Kiedy Waldek przychodził do Zosi, ona dosłownie głupiała w jego obecności. To wszystko z czystego szczęścia.

polregion.pl 6 godzin temu

Gdy Wiktor przychodził do Zosi, ona prawie natychmiast stawała się roztargniona, jakby głupiała ze szczęścia. Biegała jak szalona, zaczynała się poprawiać, chować pod poduszki porozrzucane rzeczy, które przymierzała przed jego przyjściem, i wyplątywać z włosów papiloty. Potem pędziła do łazienki, tam się czesała i malowała usta. Dopiero taka, w pełnym blasku swojej urody, wychodziła do salonu.

I jakże miałaby nie być szczęśliwa?! Sami przyznajcie.

Zosia matka samotnie wychowująca dziecko, która adekwatnie nigdy nie była naprawdę mężatką. Ot, chodziła trochę z Jędrkiem, a potem Jędrek wyjechał z Krakowa gdzieś w swoje strony rodzinne, dokładnie nie wiadomo dokąd czy to gdzieś na wschód kraju, czy pod Lublinem. Pracował tu na targu. Kim? Zosia do dziś nie wie.

No i wyjechał, zostawiając ją lekko w ciąży. Ledwo zauważalnie. Dwa tygodnie może dopiero były, sama nie była jeszcze pewna. Potem, kiedy Jędrek nie przyszedł do niej na noc i miesiąc już go nie było, Zosia zrozumiała, iż no właśnie została sama.

W swoim czasie urodziła chłopczyka pięknego jak z obrazka! Nic w tym dziwnego: Zosia to była niezwykła piękność, a Jędrek wyglądał jak prawdziwy książę z bajki.

Trzeba przyznać, iż z dzieckiem Zosi miała szczęście. Chłopczyk spokojny jak aniołek: ciągle spał, a jak się budził sumiennie i z uwagą ssał matczyną pierś. Na szczęście Zosina miała mleka jak najlepsza krówka mleczna ze wsi spokojnie mogłaby wykarmić jeszcze jedno niemowlę.

Sławek, bo tak mu dała na imię, prawie nie chorował na te wszystkie typowo dziecięce choroby.
Imię dostał po Sławomirze Zapała, którego Zosia zobaczyła przypadkowo w starym filmie podczas ciąży. Tam właśnie był Sławek, szlachetny i przystojny, trochę podobny do jej Jędrka. Innej opcji imienia nie brała choćby pod uwagę. Tak w akcie urodzenia napisała: Sławomir Jędrzej Zaleski. Zosia powtarzała to dla siebie nieustannie brzmiało jak piękna melodia. Motyw z opowieści i muzyki.

Sławek był dzieckiem słonecznym. Kiedy matka musiała przygotować obiad albo posprzątać mieszkanie, rozkładała na podłodze koc, obstawiała go z każdej strony krzesłami, a do środka takiego tymczasowego kojca sadzała malucha. Dawała mu starą torebkę, papiloty i kilka szmatek. Dziecko bawiło się samo, cichutko, bez kaprysów i marudzenia. choćby gdy Zosia z kuchni zajrzała raz do pokoju i zobaczyła, iż jej synek utknął głową między krzesłami (pewnie próbował przejść), to tylko stękał cicho, uparcie próbując odsunąć przeszkody pulchnymi rączkami ale choćby wtedy nie płakał.

Kiedy Sławek zaczął rosnąć, nie sprawiał żadnych kłopotów. Zosia spokojnie puszczała go na podwórko z dziećmi, tylko prosiła, aby co dziesięć minut podbiegał pod okno (mieszkała na parterze) i krzyczał: Mamo! Jestem tu!

Ale zegarka nie miał, więc podbiegał częściej choćby co trzy minuty i wołał, dopóki matka nie wyjrzała i nie odpowiedziała: Dobrze, synku! Ale i tak nie odchodził, dopóki nie zobaczył uśmiechu. A co, nie idziesz się bawić? pytała. Odpowiadał: Nie uśmiechnęłaś się jeszcze… Wtedy Zosia naprawdę się uśmiechała, szeroko i szczerze, a on biegł znowu na plac zabaw.

Pewnego razu zawołał z podwórka swoje mama, jestem tu!, ale kiedy Zosia wychyliła się przez okno, zobaczyła, iż przyciska do siebie kociaka:
Mamo, ciocia mi go dała. Powiedziała, iż nazywa się Miętus. I iż ucieszysz się i żebyśmy go razem pilnowali.

