Gdy tylko Walerian pojawiał się u mnie, od razu czułam, jak rozklejam się ze szczęścia. To jakaś magia. Narastała we mnie gorączka, zaczynałam poprawiać fryzurę, gwałtownie chowałam pod poduszki te wszystkie rzeczy, które przymierzałam, zanim jeszcze przyszedł, a z włosów wyciągałam wałki. Potem pędziłam do łazienki tam się czesałam, robiłam makijaż, malowałam usta. I dopiero wtedy, taka cała w pełnej, nieodpartej krasie, pozwalałam sobie wejść do pokoju i usiąść obok niego.
Czy mogę być z tego powodu nieszczęśliwa? No sami powiedzcie.
Ja, Zuzanna, kobieta samotna, w sumie nigdy tak naprawdę mężatką nie byłam. Tylko trochę chodziłam ze swoim Sergiuszem, to tu, to tam przez miesiąc może dwa. Potem on wyjechał z naszego Opola na rodzinną ziemię, choćby do końca nie wiem jaką. Czy to Mołdawia, czy Ukraina do dziś nie byłam pewna skąd konkretnie. Tutaj dorabiał na targowisku. Czym się zajmował? No właśnie, też nie wiedziałam.
Pojechał, światło mojego oczka… Zostawił mnie lekko w ciąży. Delikatnie mówiąc. Ledwo dwa tygodnie, sama choćby nie zdążyłam się zorientować. Kiedy Sergiusz któregoś dnia już nie wrócił, a później nie było go dłużej niż miesiąc, zrozumiałam… jakby to mądrze ująć zostałam sama.
A kiedy przyszła pora, urodziłam, jak w zegarku, chłopca. I to jaki piękny! Ale jakże miał być inny ja sama nie z tej ziemi uroda, a Sergiusz istny królewicz z bajki.
Trzeba przyznać, miałam szczęście do dziecka. Spokojny był niesamowicie: spał prawie cały czas, a jak już się obudził… no to tylko chłonął matczyne mleko z wielką uwagą i dokładnością. Na szczęście miałam mleka jak porządna polska krówka, mogłabym spokojnie wykarmić jeszcze jedno niemowlę.
I nie przechodził przez te wszystkie typowe dziecięce choroby. Sławcio, a nazwałam go na cześć aktora Wieczysława Tichonowa. W czasach ciąży przypadkiem obejrzałam starą wersję Wojny i Pokoju, a tam był ksiądz Andrzej Bołkoński, właśnie grany przez Tichonowa, który czymś przypominał mi mojego Sergiusza. Innej alternatywy nie widziałam. Tak też wpisali w akcie urodzenia: Sławomir Sergiusz Wilewski. Sama powtarzałam sobie to imię w nieskończoność, brzmiało niczym melodia.
Sławomir był dzieciakiem słonecznym. kiedy gotowałam obiad albo sprzątałam mieszkanie, rozkładałam mu koc na podłodze, otaczałam krzesłami, i sadzałam Sławcia w tym prowizorycznym kojcu. Dostawał mój stary portfel, wałki i jakieś chustki. I bawił się, cicho i spokojnie, nigdy nie marudził. choćby jak zaglądnęłam z kuchni i zobaczyłam, iż głową utknął między krzesłami chciał pewnie wyjść tylko sobie mruczał pod nosem i próbował rozsunąć krzesełka swoimi pulchnymi rączkami.
A jak zaczął podrosnąć, problemów ze Sławkiem nie przybywało. Spokojnie puszczałam go pograć na podwórku. Miał tylko wracać co dziesięć minut pod okno (mieszkaliśmy na parterze) i wołać: Mamo! Już jestem!.
Zegarka Sławek nie miał, więc wpadał pod okno co trzy minuty i wołał, dopóki nie wyglądałam i nie wołałam: Dobrze, synku!. A on stał i czekał. Pytałam: No a czemu nie idziesz się bawić?. Odpowiadał: Jeszcze mi się nie uśmiechnęłaś…. To wtedy posyłałam mu szczery uśmiech, nie z przymusu, i wtedy znów biegł na huśtawki.
Pewnego dnia zawołał swoje mamojajestem i kiedy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, iż trzyma przy sobie kociaka.
Mamo, ciocia mi go dała. Powiedziała, iż ma na imię Euzebiusz. I jeszcze mówiła, iż się ucieszysz, i żebyśmy dbali o niego razem.
Sławcio był wtedy taki szczery, iż nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko się uśmiechnąć. Potem powiedziałam:
Euzebiusz pewnie głodny. Chodźcie do domu, naleję mu mleka.
Sławek z kociakiem w ramionach wbiegli do klatki. Mój szczęśliwy Sławek. Euzebiusz jeszcze wtedy nie był pewnie do końca szczęśliwy.
I tak sobie trwaliśmy we troje. Aż poznałam Waleriana.
Był w moim wieku, nigdy nieżonaty, taki solidny, poważny facet, choć jeszcze nie stary. Pracuje w fabryce mebli i zarabia porządnie. Zaczął w soboty przychodzić do mnie na noc. Małomówny, jadł sporo, pił raczej symbolicznie. Zawsze miałam przygotowaną dla niego butelkę schłodzonej czystej, którą chłodziłam w zamrażalniku, a podawałam w mojej ulubionej karafeczce i kryształowej kieliszeczku właśnie w takich kieliszkach najbardziej mu smakowało.
Tym razem wszystko było jak zwykle. Walerian przyszedł, przywitał się ze Sławkiem jeszcze w korytarzu, usiadł na kanapie w pokoju, a ja kończyłam swój rytuał przygotowań. Potem całą czwórką bo przecież też i Euzebiusz był obecny (Sławcio go trzymał na kolanach) obejrzeliśmy coś w telewizji, a później poszliśmy na obiad.
Po obiedzie, tradycyjnie, wszyscy kładliśmy się na chwilę odpocząć, szykując się na wieczorny spacer do parku.
Kiedy zamknęłam drzwi od pokoju Sławka i przytuliłam się do Waleriana, przykładając głowę do jego ramienia, zaczął po raz pierwszy rozmowę o ślubie.
Myślę, iż na razie możemy mieszkać u ciebie. Potem kupimy coś większego. Albo wynajmę swoje mieszkanie, będziemy mieli dodatkowy dochód… Tylko, wiesz Zuziu, jest jedna sprawa Ja za kotami nie przepadam. Euzebiusza trzeba będzie oddać.
Euzebiusza poprawiłam go odruchowo i spięłam się cała, słuchając dalej.
Tak, Euzebiusza… zamilkł na chwilę, a potem już całkiem poważnie, jakby podjął ostateczną decyzję, dodał:
A Sławka to by się wysłało do mojej mamy na wieś. Tam powietrze świeże, szkoła dobra. Przecież jesteśmy jeszcze młodzi, swoje własne dzieci zdążymy urodzić.
Zesztywniałam na jego ramieniu, a w środku stare życie uciekło. Leżeliśmy chwilę, jak gdyby nigdy nic. Potem wstałam, jakby wstydząc się własnego ciała, zasłoniłam się szlafrokiem, sięgnęłam po jego rzeczy, wyciągnęłam spod fotela spodnie i wyciągnęłam w jego stronę:
No to co… Nałóż te swoje nieuprane gacie… I ruszaj…
Gdzie?
Do swojej mamy, na wieś. Tam też świeże powietrze. Nam we trójkę wystarczy tego z naszego parku.












