Kiedy Walerian przychodzi do Żanety, ta niemalże od razu zaczyna się zachowywać nieco roztargniona. To przez to, jak bardzo jest szczęśliwa. Uwija się po mieszkaniu, podkłada pod poduszki porozrzucane ubrania, w których przed chwilą jeszcze mierzyła się przed jego wizytą, i wyczesuje z włosów wałki. Potem biegnie do łazienki, tam starannie się czesze i maluje usta. Tak przygotowana, wypiękniona, dopiero wtedy wychodzi do niego.
Nie ma się co dziwić, iż jest szczęśliwa! Doprawdy, wyobraźcie to sobie sami.
Żaneta to samotna matka, która nigdy tak naprawdę nie była żoną. Jakieś krótkie narzeczeństwo z Rafałem, który po miesiącu czy dwóch wyjechał z ich miasta, wracając na swoją rodzinną ziemię, której nazwy choćby Żaneta do końca nie zapamiętała. Czy to był ktoś z Ukrainy, czy może z Białorusi? U nich tutaj dorabiał na targowisku, ale też nie wiedziała, kim dokładnie.
No i pojechał sobie ów Rafał, oczko w głowie Żanety, zostawiając ją lekko przy nadziei. Takie tam kilka tygodni ciąży, choćby sama do końca nie wiedziała. Kiedy przestał przychodzić na noc i nie było go ponad miesiąc, Żaneta dopiero zrozumiała, iż no, jak by to powiedzieć została sama.
A w swoim czasie urodziła, można powiedzieć wylała z siebie ślicznego chłopca. Wykapany ojciec! Żaneta zresztą sama uroda nie z tej ziemi, a Rafał prawdziwy książę z bajki.
Trzeba przyznać, z dzieckiem miała szczęście. Spokojny jak baranek: spał ciągle, a kiedy się budził starannie i długo jadł z piersi matki. Na szczęście, mleka miała Żaneta więcej niż niejedna wiejska babina starczyłoby maluchowi i jeszcze jednemu.
Prawie nie chorował Sławek, jakby zupełnie go omijały dziecięce przypadłości.
Nazwisko dostał na cześć aktora Wiesława Gołasa, bo kiedy jeszcze była z brzuchem, obejrzała przypadkiem stary film Czterej pancerni i pies. Był tam Janek Kos niby nie identyczny, ale coś miał z Rafała. Innych opcji nie było tłumaczyła sobie Żaneta. W papierach zapisali więc: Sławomir Rafałowicz Chmiel. Żaneta powtarzała to setki razy i słuchała brzmienia jakby muzyka. Motyw z ballady i opowieści.
Sławek był jak promień słońca. Kiedy matka musiała gotować albo sprzątać, rozkładała na podłodze koc, obstawiała go z każdej strony krzesłami, i w środku takiego prowizorycznego kojca sadzała Sławka. Dawała mu swoją starą torebkę, wałki do włosów i jakieś szmatki a dziecko bawiło się bez grymasów i płaczu. choćby kiedy raz z kuchni zajrzała i zobaczyła, iż syn utknął głową między krzesłami (chyba chciał się wydostać), Sławek tylko się wiercił i próbował odsunąć przeszkody swoimi grubymi rączkami, nie płacząc.
Im starszy stawał się Sławek, tym mniej było z nim kłopotów. Matka bez obaw wypuszczała go na podwórko, mówiąc, iż co dziesięć minut ma podbiegać pod okno (mieszkanie Żanety było na parterze) i wołać: Mamo! Jestem tutaj!
Zegarka nie miał, więc przybiegał co trzy minuty i wołał aż do momentu, kiedy Żaneta nie wyjrzała i nie odpowiedziała: Dobrze, synku! Ale on i tak stał pod oknem i czekał. Wtedy pytała: Czemu nie idziesz grać? Odpowiadał: Jeszcze się nie uśmiechnęłaś Matka wtedy śmiała się szczerze nie dlatego, iż prosił, tylko z własnej euforii a on biegiem wracał do dzieci.
Któregoś dnia, znów krzycząc z podwórka swoje mamo-jestem-tu!, kiedy Żaneta wyjrzała przez okno, zobaczyła iż syn tuli małego kotka:
Mamo, ciocia dała mi go. Powiedziała, iż nazywa się Jeremi. I jeszcze powiedziała, iż będziesz się cieszyć i iż mamy go wspólnie chronić.
Sławek był tak przejęty, iż Żaneta nie mogła zrobić nic innego, jak się po prostu uśmiechnąć. Potem powiedziała:
Jeremi pewnie głodny. Wchodźcie obaj do domu, dam mu mleka.
Sławek z kociakiem wbiegli do klatki, bardzo szczęśliwi. Choć Jeremi jeszcze nie czuł się jak w domu.
I tak sobie żyli we troje. Dopóki Żaneta nie poznała Waleriana.
Był w jej wieku, nigdy nie miał żony. Porządny facet, z klasą, choć jeszcze młody. Pracował na fabryce mebli i zarabiał dobrze. Zaczął wpadać do Żanety na weekendy, na noc. Mało mówił, dużo jadł, pił niewiele. Żaneta zawsze czekała z dobrze schłodzoną butelką żubrówki, którą wyciągała z zamrażarki i do której podawała Walerianowi kieliszek taki szklany, ze stopką. Uwielbiał te kieliszki.
Tej soboty wszystko było jak zwykle. Walerian przyszedł, uścisnął Sławkowi dłoń już w przedpokoju, usiadł na kanapie, podczas gdy Żaneta kończyła swoje przygotowania. Potem we troje, a adekwatnie w czwórkę, bo Jeremi też tam był (Sławek trzymał go na kolanach), obejrzeli razem telewizję i zasiedli do obiadu.
Po obiedzie, tradycyjnie, wszyscy się położyli na chwilę, żeby odpocząć przed planowanym wspólnym wieczorem w parku.
Kiedy Żaneta zamknęła drzwi Sławkowi do pokoju i wtuliła się do Waleriana, położywszy głowę na jego ramieniu, po raz pierwszy zaczął rozmowę o ślubie:
Myślę, iż na razie możemy mieszkać u ciebie. Potem się przeprowadzimy, żeby było więcej miejsca. Albo wynajmiemy moje mieszkanie, żeby mieć dodatkowy dochód Tylko wiesz co, Żaneto ja nie przepadam za kotami. Trzeba będzie oddać tego waszego Jeremiego
Jeremiego, poprawiła go Żaneta, spięta do granic wytrzymałości.
No tak, Jeremiego
Długo milczał, a potem, jakby podsumowując wcześniej zapadłą decyzję, powiedział pewnym głosem:
A Sławka wyślemy do mojej mamy na wieś. Wiesz, świeże powietrze, szkoła tam jest. My jeszcze młodzi, damy radę urodzić całą gromadkę własnych
Głowa Żanety na jego ramieniu dosłownie zdrętwiała nie poruszyła się ani na milimetr. Leżeli tak w ciszy parę minut. Potem wstała, zawstydzona, jakby pierwszy raz widział ją bez ubrania, zarzuciła na siebie szlafrok, podeszła do jego rzeczy na fotelu. Sięgnęła po spodnie, podała mu je i powiedziała:
No to proszę swoje portki, te nieprane wkładaj i zmykaj
Gdzie mam iść?
Do swojej mamy, na wieś. Po świeże powietrze A nam, tej naszej trójce, świeżego powietrza z parku starczy.