Sławek był taki szczery wtedy, iż Zosia nie mogła zrobić nic innego, tylko odwzajemnić uśmiech. Potem powiedziała:
Miętus pewnie głodny. No do domu, obaj, dam mu mleka.

Chłopak z kotkiem popędzili na klatkę schodową. Sławek aż promieniał z radości. Miętus, póki co, szczęśliwy był tak sobie.

I tak żyli we trójkę, zanim Zosia poznała Wiktora.

Wiktor był rówieśnikiem Zosi. Nigdy nie był żonaty, porządny facet, poważny, choć wcale nie stary. Pracował w zakładzie meblowym i nieźle zarabiał. Zaczął przychodzić do Zosi na nocleg w soboty. Mało mówił, dużo jadł, kilka pił. Zawsze na jego przyjazd Zosia chłodziła w zamrażarce butelkę żubrówki i podawała Wiktorowi do niej kieliszek taki stary, fasetowany, na krótkiej nóżce. Te kieliszki bardzo mu się podobały.

Tego wieczoru wszystko było jak zwykle. Przyszedł Wiktor, uścisnął dłoń Sławkowi już w przedpokoju, usiadł na kanapie, podczas gdy Zosia kończyła swoje codzienne przygotowania. Potem siedzieli wszyscy razem, a raczej we czwórkę, bo też Miętus znajdował się na kolanach Sławka oglądali telewizję i szli na obiad.

Po jedzeniu, według tradycji, wszyscy kładli się na krótką drzemkę, szykując się na wieczorny spacer do parku.

Gdy Zosia zamknęła drzwi do pokoju Sławka i położyła się przy Wiktorze, z głową na jego ramieniu, Wiktor po raz pierwszy zaczął mówić o ślubie:
Myślę, iż na razie będziemy mieszkać u ciebie. Potem się przeprowadzimy, żeby było wygodniej. Albo wynajmiemy moje mieszkanie na dodatkowy dochód Tylko wiesz co, Zosiu Kotów nie lubię. Będziesz musiała oddać tego swojego Miętusa

Miętusa poprawiła cicho, napinając się.

No tak tego waszego Miętusa

Zamilkł na chwilę i dodał, jakby to już dawno ustalił:
A Sławka wyślemy do mojej mamy na wieś. Co? Tam świeże powietrze. I szkoła jest. My młodzi jesteśmy swoich narobimy jeszcze całą gromadkę.

Zosina głowa leżała na jego ramieniu jakby skamieniała. Milczeli tak kilka minut. Potem Zosia wstała powoli, jakby nagle była dla niego całkowicie obca, narzuciła na siebie szlafrok, podeszła do jego rzeczy, leżących na krześle. Chwyciła spodnie, wyciągnęła je w jego stronę i powiedziała:

Masz… Swoje nieuprane portki Wkładaj i idź…

Gdzie?

Do swojej matki, na wieś. Na świeże powietrze A nam, naszej trójce, świeżego powietrza wystarczy w naszym parkuWiktor patrzył na nią przez chwilę w osłupieniu, a potem powoli wstał, zgarbiony, jakby nagle był dużo starszy. Zosia pomogła mu znaleźć koszulę, upychając ją razem z pozostałymi rzeczami w siatce. Otarła łzę, która spłynęła po policzku, ale jej twarz była spokojna. Drzwi zamknęły się za Wiktorem bez dźwięku, który rozbrzmiewał jednak długo w ciszy mieszkania.

Potem wróciła do pokoju Sławka, uchyliła drzwi. Chłopiec spał spokojnie, z Miętusem wtulonym pod brodę. Kociak zamruczał, czując obecność Zosi. Usiadła na brzegu łóżka i odgarnęła Sławkowi kosmyk włosów z czoła. Odetchnęła głęboko, patrząc na to swoje małe szczęście. W tej krótkiej chwili, w ciszy, w zapachu dzieciństwa i ciepła, zrozumiała, iż wszystko, czego najbardziej potrzebuje, jest już z nią.

Słońce, przebijając się przez firanki, rozlało się złotą smugą po podłodze. Zosia uśmiechnęła się lekko pierwszy raz tego wieczoru i właśnie ten uśmiech rozproszył ostatni cień na jej sercu. Miętus przeciągnął się leniwie i zamiauczał cicho, jakby chciał powiedzieć wszystko będzie dobrze. A Zosia wiedziała, iż rzeczywiście tak będzie: nie idealnie, nie bajkowo, ale po prostu dobrze.

I to wystarczyło.

Idź do oryginalnego materiału