, iż chłopak mieszkał z matką, która zamiast zajmować się dzieckiem, ciągle szukała sobie partnerów. Często przesiadywała u znajomych, a Jasio musiał radzić sobie sam.
Bardzo było mi szkoda dziecka, jednak byłem już emerytem i żadna instytucja nie pozwoliłaby mi tak po prostu zostać jego opiekunem. A Jasio nie chciał choćby słyszeć o domu dziecka. Nakarmiłem go i pozwoliłem przenocować jeszcze jedną noc. Tutaj był bezpieczniejszy niż z własną matką.
Nie spałem tej nocy, myśląc co zrobić z losem chłopca. Przypomniałem sobie wtedy o mojej znajomej z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej Barbarze Kwiatkowskiej. Z samego rana do niej zadzwoniłem i poradziłem się.
Basia obiecała pomóc, ale musiałem trochę poczekać. Po trzech tygodniach udało mi się adoptować Jasia. Chłopiec był szczęśliwy i wdzięczny, a jego matka zgodziła się bez wahania zrzec praw, kiedy dowiedziała się, iż ktoś chce zaopiekować się jej synem.
Teraz mieszkamy razem. Ja mówię o nim „mój wnuk”, a on wszystkim opowiada, iż jestem jego dziadkiem. Jestem szczęśliwy, iż los postawił Jasia na mojej drodze.
To bardzo bystry i utalentowany chłopiec. Tej jesieni poszedł do pierwszej klasy. Cieszy mnie, gdy słyszę pochwały od jego nauczycielki. Jasio gwałtownie nauczył się czytać i świetnie radzi sobie z zadaniami matematycznymi.
