Gdy Walerian przychodził do Zinaidy, ta stawała się nagle jakby trochę zagubiona. To wszystko z radości. Krzątała się nerwowo, poprawiała fryzurę, szybciutko chowała pod poduszkę rozrzucone sukienki, które mierzyła przed jego przyjściem, wyplątywała wałki z włosów. Potem biegła do łazienki, tam czesała się i malowała usta. I dopiero wtedy, wystrojona jak na bal, wychodziła do niego.
No a jakże miała nie być szczęśliwa? Przecież to sama pomyślcie.
Zinaida samotna matka, która prawdziwą żoną nigdy nie była. Ot, „pochodziła” trochę z Ryszardem, swoim wybrankiem, a potem on wyjechał z Krakowa na swoją rzekomą ojcowiznę tylko iż Zinaida nigdy się nie dowiedziała, jak dokładnie to miejsce nazywało. Może był z Podkarpacia, a może z Wileńszczyzny. Tu u nich dorabiał na placu targowym, ale kim dokładnie Zinaida nie wiedziała.
No i zabrał się jej ukochany, zostawił ją w stanie odmiennym, choć wtedy jeszcze sama niczego nie była pewna. Ot, dwa tygodnie, może trzy. Kiedy jednak Ryszard przestał przychodzić na noce, a potem miesiąc jej się nie pokazał, Zinaida zrozumiała, iż już no jakby to powiedzieć została sama.
W swoim czasie urodziła, jak malowana, ślicznego chłopca. I jakże by inaczej! Zinaida była prawdziwą pięknością, a Ryszard jakby z obrazu szlacheckiego się urwał.
Trzeba przyznać, z dzieckiem jej się prawdziwie poszczęściło. Spokojny był, całymi dniami spał, a gdy się budził pił mleko matki z wielką starannością. Na szczęście mleka u Zinaidy było jak u zdrowej krowy spokojnie mogła karmić jeszcze jedno dziecko.
I prawie nie chorował Władziu, jak go nazwała, tak jak to zwykle niemowlęta miewają.
Na imię Władysław dostał po Władysławie Kowalskim, aktorze, którego Zina zobaczyła przypadkiem w starym filmie Krzyżacy, jak była jeszcze w ciąży. Zagrał tam Zbyszka z Bogdańca, który przypominał jej właśnie Ryszarda. Innej możliwości nie brała pod uwagę. I tak został zapisany w metryce: Władysław Ryszard Nowicki. Ileż razy Zinaida to powtarzała do siebie! Brzmiało jak fragment pięknej melodii.
Chłopiec był pogodny jak letnie słońce. Kiedy matka gotowała obiad albo sprzątała mieszkanie, rozkładała na podłodze koc, otaczała go krzesłami i sadzała Władzia na środku tej prowizorycznej areny. Dawała mu jakąś starą torebkę i wałki do włosów, a czasem kawałki materiałów mały bawił się cicho, bez grymaszenia. Nawet, gdy Zina któregoś dnia rzuciła okiem do pokoju i zobaczyła, iż Władzio utknął głową między szczebelkami krzesła (widocznie chciał się przecisnąć), to nic nie mówił, tylko dyszał i próbował rozsunąć krzesła tłustymi rączkami.
A gdy zaczął podrastać, nie było z nim więcej kłopotów. Matka z czystym sumieniem wypuszczała go na podwórko do zabawy. Kazała tylko, żeby co dziesięć minut podbiegał do okna (miała mieszkanie na parterze) i wołał: Mamo! Jestem tutaj!
Tyle tylko, iż Władzio nie miał zegarka i wołał do niej przez okno co trzy minuty, póki nie wyjrzała i nie krzyknęła: Dobrze, syneczku!. Stał jeszcze chwilę, nie chcąc odejść, aż pytała: Czemu nie idziesz się bawić dalej? A Władek odpowiadał: Jeszcze się nie uśmiechnęłaś Więc matka uśmiechała się najprawdziwiej na świecie, a syn wracał na plac zabaw.
Pewnego razu zawołał jak zwykle z podwórza, a gdy Zina wyjrzała przez okno, zobaczyła, jak przyciska do siebie maleńkiego kotka:
– Mamo, dostałem go od cioci Zosi. Powiedziała, iż nazywa się Kajetan i iż będziesz się cieszyć, jak razem go będziemy pielęgnować.
Władzio był tak bezgranicznie szczery, iż Zina nie potrafiła zrobić nic innego, tylko się uśmiechnąć. Potem dodała:
– Kajetan pewnie głodny. Idźcie obaj do domu, dam mu mleka.
