Kiedy Waldek przychodził do Zosi, ona dosłownie głupiała w jego obecności. To – z czystego szczęścia.

polregion.pl 22 godzin temu

Kiedy Waldemar przychodził do Zosi, ona niemal na oczach głupiała z radości. Biegała po mieszkaniu, poprawiała fryzurę, ukrywała pod poduszkami ubrania, które przymierzała przed jego wizytą, i wyplątywała z włosów wałki. Potem rzucała się do łazienki, tam się czesała i malowała usta, by wreszcie, cała w swej nieodpartej krasie, wyjść do niego.

Nic dziwnego, iż była taka szczęśliwa! Sami pomyślcie.

Zosia samotna matka, która nigdy tak naprawdę choćby nie była zamężna. Ot, pochodziła chwilę z własnym Sergiuszem, może ze dwa miesiące, a potem on wyjechał z ich Krakowa na swoją ojczystą ziemię, której nazwy Zosia choćby dobrze nie zrozumiała. Może był z Mołdawii, może z Ukrainy. Na ich bazarze dorabiał, i choćby kim Zosia nie była pewna.

No więc pojechał, światło oczu Zosi, zostawił ją w ciąży. Sama prawie nie wiedziała, bo ledwo dwa tygodnie były, kiedy zorientowała się, iż już nie wrócił na noc i tak przez ponad miesiąc. Wtedy dopiero poczuła, iż jak to się elegancko mówi została sama.

W odpowiednim czasie urodziła chłopca przystojnego jak anioł! No bo jakżeby inaczej Zosia była piękna jak z obrazka, a Sergiusz żywy książę z bajki.

Trzeba przyznać, iż z dzieckiem miała szczęście. Był spokojny jak baranek: ciągle spał, a kiedy się budził, łapczywie i starannie ssał matczyną pierś. A Zosia miała mleka, jak prawdziwa krakowska krowa mogłaby jeszcze jedno dziecko bez trudu wykarmić.

Sławek tak go nazwała, na cześć aktora Wiesława Gołasa. Kiedy była w ciąży, przez przypadek obejrzała w telewizji stary film Pokolenia, a tam był porucznik Zawistowski grany właśnie przez Gołasa, który zupełnie jak jej Sergiusz. Alternatywy nie było. Tak więc w akcie urodzenia zapisali: Sławomir Sergiusz Nowak. Zosia powtarzała to w myślach setki razy brzmiało jak jakaś melodia.

Sławcio był dzieckiem promiennym. Kiedy mama musiała gotować albo sprzątać, rozkładała na podłodze koc, otaczała go z każdej strony krzesłami i do środka tego prowizorycznego kojca wsadzała malca. Dawała mu starą torebkę, wałki i jakieś szmatki. Dziecko bawiło się bez szemrania. choćby kiedy raz Zosia zajrzała z kuchni i zobaczyła, iż malec utknął głową między szczebelkami krzesła (pewnie chciał się wydostać), chłopiec tylko posapywał i z poważną miną próbował odsunąć krzesła swoimi pucołowatymi rączkami.

Gdy Sławek rósł, problemów nie przybywało. Zosia spokojnie pozwalała mu bawić się z innymi dziećmi na podwórku, ale zastrzegała: żeby co 10 minut podbiegał pod okno na parterze i wołał: Mamusiu! Ja tu jestem!

Zegarka nie miał, więc przybiegał co trzy minuty i wołał, aż Zosia nie wychylała się przez okno i nie odpowiadała: Dobrze, synku! A on i tak czekał, aż się do niego uśmiechnie. Dopiero wtedy biegł dalej na plac. A dlaczego stoisz? Idź się baw! pytała. Bo mi się nie uśmiechnęłaś odpowiadał. Dopiero gdy prawdziwie się uśmiechnęła, leciał z powrotem do dzieci.

Pewnego razu, kiedy wykrzykiwał swoje Mamusiu, jestem!, zobaczyła, iż przytula maleńkiego kotka:
Mamo, pani z parteru mi go dała. Powiedziała, iż nazywa się Janek. I iż będziesz zadowolona, a my mamy dbać o niego razem.

Sławek był tak szczery i rozczulający, iż Zosia tylko się roześmiała. Potem rzekła:
Janek pewnie jest głodny. Chodźcie obaj do domu, dam mu mleka.

Sławek z kotkiem wbiegli do klatki schodowej szczęśliwy chłopiec. Janek na razie szczęścia miał mniej.

Tak żyli, we troje. Dopóki Zosia nie poznała Waldemara.

Waldemar był w jej wieku, nigdy nie miał żony. Porządny, poważny facet, jeszcze nie stary. Pracował w fabryce mebli, zarabiał dobrze. Zwykł przychodzić na soboty i zostawać na noc. Rzadko się odzywał, jadł sporo, pił niewiele. Zosia zawsze szykowała na jego przyjście litrową butelkę wódki schłodzoną w zamrażarce i specjalny kieliszek taki poszlifowany, na krótkiej nóżce. Waldemar uwielbiał właśnie te kieliszki.

Tym razem wszystko jak zawsze Waldemar przywitał się ze Sławkiem w przedpokoju, usiadł na kanapie, a Zosia kończyła swoje przygotowania. Potem siadali we troje nie, w czwórkę, bo i Janek przecież był, trzymany przez Sławka na kolanach oglądali telewizję i szli na obiad.

Po obiedzie, jak zwykle, wszyscy kładli się na krótką drzemkę, szykując się na wieczorny spacer w parku.

Kiedy Zosia zamknęła drzwi do pokoju Sławka i przytuliła się do Waldemara, położywszy głowę na jego ramieniu, on pierwszy raz podjął temat małżeństwa:
Myślę, iż na razie zostaniemy u ciebie. Potem się przeprowadzimy do większego mieszkania. Albo wynajmę swoje, będziemy mieli dodatkowy dochód… Tylko wiesz co, Zosiu… kotów nie lubię. Trzeba będzie komuś oddać waszego Janka

Janka poprawiła i napięła się, wyczekując.

Tak, Janka… powtórzył, a potem chwilę milczał. Wreszcie, poważnym tonem, jakby już wszystko było dawno postanowione, dodał:
A Sławka wyślemy do mojej mamy na wieś. Co w tym złego? Czyste powietrze, jest szkoła. My jeszcze młodzi swoje dzieci wychowamy, całą gromadkę.

Głowa Zosi na jego ramieniu zastygła jak kamień. W milczeniu leżeli tak przez kilka minut. W końcu Zosia wstała, zawstydzona jakby nigdy jej nie widział rozebranej, narzuciła szlafrok, podeszła do krzesła, gdzie leżały jego rzeczy. Wzięła spodnie Waldemara, wyciągnęła do niego i powiedziała:
Masz swoje niestyrane portki Zakładaj je i ruszaj się

Gdzie? zapytał zaskoczony.

Do swojej mamusi, na wieś. Na świeże powietrze A nam tu we troje świeżego powietrza w krakowskim parku wystarczy.

Idź do oryginalnego materiału