I tak Władek z koteczkiem wbiegli do klatki schodowej. Szczęśliwy Władek. Kajetan szczęśliwy jeszcze nie był.
Tak więc żyli sobie we trójkę do czasu, aż Zinaida nie poznała Waleriana.
Walerian był równolatkiem Zinaidy, nigdy kawalerem nie był. Porządny człowiek, stateczny, choć wciąż młody. Pracował w fabryce mebli i zarabiał uczciwie. Zaczęli się spotykać regularnie, a on, przychodził do Ziny na sobotnie wieczory i nocował. Mało mówił, jadł sporo, pił niewiele. Na jego przyjście Zina zawsze szykowała buteleczkę chłodnej wódki i podawała w szklanej kieliszce z krótką nóżką Walerian takie lubił najbardziej.
Tego razu wszystko było jak zwykle. Przyszedł Walerian, przywitał się z Władzkiem u progu, usiadł na kanapie i cierpliwie czekał, aż Zinaida zakończy swoje przygotowania. Potem razem nie, adekwatnie we czwórkę, bo przecież Kajetan był z nimi (Władzio trzymał go na kolanach) oglądali telewizję i szli do stołu na obiad.
Po obiedzie, jak to mieli w zwyczaju, wszyscy położyli się na krótką drzemkę, planując wieczorny spacer po parku.
A kiedy Zinaida zamknęła za sobą drzwi do pokoju Władzia i ułożyła się obok Waleriana, głowę kładąc mu na ramię, ten pierwszy raz poruszył temat małżeństwa:
Myślę, iż na razie pomieszkamy u ciebie. Potem wynajmiemy coś większego Albo moją kawalerkę wynajmiemy na dodatek No bo, wiesz, Zinaido, ja kotów nie lubię. Trzeba będzie oddać waszego Kajetana
Kajetana poprawiła go Zinaida, wsłuchując się z napięciem.
Tak, Kajetana. Pomilczał chwilę, a potem dodał z powagą tak, jakby to była decyzja dawno podjęta:
A Władzia wyślemy do mojej mamy na wieś. Czyste powietrze, szkoła, wszystko jak trzeba. My jesteśmy jeszcze młodzi dorobimy się własnej gromadki dzieci.
Głowa Zinaidy na jego ramieniu stężała niczym kamień. Długo leżeli w ciszy. W końcu Zinaida wstała, jakby wstydząc się swojej nagości przed kimś obcym, narzuciła na siebie szlafrok, podeszła do fotela, gdzie leżały rzeczy Waleriana, wzięła jego spodnie i podała mu, mówiąc:
No Na, swoje spodnie. Zakładaj i idź
Dokąd?
Do swojej mamy, na wieś. Tam czyste powietrze. A nam trzem świeżego powietrza z parku wystarczyWalerian patrzył na nią przez dłuższą chwilę, jakby nie dowierzał, iż właśnie świat odsunął mu się spod nóg. Potem, w milczeniu, zaczął zakładać spodnie. Próbował jeszcze spojrzeć Zinai w oczy, ale ona już była odwrócona plecami, przytulając się do zamkniętych drzwi pokoju dziecięcego.
Po chwili usłyszała, jak skrzypią zawiasy i ciężkie kroki oddalają się przez przedpokój. Kiedy trzasnęły drzwi wejściowe, Zinaida wypuściła z siebie cichy oddech, którego choćby nie była świadoma.
W ciszy przyszedł do niej Władzio, z kotem Kajetanem na rękach.
Mamo, wszystko dobrze? zapytał szeptem.
Zina przyklękła przy synku, pogładziła go po jasnych włosach i otuliła ramieniem także kota. Uśmiechnęła się, tym swoim cichym, prawdziwym uśmiechem, na który Władek zawsze czekał.
Wszystko dobrze, skarbie. Jesteśmy w domu.
Za oknem wiatr poruszył firanką, park zadrżał od powiewu wiosny. Świat był znów prosty. Władziu, Zinaida i Kajetan siedli razem na kanapie. Kot zamruczał, wtulając się w kolana chłopca. Z radioodbiornika sączyła się cicho melodia Piosenka o małym szczęściu.
Tego wieczoru Zinaida nie czuła się już samotna. Zrozumiała, iż rodzina to czasem po prostu te dwa uśmiechy i ciepły, mruczący kłębek na kolanach.









